Zmień na ciemny motyw
Zaloguj przez Facebook
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2014-08-21T19:59:23+02:00
Czw 21 Sie 2014, 19:59
Zdjęcia
2014-08-21T19:58:33+02:00
Czw 21 Sie 2014, 19:58
Dokumenty
2014-08-21T19:57:45+02:00
Czw 21 Sie 2014, 19:57
Pobierz wywiad
2014-08-21T19:57:23+02:00
Czw 21 Sie 2014, 19:57
Wywiad
WYWIAD
Jana Seweryna
z Teresą Pogłódek

 

Kiedy zaangażowała się Pani w działalność opozycyjną?
W działalność opozycyjną zaangażowałam się bardzo wcześnie, jeszcze nie było „Solidarności”. Był rok 1976. W Radomiu i innych miastach były wtedy strajki i protesty przeciwko podwyżkom cen. Ja już wtedy miałam kontakty z Warszawą i z różnymi innymi miastami. Jeżeli chodzi o Warszawę, to jeden z kontaktów, które dzisiaj mogę ujawnić, był przez moją córkę, która mieszkała i pracowała w Warszawie. Już wtedy angażowałam się, przewoziłam różnego rodzaju papiery, różne ulotki i książki. Dużo książek przywoziłam na nasz teren.
Wiem, że w podziemiu współpracowała Pani między innymi z Rafalskim, Krupą, Nowakiem, Markowską i innymi. Na czym polegała ta działalność?
Pierwsza komórka „Solidarności” powstawała u Edwarda Imieli na ulicy Marszałkowskiej 24 w lokalu PAX-u. Odbywały się tam spotkania z przedstawicielami starachowickich zakładów pracy. Ja wtedy nie należałam jeszcze do żadnej komisji zakładowej, ale chodziłam tam, bo oni mieli kontakty z Gdańskiem. Później zawiązałam „Solidarność” w służbie zdrowia. Jestem lekarzem, więc działałam w środowisku lekarskim. Współpracowałam głównie z doktorem Andrzejem Miernikiem (który współpracował z Olą Markowską), doktorem Mirosławem Kiełkiem, lek. Towarkami i in. Było nas około trzydzieści osób. Zaprosiłam wszystkich do mojego domu, do pokoju, w którym teraz rozmawiamy. Po długich rozmowach założyliśmy Tymczasową Komisję NSZZ „Solidarność” Służby Zdrowia. Na tym spotkaniu obecny był Edward Imiela. W wielu starachowickich zakładach pracy również powstawały Komisje Zakładowe, w związku z tym trzeba było pisać różnego rodzaju oświadczenia i inne pisma. Tymi sprawami zajmowałam się ja. Byłam taką nieformalną sekretarką tworzącej się starachowickiej „Solidarności”, ale jak każdy lekarz niewyraźnie pisałam, dlatego zachodziła potrzeba zdobycia maszyny do pisania, w tamtych czasach nie łatwo było ją zdobyć. Udało mi się tego dokonać poprzez znajomość z żołnierzami Armii Krajowej ze Zgrupowania „Ponury”-„Nurt”, z którymi wraz z mężem utrzymywaliśmy kontakty. Właśnie oni pożyczyli mi taką maszynę do pisania i wszystkie pisma wystukiwałam na niej. Przewodniczącym Komisji Służby Zdrowia był doktor Miernik, ja byłam wiceprzewodniczącą. W szpitalu, który był obiektem skupionym, bardzo aktywnie udzielała się Ola Markowska. Ja przejęłam odpowiedzialność za teren, tzn. za przychodnie, szkoły i przedszkola w których pracowała Służba Zdrowia, a które były porozrzucane po całym mieście. Dobrze się czułam w tym układzie, łatwo było mi się poruszać po terenie, ponieważ pracowałam w przychodni i w szkole, a więc dobrze znałam to środowisko.
Gdzie Panią zastał stan wojenny?
Stan wojenny zastał mnie w Warszawie. Byłam wtedy u córki, która była członkiem „Solidarności” w GUS Regionu Mazowsze. Z biura Regionu Mazowsze, które znajdowało się przy ulicy Mokotowskiej wzięłam 12 grudnia 1981r. dwie pełne torby różnych książek i pism. Noc spędziłam u córki na ulicy Fabrycznej skąd było widać Trasę Łazienkowską. Rano 13 grudnia patrzymy, a na tej trasie jest strasznie dużo czołgów, nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Ale wkrótce, z radia dowiedziałyśmy się, że jest stan wojenny. Ja tego dnia wróciłam do Starachowic autobusem. W drodze spotkałam Ewę Markowską. Ewa wsiadała w Grójcu. W drodze rozmawiałyśmy o różnych rzeczach. Siedziałam na pierwszym siedzeniu, bo zawsze tak siadałam, pod nogami miałam te dwie olbrzymie torby, a to przecież był już stan wojenny. Mogli zrobić rewizję, mogło być różnie, nie wiem skąd ja wtedy miałam tę odwagę. Tak jakbym sobie nie zdawała sprawy z konsekwencji tej mojej podróży. Ale szczęśliwie przyjechałyśmy z  Ewą do Starachowic i jakoś mi się udało te torby dotaszczyć do domu.
Z perspektywy czasu można powiedzieć, że Pani postępowanie nie było zbyt rozsądne i odpowiedzialne. Bo przecież to się dla Pani mogło źle skończyć.
Proszę pana, ja pochodzę z rodziny akowskiej, która walczyła o Polskę. Od dziesiątego roku życia byłam związana z konspiracją. Wpojone miałam przekonanie, że życie nie ma wartości, jeżeli się go nie oddaje za Ojczyznę gdy zachodzi taka potrzeba. U mnie nie było tłumaczenia, że nie zrobię czegoś, bo może mnie spotkać za to coś złego. Z tą zasadą przeszłam przez stan wojenny. Uważałam, że nie ma zadania, którego nie mogłabym się podjąć. Najwyżej życie stracę. Zawsze brzmiał mi głos słyszany w dzieciństwie: „Jeśli ja nie zrobię, to nikt może nie zrobić i wtedy jak te barany pójdziemy na rzeź – zginiemy, cały Naród zginie. Z raz podjętego zadania już nie wolno się wycofać. A Bóg surowo osądzi – „świadomego”.(Tak mawiał mój Ojciec w czasie okupacji”. A drugim takim głosem było słowo odpowiedzialność „Za”.
Co Pani robiła w pierwszych dniach stanu wojennego?
W trzecim dniu stanu wojennego tj. 15 grudnia aresztowano mojego męża Stanisława i to w czasie kiedy ciężko chorował i miał zapalenie płuc i wysoką gorączkę. Siedział w betonowej celi, na betonowej pryczy a do przykrycia dali mu stary pokrwawiony koc. Wypuszczono go dopiero po trzech dniach. Mój mąż był ławnikiem w Kolegium i w związku z tym uczestniczył w różnych sprawach. Przeważnie były to sprawy pracownicze pomiędzy zakładami pracy a pracownikami. Mąż zawsze stawał po stronie pracowników. Wkrótce po wyjściu z więzienia, męża pozbyto się z kolegium.
Po pierwszym szoku i zaskoczeniu bardzo szybko zaczęliśmy się mobilizować do walki. Aresztowanie chorego męża tak mnie rozwścieczyło, że zaczęłam nawoływać wszystkie znane mi zaufane osoby, do działania. Zauważyłam, że podobnie jak ja, myślą inni. Ten tak zwany drugi garnitur, mniej był znany UB-ekom, więc można było rozpocząć działalność konspiracyjną. Wielu starachowickich działaczy „Solidarności” aresztowano, a ich rodziny nie wiedziały co się z nimi dzieje i gdzie są przetrzymywani. Aby pomóc tym rodzinom zaczęliśmy się organizować w grupy i staraliśmy się zlokalizować, gdzie przebywają poszczególne osoby. Szybko zorganizowaliśmy wywiad. Nawiązałam kontakt z Kielcami, a dokładnie z panią Braun. W tym czasie jej mąż, prof. Juliusz Braun oraz syn Juliusz siedzieli „na Piaskach”. Tam również trafiła Wanda Pomianowska, chociaż uwięziono ją nieco później, po powrocie z sanatorium. W Starachowicach zorganizowałam pomoc dla osób wywiezionych do Kielc. Bardzo pomogła mi w tym pani Zawalowa, matka doktor Zawalowej, która zmuszona była parać się w tych ciężkich latach handlem mięsem. Przygotowała mi cały piękny schab i inne mięsa. Pomogła mi również moja własna rodzina. Upiekłam te mięsa i z tak przygotowaną „wałówką” –nie pamiętam czy było to przed, czy  po świętach Bożego Narodzenia – wybrałam się „na Piaski”. Zima była bardzo ciężka, mroźna i śnieżna. Autobus jechał przez Bodzentyn i Świętą Katarzynę. Zaraz za Św. Katarzyną, na górze, za lasem autobus utknął w szczerym polu w śniegu. Robiło się ciemno, nikt z pasażerów nie myślał o powrocie. Musieliśmy po zaspach schodzić w dół drogi(w kierunku Kielc), gdzie stały dwa autobusy wiozące ludzi od strony Kielc w kierunku Bodzentyna. Marsz z ciężarami dał mi się mocno we znaki – był to odcinek około 2 km. Po drodze mijaliśmy pasażerów nadchodzących z drugiej strony. Po wielu trudach dotarłam do Kielc.
Czy zezwolono Pani na widzenie z Wandą Pomianowską?
Tak, ponieważ podałam się za bliską kuzynkę Wandy. Bardzo się ucieszyła na mój widok. Krata była dość wysoka, tak że widziałam jej jak zwykle uśmiechniętą twarz, ramiona i oparte na ladzie łokcie.   Zaraz na wstępie, dla dodania otuchy, powitałam ją słowami: „Wrona orła nie pokona” (WRON – to była Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego). Uradowana, w te pędy odwróciła się na pięcie i na chwilę znikła. Rozejrzałam się dokoła. Obok byli inni przyjezdni rozmawiający z więźniami. Staliśmy obok siebie w dwóch rzędach, tzn. odwiedzający i aresztowani, oddzieleni ścianą z zamurowaną w niej kratą. Po chwili Wanda wróciła mówiąc: „Nie wyobrażasz sobie Teresko, jaką radość wywołało to powiedzenie wśród przebywających tu osób. Wycięłam orła z białego papieru ,szybko napisałam na nim hasło i powiesiłam na naszej świątecznej choince. Wiesz, mamy choinkę i wieszamy na niej różne rzeczy. Mój orzeł jest najoryginalniejszy”.
Nie pamiętam, jak długo trwała rozmowa, wiem tylko, że starałam się dodać jej i współwięźniom otuchy. Mówiłam że „Solidarność” odniesie jeszcze nie jeden sukces, że „jeszcze Polska nie zginęła, byle do wiosny, zima wasza wiosna nasza, jedną bitwę z komuną przegraliśmy, ale innych nie przegramy”. Wanda po mistrzowsku i pięknie odgrywała swoją rolę nieugiętego, uśmiechniętego bohatera. Później, po wyjściu z więzienia, opowiadała mi, że nie przypuszczała, jak dużo optymizmu i otuchy dała jej, oraz współwięźniom, ta moja wizyta.
Jakie były dalsze losy Wandy Pomianowskiej?
Wanda po powrocie z więzienia natychmiast zaczęła prowadzić ożywioną, antykomunistyczną działalność. W naszym mieszkaniu w Starachowicach odbyła spotkanie z grupą działaczy starachowickiej „Solidarności”. Była świetną organizatorką i wykładowcą, umiała posługiwać się językiem prostym i jasnym. W związku ze swoją działalnością bywała często w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Rzeszowie i innych miastach. Współpracowała z Gabrielem  Janowskim – późniejszym posłem a obecnie eurodeputowanym, Piotrem Dąbrowskim – późniejszym wiceministrem rolnictwa, Marzeną i Wiesławem Kęcikami, Janem Kułajem – pierwszym przewodniczącym „Solidarności Rolniczej” i wielu innymi działaczami z terenu całej Polski.
 Czy wasza działalność nie zwróciła uwagi milicji i SB?
 My stanowiliśmy drugi i trzeci garnitur. Po pierwszym szoku szybko organizowaliśmy się i myślę, że UB-ecja była zdezorientowana i nie przypuszczała (gdy naród był zastraszony), że mogliśmy podjąć i kontynuować jakąkolwiek działalność konspiracyjną. Dlatego nie interesowali się zbytnio nami, dzięki czemu mogliśmy działać. Na początku próbowaliśmy wyciągać aresztowanych z więzień, a ich rodziny wspomagać duchowo i materialnie. To samo ze zwalnianymi z pracy. Staraliśmy się tworzyć atmosferę spokoju i rozwagi. Jeździliśmy naszą „syrenką”, ja z mężem, do różnych osób. Między innymi z Jadwigą Kellerówną udaliśmy się do Wąchocka, do Elżbiety Nowak w Starachowicach, której mąż Leszek został aresztowany, a ona została sam z trójką maleńkich dzieci i do innych pokrzywdzonych.
 Wróćmy jednak do Pani współpracy z Rafalskimm, Krupą i innymi.
Pierwsze kontakty z nimi nawiązywałam jak już mówiłam u Edka Imieli. Znaliśmy się właśnie z tych spotkań, które były zaczątkiem starachowickiej „Solidarności”. A gdy nastał stan wojenny to naturalne było, że się ze sobą spotykaliśmy. Zbyszek był bojowy, Krupa był odważny, Leszek Nowak również, był Pryciak, było kilku innych takich chłopaków, którzy chcieli działać. Ja poświęciłam mój dom, na to, aby w nim robić spotkania na których planowaliśmy nasze działania. Dodać trzeba, że na dole miałam swój gabinet lekarski, do którego wynosiłam różne rzeczy, które nie mogły się znajdować w mieszkaniu. Gabinet ten od kilku lat spełniał rolę lamusa i nikt nie wiedział, że do mnie należy, że mam do niego klucze. W kuchni mam jeszcze stół na którym z Leszkiem Nowakiem lub moim mężem malowaliśmy transparenty i różne inne rzeczy. Leszek dał mi kiedyś pałkę sprężynową, abym się w razie czego mogła bronić. Nigdy bym się nią nie broniła, ale „broń” miałam i to był dla mnie pewien komfort psychiczny. Przyznaję, że Leszek mi tym zaimponował. W ogóle on miał wiele ciekawych i wesołych propozycji. Nieraz wiele chwil spędzaliśmy na wesoło. Leszek był autorem pieczątki „Solidarności”, której używaliśmy w podziemiu.
Słyszałem, że miała Pani duży udział w drukowaniu różnego rodzaju gazetek.
Tak. Uważałam, że oprócz tego co przywoziłam z Warszawy, powinniśmy drukować coś u siebie, w Starachowicach, aby było do rozprowadzania na miejscu. Udało mi się nawiązać kontakt z warszawiakami, którzy podjęli się przeszkolić drukarzy. Zrobiłam to w porozumieniu ze Zbyszkiem Rafalskim. Ja miałam nawiązać kontakt z Warszawą, załatwić szkolenie, w Starachowicach lokal, a Zbyszek miał załatwić resztę. Ze względu na bezpieczeństwo nie wchodziłam w kompetencje Zbyszka, nie interesowałam się jak on rozwiąże swój problem. Prosiłam tylko żeby mi dał kontakt najwyżej z dwiema osobami. Myślę, że robotę wykonaliśmy dobrze, bo drukarnia ruszyła i nikt nie wpadł. Ale wracam do opisu. „Oni”, to znaczy Zbyszek i jego współpracownicy wyznaczyli do szkolenia dwie osoby. Wtedy właśnie poznałam Krzysztofa Muzykę i Pawła Perchela. Tych dwóch otrzymało kontakt do Warszawy i pojechali na przeszkolenie. Paweł Perchel jest obecnie członkiem mojej rodziny, bo ożenił się z moją siostrzenicą. Krzysztof Muzyka miał jakiś kontakt w Kielcach, gdzie główną osobą, która zajmowała się drukowaniem był Andrzej Karyś. Gdy Karyś wiedział już, że mamy dwóch drukarzy zdecydował, że w Starachowicach będzie się również drukować to, co drukowano w Kielcach. Było to takie wspomaganie drukarni kieleckiej. Ostatnio to jest w czerwcu 2004 roku spotkałam się z Andrzejem Karysiem na Wykusie. On zna różne szczegóły związane z tym drukowaniem i on to panu dokładnie opowie, bo jest dobrym fachowcem, a przy tym  bardzo miłym człowiekiem. W stanie wojennym był więziony, musi pan do niego pojechać, albo ja go zaproszę do siebie i wtedy sobie o tamtych czasach i sprawach porozmawiamy. Gdy po przeszkoleniu drukarzy mieliśmy rozpoczynać drukowanie, stała się rzecz niespodziewana. Pawła Perchela zabrali do wojska. Na jakieś szkolenie wojskowe. Został tylko jeden drukarz Krzysio Muzyka i ja. Więcej osób do tego nie wciągaliśmy. Od rodziców, którzy działali w konspiracji, przejęłam taką zasadę, żeby jak najmniej osób wiedziało o tym, co się robi. Ojciec mówił mi: „Zapamiętaj, że najlepsza jest metoda trójkowa, dwie osoby i ty i nikt więcej. Następna osoba zna następne dwie osoby i tak dalej. Przy takim systemie jest największa szansa na to, że się nie wpadnie”. Sytuacja była nieciekawa, bo jak już mówiłam został tylko jeden drukarz, a tu trzeba było rozpoczynać drukowanie. Podjęłam wtedy decyzję, że będę pomagać Krzysztofowi Muzyce. Bałam się wciągać do tej pracy kogoś nowego, bo po prostu nie znałam ludzi na tyle, aby im zaufać. Wprawdzie, gdy zawiązywała się „Solidarność” było bardzo dużo ludzi chętnych do pracy, było bardzo dużo ludzi o ambicjach wodzowskich, ale nie bardzo było wiadomo, kto jest, kto. Wszyscy deklarowali, że są patriotami, ale czy byli nimi faktycznie to, kto to na pewno mógł wiedzieć. Wiadomo było, że w „Solidarności” było bardzo wiele „wtyk”, dlatego należało bardzo uważać. Uczulili mnie na to rodzice i partyzanci z którymi utrzymywałam kontakty. Wtedy jeszcze nie mieliśmy książeczek z instrukcjami jak się ustrzec UB, jak się zachować podczas wpadki i tym podobne.
To były takie książeczki?
Były, ja jeszcze mam w swoich zbiorach takie książeczki, instrukcje, porady. Mogę je udostępnić. Różnego rodzaju materiały otrzymywałam od Zbigniewa Romaszewkiego (prowadził Komisję ds. Interwencji i Praworządności) z którym nawiązałam kontakt. Kilka razy byłam u niego w domu. Materiały od niego otrzymywałam także pocztą ale przychodziły one na nazwisko mojej mamy. Aby można było rozpocząć drukowanie należało znaleźć odpowiedni do tego lokal, ponieważ u mnie w domu nie było można tego robić, bo tu już się robiło inne rzeczy, jak na przykład malowanie transparentów i chorągiewek. Szyliśmy też i pieczętowaliśmy opaski akowskie. Raz uszyliśmy około 100 takich opasek, ponieważ były potrzebne dla żołnierzy Armii Krajowej na otwarcie mostu gen. Grota Roweckiego. Pojechaliśmy z    „Dzikiem” i grupą innych partyzantów. W Warszawie był zlot różnych ugrupowań z całej Polski. Piękny wiersz powiedział Daniel Olbrychski. Był to bardzo wzruszający dzień. Dużo szyliśmy z mężem takich opasek. Na przykład gdy do Częstochowy zawoziliśmy oryginalny sztandar ze Zgrupowania „Ponury”-„Nurt” wszyscy musieli mieć opaski Armii Krajowej, ale nasze Zgrupowanie miało jeszcze Jelonka. Sztandar został ofiarowany Matce Bożej. Wieźliśmy go z mężem naszą Syrenką. Jechał z nami „Gandi” partyzant od „Jędrusiów”Mieczysław Pawlikowski. Za nami jechali „Dzik”Marian Świderski, „Kaktus”Mundek Rachtan, „Matylda”Matylda Stambuldis – kilka samochodów. W Radomsku przejechaliśmy szczęśliwie miasto tylko samochód „Dzika” został zatrzymany za przekroczenie prędkości. Wykonywałam i malowałam też chorągiewki z emblematem „Solidarności” na groby tych, którzy walczyli i ginęli za Ojczyznę. Raz po rozmowie z Cezarym Berakiem zrobiłam i pomalowałam chorągiewki Powstańcom Styczniowym z 1863 roku. Jeden z grobów znajduje się na starym cmentarzu przy ulicy Iłżeckiej w Wierzbniku. Woziliśmy też do innych miejsc pamięci. A może dobrze byłoby uczulić dziś młodzież szkolną, harcerzy, by pamiętali o przepłaconych krwią zrywach narodowych i kontynuowali tę tradycję? Nie ma wiele tych grobów i ze smutkiem muszę stwierdzić, że latem mogiły te zdobią kwitnące trawy i chwasty. W tym miejscu muszę powiedzieć, że przychodził do nas między innymi Leszek Nowak, który był bardzo chętny do wykonywania różnych prac i umiał to robić dobrze, bo miał zdolności manualne. Nie wciągaliśmy do tego malowania ani Pryciaka ani Adasia Krupy, chociaż przypuszczam, że Adaś mógł o tym wiedzieć od Leszka.  Oczywiście współpracowaliśmy w różnych sprawach, ale nie wszyscy wiedzieli wszystko, co kto robi. No ale wracam do organizowania drukarni na naszym terenie. Chodziło o to, żeby jak najmniej ludzi o tym wiedziało. Więc jak mówiłam trzeba było znaleźć bezpieczny lokal. Jako rodowita starachowiczanka, podjęłam się to załatwić. Uważałam, że do tego celu najlepiej nadawałby się jakiś indywidualny domek. Spotkałam się z panią Stawarską – moją dawną profesorką, która mnie uczyła polskiego. Była to bardzo miła i mądra osoba, wielka patriotka,  która w szkole przekazała nam bardzo dużo różnych wiadomości. Pani profesor powiedziała: „dobrze, pomyślę”. Ja uważałam, że najlepiej byłoby to robić na Orłowie, bo tam jest dużo drzew które osłaniały teren. Powiedziałam do pani Stawarskiej: „Pani profesor, proszę mi zaufać, przyrzekam pani, że nikt ode mnie się nie dowie o naszej rozmowie”. Ona do mnie miała zaufanie, bo znała moich rodziców wiedziała, że podczas wojny byli w konspiracji. Panią Stawarską ujawniłam dopiero po jej śmierci, nie chciałam tego robić wcześniej, żeby nie miała jakichś kłopotów. Tak jak jej powiedziałam tak dotrzymałam słowa. Pani Stawarska znalazła mi lokal u państwa Walendzików i ich syna Grzegorza. W tym czasie Grzegorz Walendzik robił doktorat w Moskwie. Dom pani Walendzikowej ma bardzo dobre położenie, bo od ulicy Mickiewicza jest ogród, który schodzi w dół w kierunku domu, a za nim jest dalsza część ogrodu schodząca w kierunku rzeki. Są dwie furtki. Było to bardzo dobre położenie, bo gdyby ktoś niepożądany szedł od strony ulicy Mickiewicza, to można było uciekać w dół ogrodu i odwrotnie. Trzeba powiedzieć, że pani Walendzikowa, która pilnowała podczas naszej pracy, czy ktoś niepożądany nie zbliża się do jej domu, ponosiła największe ryzyko. No, bo u niej był cały sprzęt. My ulotnilibyśmy się, a ona zostałaby z tym wszystkim. Początki drukowania były bardzo trudne. Ja o tym nie miałam żadnego pojęcia, ale się nauczyłam. Krzysiek Muzyka mnie nauczył. Mieliśmy dwa pokoiki na poddaszu, które miały małe okienka. Chodziliśmy w soboty po pracy i zostawaliśmy tam na noc, a w niedziele wieczorem wracaliśmy do domu, każdy w swoją stronę. W czasie dni wolnych od pracy zawodowej, drukowaliśmy. Zdarzało się, że w sobotę wieczorem wracałam do domu, ale jak mówiłam staraliśmy, się tam zostawać na noc. Gdy druk został ukończony, należało to, co się wydrukowało, zabrać z tego mieszkania. I znów ja nie chciałam, aby ktoś inny wynosił te materiały, więc sama taskałam torby do ulicy 1-ego Maja, na przystanek autobusowy. Uważałam, że jak coś się stanie to najwyżej wpadnę tylko ja. Nie chciałam w to włączać innych ludzi, bo bardzo się czułam odpowiedzialna za ten dom, z którego korzystaliśmy. Stałam na tym przystanku, czekałam na autobus i przywoziłam to wszystko tu, do swojego domu. Ubierałam się bardzo prosto. Zawiązywałam pod brodą jakąś chustkę, zakładałam obszerną marynarkę, a wszystko to po to, aby się nie wydać komuś podejrzaną. I być może dlatego nikt się mną nie zainteresował. Później, to co przywiozłam, było rozprowadzane dalej.
Pamiętam, jak w Kielcach była wsypa, wpadł wtedy Andrzej Karyś. Ci SB-cy bardzo się z tego powodu cieszyli, że zrobili Kielce „na szaro” – a wiedzieliśmy o tym poprzez nasz wywiad, bo i swój wywiad mieliśmy. Drukarnia Karysia to była drukarnia na dużą skalę.      Karysia aresztowali, drukarnię zlikwidowali i cieszyli się, że już mają problem z głowy. Aresztowanie Karysia miało miejsce 1 maja 1985 roku, a drukarnia znajdowała się na ulicy Sienkiewicza 10/12. Chcę powiedzieć, że 15 maja 2005 roku w miejscu gdzie mieściła się drukarnia odsłonięta została pamiątkowa tablica. Ale wróćmy do aresztowania Karysia. Przybiegł wtedy do mnie Zbyszek Rafalski, który zajmował się również zbieraniem informacji, i mówi: „Co robić, Karyś wpadł”. Wtedy ja powiedziałam, że przecież my tu mamy drukarnię i biuletyn, który miał być wydrukowany w Kielcach, to przecież my go możemy wydrukować. Postanowiliśmy w tej sprawie nawiązać kontakt również z Warszawą, ponieważ oni mieli przecież większe możliwości. Szybko pojechałam do Warszawy i nawiązałam kontakt. Warszawiacy przyrzekli, że wydrukują a papier i inne potrzebne materiały zorganizują sami. My mieliśmy tylko przyjechać po odbiór. Trzeba to było zrobić szybko, bo było bardzo mało czasu do wydania kolejnego numeru biuletynu wydawanego przez Kielce. Zbyszek Rafalski załatwił samochód (polonez) na wyjazd do Warszawy po odbiór tego, co tam mieli wydrukować. Przyszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj Teresa tu, a tu, będzie czekał polonez o tej i o tej godzinie”. Ja już miałam w Warszawie dokładnie nagrany sposób odebrania biuletynu i gdy nadszedł umówiony dzień byliśmy gotowi do wyjazdu. Kim był człowiek, który tym polonezem miał jechać, nie wiedziałam. Gdy jechaliśmy to początkowo nie przedstawialiśmy się sobie. Dopiero później okazało się, że był to pan Kołaczyński, wujek Jadzi Kellerówny. Pamiętam, że poszłam w umówione miejsce, było to w nocy i pojechaliśmy. Kazałam kierowcy podjechać na ulicę, przy której znajdował się lokal, chociaż dla ostrożności nie należało tego robić, gdyż nie znałam tego człowieka. Mógł to być nawet największy patriota, ale cóż ja go nie znałam na tyle, aby mu całkowicie zaufać. Stanęliśmy na takim malutkim parkingu, na którym stały dwa czy trzy samochody osobowe. Było tam trochę zieleni. Na tym skwerze zostawiłam kierowcę, żeby nie widział, gdzie będę szła. W Warszawie była taka sytuacja, że nie zdążyli jeszcze wszystkiego wdrukować. Drukowanie jeszcze trwało. Czekałam więc w mieszkaniu Tamary, a drukarze, co wydrukowali, to na bieżąco donosili. Było to w okolicy obecnej Alei Solidarności i ulicy Żelaznej. I proszę sobie wyobrazić, że ten pan Kołaczyńki musiał na mnie czekać. Denerwował się przy tym bardzo, bo ja długo nie wracałam, więc podejrzewał, że wpadłam w zasadzkę. On to wszystko później odchorował, ale wtedy się trzymał i udawał bohatera. Ja w międzyczasie z Tamarą i jej mężem, składaliśmy pierwsze egzemplarze. Gdy przyszłam z materiałami, po które przyjechaliśmy zauważyłam, że był on jednak przestraszony. Mieliśmy już wszystko, więc należało wracać, ale powstał problem którędy. Dlatego wzięliśmy moją córkę, która dobrze znała Warszawę, bo ja znałam tylko te główne trasy, więc ona nam wskazała najbardziej bezpieczną drogę przez Powiśle. Później pan Kołaczyński opowiadał mi, że strasznie to przeżywał, bo najpierw ja się spóźniłam, później tam moja córka prowadziła nas jakimiś jemu nieznanymi trasami, pod jakimiś wiaduktami, więc on podejrzewał nawet, że mogła prowadzić nas w zasadzkę. Sytuacja była niejasna, bo on nie wiedział kim ja jestem, z kolei ja nie wiedziałam kim on jest, ale ja byłam w tej komfortowej sytuacji, że to była moja córka. Ale to wiedziałam tylko ja, on nie wiedział – wymagały tego zasady konspiracji. Tak niestety musiało być – musieliśmy być ostrożni, czujni, ale też jakoś sobie ufać. Córka wyprowadziła nas przez to Powiśle, do głównej szosy na ulicę Grójecką i wróciła do domu, a my pojechaliśmy w kierunku Starachowic. Na szosie nie było dużego ruchu.  Była piękna noc, księżyc w pełni z lewej strony oświetlał nam drogę. Gałęzie drzew migotały w jego świetle rzucając cień do samochodu i na drogę. Opanował mnie jakiś spokój. Poczułam odprężenie. Nigdy nie zapomnę tej pięknej i uroczej nocy oraz wrażeń jakich doznawałam. Nie wiem o czym myślał mój współtowarzysz, ale wiedziałam, że udało się, że już jedziemy. Zmówiłam zdrowaśkę o szczęśliwy powrót do domu. Pakunki były schowane pod siedzeniami, a było tego bardzo dużo, bo to co wieźliśmy miało zaopatrzyć całe Kielce. Biuletyn ten był tak zredagowany, aby wyglądało na to, że jest on drukowany w Kielcach. Miał, o czym ja nie wiedziałam, stopkę Karysia. Znaczek jego drukarni był identyczny z biuletynem wydawanym w Kielcach przed wpadką. Paczki, których bardzo dużo było, wpakowane były pod siedzenia, poprzykrywałam czymś, aby w razie spotkania z milicją nie rzucały się w oczy. Podczas jazdy wszystkie te paczki porozsypywały się po całym samochodzie, ale jakoś szczęśliwie dojechaliśmy.
Niech Pani powie, czy nie można było tego wydrukować w Starachowicach, tylko trzeba było jeździć aż do Warszawy?
Nie zdążylibyśmy tego zrobić, ponieważ był tylko jeden drukarz, Krzysio Muzyka i ja jako jego pomoc. A termin był krótki, więc na pewno nie dalibyśmy rady zrobić tego na czas.
Jak wyglądała ta wasza drukarnia?
Matryce, farba, stół, woda, bardzo dużo wody, no i masa papieru. Myślę, patrząc z perspektywy czasu, że była bardzo prymitywna. Muszę powiedzieć, że to nasze drukowanie nie zawsze się udawało. To była ciężka praca. Powiem jeszcze, że przywoziłam różne druki od Macieja Jankowskiego z Warszawy. Jeździłam do niego do domu. On dawał mi farbę drukarską, matryce i różne inne rzeczy. Miałam kontakty z wieloma różnymi ludźmi, więc zawsze coś nowego lub ciekawego zdobyłam.
Wiem, że Zbyszek Rafalski też coś drukował.
Tak, oni drukowali ulotki, ale ja się tym nie zajmowałam. Ja i Muzyka drukowaliśmy biuletyny. Zbyszek przynosił mi ulotki. Ulotki były też drukowane na Orłowie u                             Joli Krzyżowskiej. Proszę o te sprawy spytać Andrzeja Pryciaka, Irka Węgłowskiego, Adasia Krupę.
   Z panem Kołaczyńskim pojechałam jeszcze raz do Warszawy po biuletyny. Wracaliśmy przez Zębiec gdzie była jednostka ZOMO. Ci ZOMO-wcy próbowali nas zatrzymać. Ale kierowca dodał gazu i uciekliśmy im. Baliśmy się, że będzie za nami pościg, więc pojechaliśmy przez Henryk, aby zmylić ewentualną pogoń. Przywieźliśmy to wszystko pod mój dom. Wszystko poznosiłam do kuchni, zamknęłam się i dokąd było widno składałam te biuletyny i przygotowywałam do dalszego rozwożenia. Zawoziliśmy je z Krzysiem Muzyką. Zdecydowałam, że do tej pracy nie będziemy brać żadnej innej osoby tylko zrobimy to sami. Krzysztof też tak uważał. Wzięłam więc torby, a Krzysiek miał siedzieć za mną, z tyłu autobusu jako obstawa. Jeżeli chodzi o obstawę to chciałam mieć świadka, aby w razie czegoś ktoś mógł dać znać do „Solidarności” i do domu, że zostałam zatrzymana. Żeby było wiadomo, co się ze mną dzieje. Aby zawieźć wszystkie biuletyny musieliśmy jeździć kilka razy. Raz zawiozłam sama, bez obstawy. Dzięki temu, że udało nam się ten numer biuletynu wydać, drugi również się udało, a były one wydawane regularnie, z tym samym znakiem, jakim posługiwała się drukarnia Karysia, udało się zmylić Ubecję. Oni się po prostu wściekli, bo doszli do wniosku, że w Kielcach działa jeszcze inna drukarnia. W związku z takim rozwojem sytuacji    Karyś został zwolniony. Jak mówiłam te biuletyny, które przywoziłam z Warszawy przeznaczone były na zaspokojenie potrzeb całego województwa kieleckiego – tak jak robił to Karyś. Więc wszystko to, co przywiozłam z Warszawy dostarczane było do Kielc, a kolporterzy rozprowadzali to dalej tymi samymi kanałami, jak przed wpadką Karysia. A więc do Końskich, Ostrowca Świętokrzyskiego, Starachowic i innych miejscowości. Tak więc, te biuletyny, które ja zawoziłam do Kielc, wracały do Starachowic, tylko inną drogą to jest starymi kanałami. Zdarzyło się, że dałam raz Joli Krzyżowskiej z Orłowa, przywieziony z Warszawy biuletyn, a ona stwierdziła, że już go ma! Było dla mnie jasne, że kolportaż działa, tak jak działał przed aresztowaniem Karysia.
Jak Pani myśli, czy o Pani działalności wiedziała milicja i SB?
Nie wiem. Ale podobno byłam śledzona. Jeden z moich znajomych mówił mi nawet, ale już po stanie wojennym, który milicjant za mną chodził. Jednak ja tego nie wiedziałam.
Widocznie jednak słabo się starał, bo przecież bardzo aktywnie Pani działała, ale nigdy nie doszło do aresztowania.
Myślę że mnie trudno było rozszyfrować. Bywałam w różnych miejscach, spotykałam się z różnymi ludźmi na ulicy, na targu, pod kościołem. Podejmowałam pogawędki z tym i owym, miałam przecież pacjentów, z którymi rozmawiałam, a „robotę” wykonywałam z dwoma lub z trzema osobami i to niejawnie. Wydaje mi się, że trzeba byłoby się dobrze nagimnastykować, żeby coś takiego wyłuskać. Zawdzięczam też bardzo dużo swoim konspiracyjnym kolegom, bo oni też byli dobrymi „druhami”, byli bardzo dyskretni i poważnie podchodzili do „sprawy” dlatego – tak sądzę – nie wpadliśmy.
Skąd jeszcze, poza Warszawą, przywoziła Pani materiały konspiracyjne?
W stanie wojennym nawiązałam również kontakt z „Solidarnością” wrocławską. Od nich dostawałam maszyny do pisania. Powiem jak przewoziliśmy te maszyny. Otóż tę pierwszą maszynę przywiozłam do Starachowic sama. Następne przesyłki dostawałam przez Skarżysko, w którym znalazłam kontakt dzięki znajomości z „Ponurowcami”. Kurier przywoził te rzeczy z Wrocławia do Skarżyska na Bór, a ja osobiście je odbierałam i przywoziłam do Starachowic. Muszę powiedzieć, że w mojej pracy konspiracyjnej, jak już wspomniałam, zawsze pomocą służył mi „Dzik” (Marian Świderski) i jego koledzy – żołnierze Armii Krajowej. Nigdy nie odmówił mi pomocy, porady, a ja ze swojej strony nie żądałam rzeczy niemożliwych, dobrze znałam realia tamtych czasów i orientowałam się w możliwościach. Wraz z mężem brałam czynny udział w organizowaniu Wykusu. Naszą Syrenką jeździliśmy z „Dzikiem”, przewoziliśmy drobne rzeczy, które mogły się zmieścić w samochodzie, pomagaliśmy w przybijaniu tablic. Nasza syrenka miała numer rejestracyjny CF1064. Został on wielokrotnie sfotografowany i często znajdował się w „drogówce” to znaczy w Wydziale Spraw Wewnętrznych w Starachowicach, ale nigdy nie wpadliśmy, ponieważ w Wydziale Spraw Wewnętrznych mieliśmy swojego człowieka, który wyciągał zdjęcia z numerem naszego samochodu i likwidował je. Była to dawna łączniczka AK, koleżanka z lat dziecinnych mojego męża prawnik mgr Lucyna z domu Sztobryn-Murawska. Gdy zrodził się pomysł uczczenia ks. Jerzego Popiełuszki tablicą, „Dzik” dał mi kontakt do wykonawcy. Był nim Szczepan Mróz, bardzo porządny i uczciwy chłopak. Od dziecka zapalony patriota.
W roku 1984 w dniach w których rozegrała się tragedia z księdzem Jerzym Popiełuszką przebywałam w Warszawie, aż do jego pogrzebu. Brałam udział w różnego rodzaju manifestacjach oraz pomagałam córce, która również działała w podziemiu. Taka byłam przejęta tym, co się wtedy stało, że nie mogłam przyjechać do Starachowic na poświęcenie sztandaru starachowickiej „Solidarności”. Sztandar święcił ks. Jan Sobczyk nasz konspiracyjny duszpasterz z kościoła św. Trójcy w Starachowicach. Sztandar poświęcony był w nowowybudowanym drewnianym kościółku Najświętszego Serca Jezusowego na Majówce.   
Czy brała Pani udział w pogrzebie księdza Popiełuszki?
Tak byłam na pogrzebie, ale wcześniej brałam udział we mszach przez niego odprawianych. Do Warszawy jeździłam raz a nawet dwa razy w tygodniu, przywoziłam stamtąd bardzo dużo materiałów i ulotek. Wagonu przecież od razu nie mogłam przywieźć, a w torby to wiadomo ile mogło się zmieścić. W tym czasie do mnie do Warszawy przyjeżdżali różni ludzie ze Starachowic, między innymi Krzysztof Muzyka i jego żona Grażynka. Jednego razu przyjechał Edek Dudek. Było uzgodnione ze Zbyszkiem Rafalskim, że przyjedzie pewien siwy pan, a ja mam mu przekazać różne rzeczy do przewiezienia do Starachowic. Mieliśmy się spotkać na piętrze na Dworcu Wschodnim. Ten pan miał tam na mnie czekać z gazetą pod pachą jako znakiem rozpoznawczym. Wtedy jeszcze Dudka nie znałam. Przyszłam na to spotkanie trochę wcześniej i chodziłam koło dworca, a gdy nadeszła ustalona godzina pojawił się siwy pan z gazetą, wymieniliśmy hasło i w ten sposób poznałam Edzia Dudka. Usiedliśmy na ławce i on mnie poznał z drugim mężczyzną, z którym miałam mieć stały kontakt.
Edward Dudek twierdzi, że w Starachowicach była największa podziemna drukarnia w okolicy.
Tak. To była właśnie nasza drukarnia. Drukowaliśmy w niej biuletyn „Kos”. Te pierwsze „Kos-y” to były jednak słabej jakości (zależało to od matryc)
W moim archiwum mam dwa pierwsze numery, ale rzeczywiście jakość ich nie jest najlepsza.
Ciężko było o materiały, trzeba było oszczędzać, ale nieraz zdarzało się, że trzeba było niektóre strony odbijać powtórnie. Była to bardzo ciężka i żmudna praca. Jakaż ja byłam szczęśliwa, gdy w czasie ferii Grzesiek Walendzik przyjechał do domu. Szedł on bowiem razem z Krzyśkiem Muzyką na poddasze i drukowali w nocy, a ja w tym czasie mogłam się położyć i przespać. Byłam ciągle bardzo zmęczona, bo przecież przez cały tydzień pracowałam, a do tego dochodziły wyjazdy o których mówiłam. Cała moja emerytura szła na działalność konspiracyjną.
Ale wracając do ks. Jerzego Popiełuszki. W czasie w którym porwano ks. Jerzego w Starachowicach było poświęcenie sztandaru „Solidarności”. Byliśmy z mężem zaproszeni na to poświęcenie przez Krzysztofa Muzykę. Powiedziałam wtedy do niego, że nie mogę pojechać, ponieważ muszę w Warszawie dopilnować spraw księdza Jerzego. Mam taką robotę, że trudno nie mogę pojechać. Jak już mówiłam po śmierci księdza Popiełuszki narodził się pomysł, aby uczcić go pamiątkową tablicą.
Tablica, którą wykonywał Szczepan Mróz, została przewieziona od niego do mojego domu, do mieszkania mamy i tam przeleżała przez noc. Przewoziłam ją wraz z moim mężem. Później wspólnie z siostrą zapakowałyśmy ją w papier. Z tak zapakowaną tablicą wraz z siostrzeńcem Grzesiem Ślęczką pojechaliśmy na dworzec i wsiedliśmy do pociągu. Weszliśmy do przedziału a tam siedziała Halina Lucińska, moja asystentka z pracy wraz z mężem. Tu trzeba powiedzieć, że jej mąż pracował w milicji jako technik śledczy. Moje zaskoczenie było całkowite, ale przecież nie mogłam się wycofać, więc powiedziałam do Grześka: Grzesiu połóż to lustro na półce, ale uważaj abyś go nie stłukł. Halina pytała mnie gdzie ja to lustro wiozę, więc jej powiedziałam że jadę do Warszawy do córki, która właśnie urządza sobie mieszkanie i to lustro będzie jej potrzebne. Wraz z Lucińskimi wysiedliśmy w Skarżysku i na szczęście nie jechaliśmy dalej razem bo oni czekali na pociąg na Śląsk a my wsiedliśmy do pociągu jadącego z Krakowa do Warszawy. Szczęśliwie dojechaliśmy do Warszawy i poszliśmy na postój taksówek. Nie podałam kierowcy dokładnego adresu, ale powiedziałam aby jechał na Żoliboż. Dopiero gdy dojeżdżaliśmy do Żoliboża powiedziałam aby jechał do kościoła Świętego Stanisława    Kostki. Dlatego tak postąpiłam, bo obawiałam się, że kierowca może być jakimś szpiclem. Z tablicą poszliśmy do księdza Boguckiego, który bardzo się ucieszył i bardzo nam za tę tablicę dziękował. Powiedział nam, że tablica zostanie od razu zamontowana w ścianie tak jak to było robione z innymi tablicami. Muszę powiedzieć dlaczego ta tablica w ogóle powstała. Otóż uważałam, że należy upamiętnić księdza Jerzego Popiełuszkę, który narażał się za nas wszystkich i był na pierwszej linii walki o sprawiedliwość. W rozmowach z różnymi ludźmi mówiłam, że będzie robiona tablica poświecona księdzu Jerzemu i, że należałoby zbierać na ten cel pieniądze. Ale nie mówiłam o szczegółach, to znaczy o tym, kiedy to będzie robione. Pieniądze były jednak powoli zbierane, lecz ci którzy je dawali nie wiedzieli, że tablica już jest wykonywana! A teraz jeżeli chodzi o tekst, który jest na niej wyryty. I znów jednoosobowo zdecydowałam, jaki ma być ten napis ponieważ nie chciałam aby ktoś wiedział że ta tablica już jest robiona. Chciałam aby na tablicy znalazła się informacja, że ufundowali ją ludzie którzy pochodzą z Ziemi Świętokrzyskiej przesiąkniętej krwią powstańczą, umęczoną, znaną z walk o wyzwolenie Polski. Dlatego znalazły się tam nazwiska Langiewicz i Ponury. Jak już mówiłam, ja osobiście zajmowałam się wszystkimi sprawami związanymi z powstaniem tej tablicy. Robiłam to w wielkiej tajemnicy, o co niektórzy moi współpracownicy z podziemia mieli do mnie pretensje i żale, że im o tym nie powiedziałam. Tłumaczyłam im, że nie mogło o tym wiedzieć wiele osób, ponieważ groziło to wpadką.
Mówiła Pani, że różni ludzie dawali pieniądze na tę tablicę. Myślę, że warto te osoby wymienić
Uważam, że jest na to jeszcze za wcześnie.
Ta tablica, o której Pani mówi, to gdzie się obecnie znajduje?
W Warszawie, w kościele Świętego Stanisława Kostki, natomiast w kościele Świętej Trójcy w Starachowicach, w Wierzbniku znajduje się wierna replika tej tablicy, która została wmurowana dokładnie w dziesiątą rocznicę śmierci ks. Popiełuszki, w roku 1994. Jest tylko ta różnica, że na tablicy warszawskiej jest data 1985, a na tablicy starachowickiej rok 1994. Tablicę w Starachowicach wmurowywał mieszkający na mojej ulicy Zdzisław Chudak, to jest ten człowiek, który w stanie wojennym na święto 3 Maja wywiesił na kominie ciepłowni przy ulicy Armii Krajowej ogromną flagę biało-czerwoną. To był bardzo odważny chłopak. Trzeba jeszcze dodać, że w kruchcie kościoła Św. Trójcy były w stanie wojennym wywieszane różne patriotyczne hasła, które wykonywałam.
A co na te hasła mówiła milicja?
To było na terenie kościoła, więc nic nie mogli zrobić.
No, wie Pani nie raz się zdarzało, że wchodzili i do kościoła.
Ksiądz był bojowy, więc się nie bał i jakoś to było. Córka „Dzika”, Madzia była plastykiem. Malowała kartony na różne kolory i dostarczała mi je, a ja siedziałam po nocach nieraz do trzeciej albo i do czwartej i z szablonów liter lub kolorowych papierów wycinałam i składałam różne hasła. Na Wszystkich Świętych robiło się chorągiewki biało czerwone ze znakami Armii Krajowej i inne z napisem „Solidarność”.
Czy może Pani określić jak dużo biuletynów drukowaliście u pani Walendzikowej?
Drukowaliśmy tego bardzo dużo, ale dzisiaj, gdy od tego czasu minęło już ponad dwadzieścia lat, trudno mi podać nawet przybliżoną ilość. W mojej działalności bardzo wspierał mnie mąż. Przejął wszystkie obowiązki domowe na siebie. Wspierał mnie też duchowo. Na jego konspiracyjną działalność nie godziłam się, choć rwał się do roboty, z tych względów, że jest człowiekiem wysokim i bardzo by się rzucał w oczy w tym małym mieście. Poza tym choroba przewlekła płuc nie pozwalała mu na większe eskapady. Dlatego nie angażowałam go do przenoszenia druków od pani Walendzikowej. Krzysztof też mi nie nosił, ponieważ w razie wpadki cała robota runęłaby. Wszystko by się zawaliło ponieważ mieliśmy tylko jednego drukarza. Zresztą, Krzysio robił podobno inne rzeczy.
Parę słów o moim mężu. Stanisław był bardzo aktywny, w 1980 roku w swoim zakładzie pracy, którym była Spółdzielnia POSTĘP, powołał wraz z panem Janem Bartosikiem Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność”. W Spółdzielni tej przewodniczącym został Andrzej Składanowski, a sekretarzem Stanisław Pogłódek.
Pamiętam, że był taki okres, że w Starachowicach było bardzo dużo „Tygodnika Mazowsze”. Czy to Pani go przywoziła?
Tak, ja go przywoziłam i to bardzo dużo. A trwało to przez bardzo długi czas. Pamiętam taki przypadek, dzisiaj mi się nie chce wierzyć, że coś takiego mogło mieć miejsce. Czasami, aby dostać się z Warszawy do Starachowic wychodziłam na szosę i łapałam okazję. Bywało, że w Warszawie było niespokojnie, więc bałam się jechać autobusem. Wychodziłam, więc na tę szosę z dwiema torbami i podnosiłam rękę na przejeżdżające samochody. Pewnego razu zatrzymywałam ciężarówkę, ona jak gdyby zwalniała, a wtedy nagle przed nią pojawił się milicyjny samochód, który się koło mnie zatrzymał, a siedzący w nim milicjant zaprosił mnie do środka. Nastąpiła chwila konsternacji. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Spytałam więc: „To panowie mogą mnie zabrać?”. „Proszę bardzo” – powiedział jeden z milicjantów. Po drodze opowiadałam im różne historie, a oni słuchali. W ten sposób dowieźli mnie do Radomia i zostawili w pobliżu dworca. Jak ja się znalazłam na tym dworcu to nie wiem. Wiem tylko tyle, że te moje torby, leżały koło mnie, a ja gdy się ocknęłam siedziałam na dworcowej ławce. Byłam w jakimś szoku. Serce tak mi waliło, iż myślałam, że ducha wyzionę. Tak czasami organizm reaguje na zaskoczenie. Dobrze, że byłam wtedy młodsza, bo to było przecież dwadzieścia lat temu i chyba tylko dlatego to przeżyłam. Do dzisiejszego dnia jestem przekonana, że to dzięki mojej mamie omijały mnie wszystkie niebezpieczeństwa. Bo proszę pana, moja mama bardzo dużo się za mnie modliła, ona przeżyła okupację, więc dobrze wiedziała, jakie niebezpieczeństwa na mnie mogą czyhać (od dwudziestu lat leżała w łóżku).
Czy z powodu działalności opozycyjnej była Pani szykanowana?
Moi rodzice byli w konspiracji, więc z tego powodu nasza rodzina, była bardzo szykanowana. Było nam bardzo biednie, chociaż co niektórzy uważali nas za bogaczy, gdyż mieliśmy prywatny dom. Ale w rzeczywistości to po wojnie było nam bardzo ciężko. W 1954 roku zaczęłam pracować i wtedy zaczęto mnie namawiać, abym wstąpiła do partii. Był taki doktor    Edmund Rudziński, który był wtedy dyrektorem ZOZ-u. To właśnie on ze trzy razy pytał mnie czy się zapiszę do PZPR. Lecz ja mu odpowiadałam: „Panie doktorze, zastanowię się”. Zawsze mu tak odpowiadałam. Aż w końcu dał mi spokój. W pracy zawsze miałam różnego rodzaju problemy, chociaż jak wiem od pacjentów, byłam dobrym lekarzem. W domu mieliśmy kilkakrotnie rewizje.
Mnie chodziło o to, czy była Pani szykanowana za działalność opozycyjną w stanie wojennym. Krótko mówiąc za działalność w „Solidarności”.
W stanie wojennym, w domu mieliśmy kilkakrotnie rewizje. Byliśmy również przesłuchiwani przez SB. Męża zabierano z pracy, mnie z domu, ale nie potrafiono wysunąć przeciw nam konkretnych zarzutów – ciągle te same pytania, zarzuty, straszenia z których nic nie wynikało. Raz pamiętam, jak wzięli nas równocześnie, męża z pracy a mnie z domu i przesłuchiwali nas w różnych pokojach. My nie wiedzieliśmy o sobie. Puścili nas każde osobno. Długo zastanawialiśmy się dlaczego tak się zachowywali, aha, jeden mnie przesłuchiwał spokojnie, a potem przyszedł drugi i strasznie wrzeszczał. Ja patrzyłam mu prosto w oczy i tylko starałam się nie słuchać, co on mówił. Byłam bardzo spokojna i nic się nie odzywałam. W końcu wstał, wrzasnął i wychodząc trzasnął drzwiami. Mąż przesłuchiwany w innym pomieszczeniu też się do nich nic nie odzywał. Myślę, że dlatego wzięli nas równocześnie, bo gdyby któreś z nas cokolwiek powiedziało, mieliby pretekst do konfrontacji. Miałam taki piękny pierścionek, który otrzymałam w 1943 roku od jednego z kolegów, który poszedł do partyzantki. Był srebrny i miał białego orła na czerwonym tle. I właśnie ten pierścionek ukradli mi SB-cy podczas jednej z rewizji.
Wróćmy w tym miejscu do Wandy Pomianowskej. Co Panią z nią łączyło?
Znałyśmy się od dzieciństwa, gdyż nasi rodzice się znali. Jej rodzice przyjeżdżali do nas. Podczas wojny brat Wandy, Andrzej, był w konspiracji, moi wujkowie byli również w konspiracji, tatuś był łącznikiem, więc się znali. Gdy poszłam na studia kontakt z Wandą urwał się, ale pewnego razu zupełnie przypadkowo spotkałyśmy się na stacji benzynowej. I od tego czasu nasza znajomość została odnowiona. Wanda była inicjatorką „Solidarności Rolników Indywidualnych”. Ona bardzo dużo pracowała dla rolników i dla wsi. Na sercu leżało jej szarzenie patriotyzmu wśród społeczeństwa. Przyjeżdżali do niej nauczyciele z różnych miejscowości. W jej dworku odbywały się spotkania inteligencji, ale tej prawdziwej patriotycznej. Bo wie pan, są również tacy inteligenci, którzy wyuczeni są na Marksie. Taki to nie jest żaden inteligent, ale półinteligent. Do Wandy Pomianowskiej przyjeżdżał profesor Wierzbicki z Warszawy, z Uniwersytetu Warszawskiego, świetny fachowiec, przyjeżdżał Piotr Dąbrowski wiceminister rolnictwa. Przyjeżdżało bardzo dużo różnych ludzi między innymi redaktor i pisarz Krzysztof Kąkolewski z żoną. Chodziliśmy sobie z nimi na spacery do lasu. Wieczorami odbywały się bardzo miłe i patriotyczne spotkania przy świecach. Spacery miały ten komfort, że nie było „pluskiew” – podsłuchów. 
Ale to wszystko działo się przed stanem wojennym?
Przed stanem wojennym, ale również w stanie wojennym i po. Wanda Pomianowska prowadziła w stanie wojennym różnoraką działalność opozycyjną.
Co Pani może powiedzieć na ten temat?
W tym czasie mieliśmy syrenkę, a Wanda nie miała żadnego samochodu, więc przywoziliśmy dla niej różnego rodzaju materiały. Wanda skontaktowała mnie z państwem Kęcikami, działaczami „Solidarności Rolników Indywidualnych” w Warszawie. Wiesław Kęcik działał też w SRI w podwarszawskiej miejscowości Zbrosza Wielka. U państwa Kęcików dostawałam dużo różnej prasy podziemnej. Państwo Kęcikowie prowadzili rozwiniętą na szeroką skalę działalność konspiracyjną na terenie Warszawa-Mokotów. Ulica Gimnastyczna przy której mieszkali słynęła z „kotłów”. Przez pewien czas mieszkały u nich moje córki Jagoda – przez kilka miesięcy i Ela która zatrzymała się tam kilka razy. Ela pomagała czasem podczas drukowania tzw. „bibuły”, czyli nielegalnej, podziemnej prasy. Podczas jednej z rewizji u państwa Kęcików SB dokonało 48-godzinnego aresztowania znajdujących się tam osób, w tym mieszkającej tam wówczas Jagody. W Starachowicach dowiedziałam się o tym od znajomych, byli to Józio Dryja i Stefan Nowak, którzy przybiegli do mnie z wiadomością, że taką informację podało Radio Wolna Europa. Ale ja również słuchałam Wolnej Europy i o tym wiedziałam. Wanda Pomianowska dała mi również kontakt do państwa Wyrwichów z „Tygodnika Wojennego”. Byli to bardzo bojowi ludzie, którzy drukowali ten tygodnik, a ja jeździłam do nich do Warszawy i przywoziłam go do Starachowic. W Warszawie kontaktowałam się również z różnymi żołnierzami Armii Krajowej z Kresów Wschodnich i to właśnie przez te kontakty miałam dostęp do podziemnej prasy. Pamiętam, jak w Warszawie w kościele na Powązkach u Księdza Niedzielaka, który później w bestialski sposób został zamordowany, składaliśmy z mężem przysięgę wierności Bogu i Ojczyźnie, podczas bardzo pięknych patriotycznych mszy świętych.
Czy nie uważa Pani, że było niebezpieczne posiadanie tak rozległych kontaktów? Przecież podczas „wpadki” można było „wsypać” bardzo wiele osób.
My z mężem uczestniczyliśmy w różnych uroczystościach, a było ich bardzo dużo. Mieliśmy zaproszenia, więc wiedzieliśmy kiedy się odbywają. U siebie mieliśmy Wykus, Chotów, Ćmielów i inne miejsca zbrodni, które czciliśmy modlitwą i „zjazdami”. Zaproszenia wysyłane były wszędzie i z różnych miejscowości. W okresie prześladowań i inwigilacji pamiętam jak „Dzik” dał nam plik zaproszeń gdy jechaliśmy do Gdańska. My te zaproszenia wysłaliśmy z Gdyni, przy okazji odwiedziliśmy o. Rybę redemptorystę, u którego bywaliśmy w Skarżysku, gdy przebywał na Borze i budował kaplicę. O. Ryba wybudował piękny kościół przy ulicy Portowej 1, w pobliżu Stoczni Gdyńskiej. Na uroczystości zjeżdżali się partyzanci z całej Polski jak również ze świata. Więc trudno było nie mieć znajomych i wielu kontaktów. Ponieważ czasy były bardzo ciężkie – gościliśmy się też w domach. Jeździliśmy do siebie na wypoczynek. Na przykład taki wypoczynek w górach Jeleniogórskich w Jagniątkowie zorganizowała nam „Solidarność Walcząca” z Wrocławia. To byli starzy konspiratorzy więc wiedzieliśmy kiedy, gdzie i o czym można było rozmawiać. Zresztą zawsze obowiązywała zasada, że „do roboty” było zawsze kilka osób, a reszta udzielała się towarzysko. To samo obowiązywało w Starachowicach. Kontynuując pytanie, chciałabym powiedzieć że, każdy mógł „wpaść”. Do konkretnej działalności to się brało jedną lub dwie osoby. Jak już mówiłam do drukowania miałam dwie osoby, a właściwie to jedną Krzysia Muzykę, bo Perchela wzięli do wojska. Pomagał mi też mój mąż.
 Pewnego razu Krzysio Muzyka znalazł mi pomoc do przewożenia prasy z Warszawy do Starachowic. Zaproponował, że ja będę dowoziła do Skarżyska. W Skarżysku w pociągu miała ją odebrać młoda osoba i to ona miała dowieźć do Starachowic. Przekazanie paczki miało wyglądać w następujący sposób. Ja miałam stać w ostatnim wagonie pociągu, torby miałam postawić na podłodze, a ta osoba miała podejść, podać hasło, ja miałam się wtedy wycofać. Akurat tego dnia na stacji kolejowej w Starachowicach Wschodnich pojawiło się dużo milicji. Na stacji czuwał mój mąż. Tej pani mąż też czuwał w swoim samochodzie. Ta dziewczyna, gdy zobaczyła tak dużo milicji tak bardzo się wystraszyła, że pojechała z bagażem do następnej stacji, ale na szczęście do wpadki nie doszło. Po tej przygodzie ta dziewczyna zrezygnowała z działalności. Po prostu nie wszyscy nadawali się do tak stresującej roboty. Naprawdę trzeba było mieć dużą odporność psychiczną i wielką motywację do działania.
Gdy prowadziłem wywiad ze Zbyszkiem Rafalskim, to mi powiedział, że on również był w Warszawie po odbiór prasy podziemnej.
Mogło tak być, ponieważ każdy miał różne kontakty i swoje kanały. To nie było tak, że sama jedna Pogłódkowa zaopatrywała całe Starachowice, było kilka różnych kanałów. Na ten temat może też powiedzieć Jadzia Kellerówna, bo ona też się gdzieś zaopatrywała. Ja nie znałam warszawskiego kontaktu Zbyszka, a on z kolei nie znał moich kontaktów. Zbyszek wiedział, że przywożę, ale nie wiedział skąd. Na tym właśnie polegała konspiracja, nie mogło być przecież tak, że wszyscy o wszystkim wiedzieli. Pewne sprawy łączyły nas ze Zbyszkiem, ale on prowadził swoją działalność, a ja swoją, chociaż w kluczowych sprawach kontaktowaliśmy się. Bywało tak, że gdy zachodziła potrzeba, to w nocy, nieraz w deszcz, wichurę, szłam do niego przez lasek z różnymi sprawami. Muszę przyznać że najbezpieczniej czułam się w dżdżyste chłodne wieczory. Rzadko zajeżdżaliśmy z mężem samochodem. Kontaktów telefonicznych nie prowadziliśmy, nie spacerowaliśmy bez potrzeby po ulicach, żeby jak najmniej wzbudzać podejrzeń. 
Wiem, że w Pani domu odbywały się tajne spotkania ze znanymi ludźmi, którzy specjalnie w tym celu przyjeżdżali do Starachowic. Z kim były te spotkania?
Działacze podziemnej „Solidarności” byli rozchwytywani przez komisje zakładowe z różnych miast. Trzeba było czekać w kolejce na ich przyjazd. W czasie stanu wojennego do Starachowic udało mi się sprowadzić do swojego mieszkania wielu ciekawych prelegentów. Byli u mnie między innymi Maciej Jankowski, od którego przywoziłam farby, spray;e i różne ciekawe rzeczy do drukowania i malowania. Był pan Krzysztof Wolicki korespondent Paryskiej Kultury, doc. dr Wanda Pomianowska, pani dr Zofia Józefowicz socjolog pracownik Polskiej Akademii Nauk. Pani Barbara Tkaczykowa nauczycielka historii w II LO w Starachowicach, która dała nam lekcję prawdziwej historii, p Joasia i Mateusz Wyrwichowie z „Tygodnika Wojennego”, Henryk Wujec z którym później zerwałam kontakty, ponieważ nie odpowiadała mi jego poprawność polityczna
Te częste wyjazdy na pewno Panią dużo kosztowały.
Przede wszystkim zdrowia, nerwów, samozaparcia. Ciągle walczyłam ze zmęczeniem, ale wszystko wykonane było na czas. Sił dodawał mi entuzjazm i poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Finansowo też. Nie chciałam obciążać związku więc wydawałam swoje pieniądze, najpierw pensję, potem emeryturę. Można powiedzieć że byłam „kobietą pracującą na utrzymaniu męża”. Muszę dodać, że w tym czasie poszłam na wcześniejszą emeryturę, bo obawiałam się, że w razie wpadki zostanę zwolniona z pracy i nie otrzymam emerytury na którą przez tyle lat wpłacałam pieniądze, bo komuniści tak też mścili się na patriotach.
Wspominała Pani o malowaniu transparentów, gdzie były one wywieszane?
O to już mnie pan pytał. Nie chciałabym się powtarzać. Czy to pana zadowala?
Nigdy nie udało mi się takiego transparentu zobaczyć.
Ależ były. Nawet na Mszach Świętych, które były organizowane (ale nie wszystkie) w kościele w Rynku. Również do Warszawy na mszach księdza Popiełuszki były wywieszane. Przypominam sobie szerokie, biało czerwone szarfy do wieńca z napisem „SOLIDARNOŚĆ STARACHOWICE”. To było na pogrzebie księdza proboszcza Gintofta. Wieniec niósł w pierwszym szeregu odważny Adaś Krupa. Transparent wykonany był przez mojego męża.  Oczywiście nie robiło się tego w setkach sztuk, ale się robiło.
Wiem, że Nowak i Pryciak rozrzucali przed kościołem ulotki. Czy te ulotki były drukowane przez Panią?
Wydaje mi się że nie, choć jak przez mgłę przypominam sobie, że ktoś coś u mnie robił, ale proszę o to spytać Leszka, bo nie pamiętam co to było. Ale jak już mówiłam ja zajmowałam się drukowaniem gazetek. To była moja działka, chociaż przez moje ręce ulotki przechodziły, rozrzucałam je też w terenie. Chciałabym jeszcze powiedzieć, że przez moje ręce przechodziły tak zwane „katapulty” – nieduże, drewniane wyrzutnie ulotek. Były one używane w różnych miejscach, między innymi na wieżowcu na Orłowie, na kiosku „przy zegarach” (tam katapultę montował Zbyszek Burza partyzant od „Ponurego” a obstawiali go chłopcy z „Solidarności” starachowickiej). Pierwszą katapultę jak mi przypomniał mój mąż wymyślił i wykonał Leszek Nowak. Jeden egzemplarz przekazałam grupie „Solidarności” wrocławskiej, która go udoskonaliła i powieliła. Podobno z wielu wieżowców Wrocławia sypały się na miasto różne ulotki. Do dzisiaj w domu mam taką katapultę – zostawiłam ją sobie na pamiątkę.
Dzisiaj Polska jest niepodległa, ale czy o taką Polskę Pani walczyła?
Nie. Ja uważam, że to nie jest Polska niepodległa. Wprawdzie nie mamy obcych wojsk, ani ich baz u siebie, ale to jest Polska agenturalna, pełna korupcji, bezkarności, niesprawiedliwości, kłamstwa. Nasz głos, głos Narodu się nie liczy. Wielu cwaniaków polskojęzycznych, bez ambicji, bez honoru decyduje za nas bez nas. Łamane są prawa suwerenności i demokracji. Zamiast zajmować się naszymi sprawami, sprawami Narodu, serwuje się nam – zamazując prawdziwe problemy -  tematy zastępcze. Okłamuje się Naród, ogłupia, by pozbawiony świadomości, bezmyślnie im służył. Widać to podczas głosowań. A konkretnie czy ktoś się liczy w Polsce z człowiekiem, obywatelem? Mamy 90% katolików, a musimy słuchać mniejszości, homoseksualizm nam chcą „wcisnąć” w imię „tolerancji” wbrew sumieniu większości, gdzie tu demokracja? Chichocząc, wmawiają nam, że to zgodne z naturą! A zabijanie nienarodzonych dzieci w łonach matek? A eutanazja, którą tak „pięknie” zaczyna się lansować? Niech ci fałszywi prorocy, którzy takie i inne rady nam dają – sami poodbierają sobie życie i w testamencie nam zostawią to ich fałszywe hasło „ach jak pięknie było umierać na własne żądanie”. Ciekawa jestem czy chociaż jedna z tych osób zdecydowałaby się na to. Według tej mniejszości, głos Narodu się nie liczy. Nie mamy proszę pana ani Polski niepodległej, ani suwerennej. Mamy owszem, ale PRL-bis.
W związku z tym, co Pani mówi można powiedzieć, że cała Pani praca konspiracyjna poszła na marne.
Nie, ja tak nie uważam. Ja tylko postawiłam diagnozę. Jako lekarz uważam, że chorobę należy najpierw zdiagnozować, potem leczyć, i wyleczyć, ale za to trzeba się wziąć ostro. Proszę pana, mój pradziadek walczył w Powstaniu Styczniowym, ojciec brał udział w wojnie bolszewickiej w 1920 roku, a wujkowie zginęli na Firleju koło Radomia w czasie okupacji niemieckiej, rodzice walczyli w Armii Krajowej. We mnie siedzi coś takiego, że ich poświęcenie przeszło na mnie, pochwyciłam ich „Wzorce” – dlatego też działam. Czuję, że obojętnie nie mogłabym przechodzić koło tego, co się wokół mnie dzieje. Dzisiaj pragnę tylko jednego, aby i w tym młodym pokoleniu pojawiło się jakieś „Orlątko”, które poprowadzi Polskę do zwycięstwa. Czuję, że tak będzie.
Jakby nie mówić, to efekty Pani działalności nie są takie, jakie by Pani chciała widzieć.
A jakie by były, gdybym ja i inni nic nie robili? Polska znajduje się w takim położeniu geopolitycznym, że zawsze była i jest narażona na utratę niepodległości. Byliśmy i jesteśmy smacznym kąskiem dla agresywnych sąsiadów (i nie tylko). Dlatego od dawna nasze pokolenia muszą czuwać, a gdy zachodzi potrzeba walczyć i być przygotowanym na obronę. Przeszłość, której tak bardzo boją się nasi wrogowie to pokazuje. Zabory, powstania, wojny, „nóż w plecy”, zadany 17 września 1939 roku przez dwóch oprawców, krwawe okupacje niemiecka i sowiecka, nauczyły nas wielkiej sprawy – SOLIDARNOŚCI. Naród nauczył się genialnej rzeczy, że jeśli solidarnie będziemy się wspierać, to zwyciężymy! Dzisiaj solidarność jest nam potrzebna w zastosowaniu kartki wyborczej. W mądrym zagłosowaniu i nic więcej. Ale muszę powiedzieć, że coraz więcej ludzi się budzi! Ludzie już nie boją się wygłaszać swoich opinii tak jak dawniej. Ludzie się buntują, nie godzą się z tą niesprawiedliwością. Na światło dzienne wychodzą liczne afery. Choć ciężko to idzie, bo winowajcy i aferzyści zajadle się bronią, ale jest to proces, którego zatrzymać się już nie da. Świadomość się zmienia i to nie tylko w Polsce, więc nie było o co walczyć? Pan dobrze wie, że Naród nasz jest dumny, odważny, ambitny, pracowity gdy ma na to warunki i nie pozwala się obrażać. Pan dobrze wie, że w środkach masowego przekazu pokazują nam margines społeczny i wmawiają, że tacy jesteśmy, że nie ma dobrych, sumiennych i uczciwych Polaków. Wywalczyliśmy niepodległość i suwerenność, bo nie jesteśmy aż tak naiwni. Dlatego ucząc się i biorąc przykład z przeszłości musimy patriotycznie wychowywać nasze dzieci i młodzież, uczyć historii – czego bardzo boją się nasi wrogowie. Szerzyć świadomość w naszym zagubionym społeczeństwie, bo ludzie się buntują ale nie widzą jeszcze jasno co i jak dalej robić. Należy więc zacząć od kartki wyborczej. Iść na wybory i zagłosować na mądrych, dobrych, kompetentnych i czystych moralnie ludzi. Walczyć o zmianę ordynacji wyborczej – ale nie będę się dalej rozwodziła. Powiem tylko, że każda osoba sieje wokół siebie dobro lub zło, że wybór należy do niej. Praca człowieka dobrej woli daje wcześniej czy później dobre owoce. To prawda, że praca jednostek jest mniej skuteczna, natomiast w zespołach bardziej widoczna. Dlatego naszym posłannictwem jest poszerzać to grono ludzi dobrej woli, walczyć z marazmem i z tym „niechciejstwem”, mówieniem, „a to nic nie da”. Obowiązkiem każdego kto orientuje się w sytuacji jest uświadamianie ludzi. Jak również dokształcanie się bez względu na wiek. Kurczowo trzymać się wartości, Dobra, szukać Prawdy, Sprawiedliwości. Trzymać się Kościoła, tej jedynej ostoi jaka nam została. Nie wypierać się Boga, nie odsuwać Go na dalszy plan. Nie manipulować. Nie wymądrzać się. Po tej strasznej gehennie jaką przeszliśmy i jaką w dalszym ciągu przechodzimy, już najwyższy czas, żebyśmy zrozumieli, że jedyną szansą dla nas jest trwać przy Bogu i Jego Dekalogu. A niewierzący, jeśli chcą żyć w pokoju, niech nie łamią praw naturalnych, a wówczas zamieni się wszystko. Uważam, że kto z Bogiem, to Bóg z nim. Ale Boga trzeba autentycznie zaprosić do siebie, do naszego życia.
Uważam, że człowiek nie może spędzić życia tylko na wygodnictwie. Bo przecież Pan Bóg dając mu życie, dał równocześnie jakieś zadanie do spełnienia. I człowiek nie będzie spokojny, dopóki tego nie odkryje. I dlatego tak dużo na świecie jest niepokojów, gwałtów, nałogów, bo człowiek nie znalazł, nie odkrył swojego miejsca na ziemi.
A odpowiadając na pańskie pytanie, to na efekty czeka się nieraz bardzo długo. Bierze się to z licznych zagrożeń, manipulacji, na jakie narażony jest człowiek. Najtrudniej zaś jest zmienić świadomość, nawyki i przyzwyczajenia. Ale raz zasiane ziarno, usłyszane dobre słowo, nagle dojrzewa i rozwija się. Czasami to trwa latami. Dlatego ja nie zniechęcam się, nie jestem zawiedziona tym stanem rzeczy. Zdaję sobie sprawę, rozumiem, że wieloletnia propaganda, opanowanie środków masowego przekazu przez ludzi nieodpowiednich, złej woli, wrogie ideologie, nieodpowiedzialnych karierowiczów, robiło i robi swoje. Uważam, że ciężkim grzechem jest, gdy człowiek świadomy tego co się dzieje, widząc wokół siebie tych zbłąkanych „nie podaje im ręki”, nie pomaga. Dlatego musimy, powinniśmy się organizować, tworzyć grupy nawet nie instytucjonalne – oddolnie i zmieniać nasze środowisko w którym żyjemy. Nie odwracać się od nich mówiąc „a z nich to już nic nie będzie”. Nie zamykać się w swoich środowiskach, ale być otwartym na każdego i każdemu wychodzić naprzeciw (ale rada wystrzegać się naiwności).
Wrócę jeszcze do tego samego. Faktem jest, że Pani działalność nie zaowocowała tym, czym by Pani chciała. Sama przecież Pani mówi, że niby Polska jest niepodległa, ale nie całkowicie.
Dlatego, że jest to proces. Świadomość budzi się, ale to trwa długo. W dzisiejszym świecie państwa nazywają się niepodległymi, ale widzimy że tak nie jest. Istnieje mała grupa „decyzyjna świata”, która rządzi i decyduje, jak ten nasz świat ma wyglądać, które państwa jak mają się rozwijać. Na przykład już wiele lat temu na Konferencji w Rzymie ustalono, że Polaków ma być 14 milionów. I to już dziś dokonuje się przez aborcję. Eutanazję chcą nam zaproponować. Nie ma polityki prorodzinnej, lansuje się małżeństwa na próbę, najzdolniejszą młodzież zachęca się do wyjazdu za granicę. Wmawia się nam, że związki homoseksualne są niedowartościowane i że należy je zrównać z heteroseksualnymi. „Grupa decyzyjna” zdecydowała, że Boga nie ma. Boga i ludzi wierzących w niego wyśmiewa się.   
W 1989 roku były tak zwane częściowo wolne wybory, czy Pani jako osoba politycznie bardzo aktywna zaangażowała się w to, co się wtedy działo? Pytam dlatego, bo nie przypominam sobie, aby Pani startowała na radną.
W różnych latach uczestniczyłam w zebraniach, na których wybieraliśmy kandydatów na radnych. Między innymi typowano i mnie, ale zawsze rezygnowałam. Wcześniej bardzo dokładnie przemyślałam tę sprawę, gdy proszono mnie o kandydowanie. Uważałam, że więcej dobrego zrobię działając w terenie. Miałam większą możliwość zajmowania się sprawami politycznymi, społecznymi. Mając samochód, mogliśmy z mężem jeździć po terenie, rozrzucać ulotki, rozwieszać plakaty, uświadamiać ludzi. Na jednej takiej akcji byliśmy z Andrzejem Markowskim w Bodzentynie. Od lat trzymaliśmy pieczę nad kapliczką Langiewicza(dlatego między innymi w treści tablic Ks. Jerzego Popiełuszki znalazły się słowa: „Ziemia Langiewicza i „Ponurego” – to znaczy, że ziemia Langiewicza i „Ponurego” składa hołd temu męczennikowi).  
Czy nie uważa Pani, że będąc bezpośrednio przy władzy można było zrobić dla ludzi dużo więcej?
Nie, bo rządzący najczęściej oddzielają się od rządzonych szerokim pasem próżni, niezrozumienia a po za tym nie miałam pewności czy byłabym dobrą radną bo do takiej pracy trzeba mieć odpowiednie przygotowanie. Politycznie byłam dobrze przygotowana, a merytorycznie musiałabym się dokształcać w dziedzinie prawa, administracji, na co już nie miałam czasu, ani możliwości. A w terenie zaś, wśród ludzi ufnych, pełnych jeszcze nie wygaszonych przez ten zakłamany system chęci działania, entuzjazmu, było tyle pracy, że rozdwoić bym się musiała aby temu podołać. Zresztą cały czas byłam w kontakcie z moimi kolegami radnymi, z którymi onegdaj działałam w „Solidarności” i ich też na bieżąco zaopatrywałam w materiały. Swoją pracę należy robić dobrze i odpowiedzialnie. A widzi pan, co się dzieje w sejmie? Pchają się ludzie niekompetentni, nie chcą się dokształcać, by sprostać swojemu zadaniu, korumpujący się itp.
No, wie Pani, przez takie podejście do sprawy pozwalała Pani jednak na to, aby do władzy dochodzili nie tacy, którzy dochodzić powinni.
Nie do końca mogę się z tym zgodzić, bo jednak wielu ludzi jest tam odpowiednich. Pomimo wszystko, kompetentnych ludzi mamy jednak dużo, tylko nie zawsze potrafimy ich znaleźć.
Co Pani sądzi o dzisiejszej „Solidarności”?
Dzisiaj „Solidarność” wyrzuca się z zakładów pracy, bo jest niewygodna – ludzie są szykanowani za działalność związkową. Pewne osoby z „Constaru” prosiły mnie o kontakt z „Solidarnością”, bo w ich zakładzie się źle dzieje. Ale może nie powinnam o tym głośno mówić, bo mogą kogoś za to zwolnić z pracy.
Muszę Pani powiedzieć, że w „Constarze” „Solidarność” już zaczęła działać.
Jeżeli chodzi o „Solidarność” to powinna się ona więcej prezentować, więcej się pokazywać i zajmować się tymi ludźmi, którzy nie mogą sobie poradzić z problemami życia codziennego. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że dzisiejsza „Solidarność” to nie jest ta sama „Solidarność”, co w roku 1980. Wtedy to był ruch społeczny, a dzisiaj jest to związek zawodowy. Inne cele do osiągnięcia były wtedy, a inne są dzisiaj.
Co jeszcze może Pani powiedzieć o starachowickim podziemiu solidarnościowym?
Było dużo ludzi, którzy działali dobrze i bezinteresownie, ale były tak zwane „wtyki”, a także byli tacy, którzy przeszkadzali. Miałam takiego znajomego, którego znałam jeszcze od przedwojny, który mnie szkodził i innym szkodził. Pomimo tego „Solidarność” rozwijała się, chociaż wchodzili do niej Ubecy i rozbijali ją od środka. Ale była grupa ludzi, którzy dobrze działali. Musi pan do tych ludzi dotrzeć i oni opowiedzą o tym, co robili. Było wiele pomówień, ale dobrze, że na początku jak powstał(Instytut Pamięci Narodowej), pan Jurek Stępień z „Solidarności” Regionu Świętokrzyskiego – sprawdził wszystkich działaczy z naszego województwa. Okazało się, że w Starachowicach nie było konfidentów. To bardzo dobra wizytówka z tamtych lat dla naszych działaczy. Myślę, że powinien pan docierać do wszystkich działaczy naszego Związku. Musimy odtworzyć i pokazać prawdziwe oblicze naszej „Solidarności” – Związku, który zapisał się wspaniałą kartą w naszej historii. Uważam, że powinien pan dotrzeć do Edwarda Imieli  do Andrzeja Markowskiego. Uważam również, że ich wkład w tworzenie podwalin naszego Związku był znaczący. Byłoby to nie kompletne, gdyby ich wypowiedzi o tamtych czasach zabrakło w tej książce. Imiela dla wielu był osobą kontrowersyjną, ale to nie może być powodem, że nie będzie pan z nim rozmawiał.
Ależ proszę Pani Imiela był drugą osobą, po Edwardzie Dajewskim, z którą miałem zamiar rozmawiać o starachowickiej „Solidarności”, umawialiśmy się na wywiad przynajmniej ze trzy razy, ale on nigdy na te spotkania nie przyszedł bo zawsze mu coś wypadało.
Ja panu jeszcze coś powiem. Mieszkałam na dawnej ulicy Marszałkowskiej 26 bo tam się urodziłam. Mieszkaliśmy przez płot z p. Imielami. Często bywałam u nich. Osobiście znałam babcię Edwarda, jego ciotki, rodziców, rodzeństwo. Edward pochodzi z patriotycznej rodziny. Jego ojciec Michał był w Armii Krajowej. Jego mama Michalina pochodziła z Krakowa – uczyła mnie i siostrę gry na fortepianie. Jej brat był księdzem. Stryjek Jerzy w czasie okupacji po pracy prowadził komplety szkolne na które uczęszczałam min. z bratem Ludowławem i Michałem Borkowskim synem słynnego dyrektora szpitala starachowickiego doktora Borkowskiego. (Przerabialiśmy gimnazjum). W tamtych czasach wszystkie rodziny a szczególnie patriotyczne ubożały. P. Imielowie nie mając się z czego utrzymać wynajęli jeden ze swoich dużych pokoi PAX-owi. Nie wiem, czy później Edward wstąpił do PAX-u i czy jakąś inną orientację polityczną wybrał, czy też były to tylko pomówienia, które siała UB-ecja w celu rozbijania naszego Związku czy też niezdrowe, wygórowane ambicje innych działaczy. Nie chcę teraz oceniać jak to naprawdę było i jak jest dziś, ale mówię jeszcze raz, że on pochodzi z patriotycznej rodziny.
Ja również nie chcę, a nawet nie mam prawa oceniać Edwarda Imieli, ale jeżeli były przeciw niemu jakieś zarzuty, to miał on, i ma nadal świetną okazję, aby przedstawić swoje racje. A on tego nie chce zrobić.
Wydaje mi się, że jeżeli ktoś doznał tylu przykrości od tylu różnych ludzi, to w końcu ma tego dosyć i nie chce z tym wszystkim mieć nic wspólnego.
Dziękuję za rozmowę.

Wrzesień 2004r.