Zmień na ciemny motyw
Zaloguj przez Facebook
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2017-08-29T06:18:45+02:00
Wt 29 Sie, 6:18
Tu się działa "Solidarność"
Tu się działa „Solidarność”
 
Szanowni Państwo
     Za chwilę odsłonimy pomnik, który jest upamiętnieniem Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Mottem tego pomnika jest: „Solidarność” – Bóg –Honor – Ojczyzna”. Te trzy słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna są nierozerwalnie z „Solidarnością” złączone, bo tymi wartościami kierowała się „Solidarność” od momentu swego powstania. Ktoś może zapytać, dlaczego pomnik „Solidarności” powstał właśnie w tym miejscu? Nie jest to miejsce przypadkowe. Jest to miejsce idealnie nadające się dla tego pomnika, bo Kościół Wszystkich Świętych od zawsze był miejscem oparcia starachowickiej „Solidarności”. To tutaj proboszczem był świętej pamięci ksiądz dziekan Tadeusz Jędra wielki przyjaciel „Solidarności”. Już w pierwszych dniach stanu wojennego w tym kościele spotykały się różne grupy starachowickich działaczy „Solidarności”. To tutaj udzielano działaczom „Solidarności” pomocy rzeczowej pochodzącej z darów z zagranicy. To tutaj odprawiano Msze za Ojczyznę i organizowano spotkania z ciekawymi ludźmi. Ksiądz Tadeusz Jędra zatrudnił przy budowie dzwonnicy działaczy „Solidarności” zwolnionych w stanie wojennym z pracy między innymi: Adama Mazura, Waldemara Witkowskiego, Andrzeja Radeckiego i Jerzego Wierzbińskiego. Przy budowie dzwonnicy tragicznie zginął żołnierz Armii Krajowej i działacz „Solidarności” Tadeusz Cybuch. Ksiądz Jędra otrzymywał anonimowe telefony ostrzegające go, że jeżeli nie zaprzestanie „wrogiej działalności” to kościół może się spalić. I rzeczywiście w roku 1987 stary, drewniany kościół spłonął. W latach 1988-1989 w nieistniejącej już dzisiaj salce katechetycznej odbywały się półlegalne spotkania starachowickich działaczy „Solidarności” mające na celu odtworzenie „Solidarności” w Starachowicach. Po księdzu Tadeuszu Jędrze proboszczem został świętej pamięci ksiądz Józef Domański, który kontynuował dzieło swojego poprzednika i na którego „Solidarność” zawsze mogła liczyć. Tak, więc w tym kościele działa się starachowicka „Solidarność”. Dlatego pomnik „Solidarności” stanął w tym miejscu.
Szanowni Państwo
     Pomnik ten poświęcony jest „Solidarności” tej z okresu lat 1980-1981, okresu stanu wojennego i tej obecnej. Do pomnika tego mogą się odwoływać i uważać go za swój ci, którzy wyznawali i wyznają wartości, które legły u podstaw „Solidarności. Do pomnika tego mogą się odwoływać ci, którzy nigdy „Solidarności” nie zdradzili, nie wykorzystali dla własnych celów zarówno materialnych, jak i politycznych i nie traktowali jako trampoliny do robienia karier politycznych i związkowych. Tu muszę powiedzieć, że Związek nasz wielokrotnie był przez różnych ludzi i różne organizacje – w tym partie polityczne – traktowany instrumentalnie. Niestety tendencje te utrzymują się do dzisiaj.
   Pomnik, który za chwilę odsłonimy powstawał z wielkimi problemami. Problemy te skutkowały tym, że jego budowa opóźniona została o rok. Było wiele osób, które robiły wszystko, aby pomnik nie powstał. Byli tacy, którzy przeszkadzali i byli tacy, którzy nie pomagali, chociaż pomóc mogli i powinni. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że część z tych o których mówię nosi lub nosiło znaczek „Solidarności”. Jest dla mnie przykre i niezrozumiałe, że ktoś mógł kwestionować fakt upamiętnienia organizacji, która ma tak wielkie zasługi w historii Polski. Na szczęście wszelkie przeszkody udało się pokonać, ale cień złego, które budowie pomnika towarzyszyło pozostanie na zawsze.
    Jak powiedziałem wcześniej „Solidarność” od samego początku swojego powstania wyznawała wartości, którymi są Bóg, Honor i Ojczyzna. Wartości te są wypisane na pomniku, ale są też na sztandarze, który właśnie został poświęcony. Oprócz tego na sztandarze wypisane zostały wartości, które są ważne dla pracowników a są to: Praca, Godność, Solidarność. Wszystkie te wartości a więc: Bóg, Honor, Ojczyzna, Praca, Godność, Solidarność są wartościami ponadczasowymi. Tymi wartościami powinniśmy się wszyscy kierować w życiu prywatnym i zawodowym, w polityce i w działalności związkowej, bo tylko wtedy możemy o sobie powiedzieć, że jesteśmy pełnowartościowym człowiekiem.  
    Fundatorem pomnika jest Międzyzakładowa Organizacja Związkowa NSZZ „Solidarność” w MAN BUS w skład, której wchodzą MAN BUS, PKC GROUP i Gegenbauer. Niech ten pomnik przypomina przyszłym pokoleniom o „Solidarności” i ludziach, którzy ją tworzyli. Niech będzie upamiętnieniem przeszłości, ale także drogowskazem dla przyszłości. Niech żyje „Solidarność”.  
 
 Przemówienie Jana Seweryna przewodniczącego Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” w MAN BUS wygłoszone podczas odsłonięcia Pomnika „Solidarności” przy kościele Wszystkich Świętych w Starachowicach w dniu 26.08.2017 r.
 
 
2016-07-01T18:26:12+02:00
Pt 1 Lip 2016, 18:26
Z pamiętnika pracownika
1. Zwolnili mnie z roboty! Prawdę mówiąc nie bardzo się tym przejąłem, bo praca ta nie bardzo mi odpowiadała. Znajdę sobie inną pomyślałem sobie. Tak, więc z zakładem rozstałem się bez wielkiego żalu wszak uważam się za fachowca a jak wiadomo fachowca wszędzie przyjmą z otwartymi ramionami. Na początek udałem się do urzędu pracy, aby się zarejestrować i aby zgłosić akces do podjęcia pracy. Zachodzę do tego urzędu a tam tłum się kłębi ogromny. Stanąłem w kolejce i stałem w niej pół dnia zanim mnie w końcu zarejestrowali. Mam się odnotowywać co miesiąc i być na wezwanie do podjęcia pracy. Będę pobierał zasiłek dla bezrobotnych. Pewny byłem, że nie potrwa to długo, ale się przeliczyłem, bo oferty pracy jak nie było tak nie było. Zaczynałem się niepokoić, bo zbliżał się koniec pobierania zasiłku. Poszedłem więc do urzędu pracy i co dziwne udało mi się bardzo szybko dostać do pani, która mnie obsługiwała podczas odnotowywania się. Pani stwierdziła, że żadnej pracy dla mnie nie ma. Wprawdzie, jak powiedziała, były przyjęcia, ale do urzędu pracy, ale mnie to nie dotyczyło, bo przecież nie mam kwalifikacji, aby w urzędzie pracy pracować. Zdenerwowało mnie to strasznie, bo jak to jest, że praca jest w urzędzie pracy, ale nie ma pracy dla takich fachowców jak ja. Powiedziałem to tej pani. Na to ona z kolei się zdenerwował i krzyknęła na całą salę:
- O jaki to się fachowiec znalazł! Jakżeś pan taki fachowiec to sam sobie pan znajdź robotę!
A to małpa jedna! Nie dosyć, że nie załatwiła mi roboty to jeszcze się na mnie wydziera. Teraz ja z kolei wydarłem się na nią i to głośniej niż ona na mnie:
- A gdzieś cię mam cholero jedna. Więcej tu moja noga nie postanie.
I wybiegłem z sali głośno trzaskając drzwiami. Jeszcze usłyszałem jak tamta krzyknęła się za mną:
- Szerokiej drogi!
Zdenerwowany bardzo poszedłem do domu. Następnego dnia zacząłem chodzić po różnych firmach pytając czy nie ma dla mnie jakiejś pracy. I tu spotkało mnie rozczarowanie. Nigdzie nie udało mi się zaczepić. Po tygodniu należało iść do urzędu pracy, aby się odnotować, ale przecież powiedziałem, że moja noga tam nie postanie, więc nie honor mi tam było iść. Więc nie poszedłem. Co się z tym wiązało nie muszę chyba mówić. Straciłem status bezrobotnego, ubezpieczenie i prawo do zasiłku. Trudno, ale honor uratowałem.                                     
 
2. Znalazłem pracę! Na budowie drogi. Nie potrzebne są tam takie kwalifikacje jakie ja posiadam, bo robota prosta ale wziąłem, bo zasiłek mi się skończył a przecież żyć z czegoś trzeba. Po za tym to pracodawca zaproponował mi bardzo korzystny układ. Będzie mi płacił pensję minimalną a resztę dostanę „na lewo”. Super układ. Po co ładować pieniądze w ZUS-y, urzędy skarbowe itp. Przecież lepiej wziąć to do kieszeni. Pierwsze dni pracy minęły jak z bicza strzelił. Zapoznawałem się z nową robotą i poznawałem ludzi z którymi przyszło mi pracować. Wszystko było dobrze do pierwszego deszczu. Przylało tak, że suchej nitki na nas nie było. Chociaż schowaliśmy się pod drzewem to nie na wiele się to zdało, bo po pierwsze deszcz był ogromny a po drugie zacinało z boków, bo wiatr wiał porządny. Na szczęście nie trwało to długo. Za chwilę wyszło słońce i wysuszyło nasze przemoknięte ubrania. Było przecież lato a więc było ciepło to i bez koszuli można było pracować. Pierwszą wypłatę wziąłem tak jak to było ustalone. Na liście płac podpisałem, że wziąłem tyle ile wynosi płaca minimalna a drugie tyle dostałem do kieszeni. A nie mówiłem, że super układ. Trochę nie podobają mi się warunki socjalne, bo ani szatni nie mamy ani jadalni, ale to nie jest najważniejsze. Ważne, że jest praca i że płacą kasę. Szatnię mamy w krzakach. Tam się rozbieramy do roboty i tam, na gałęziach zostawiamy nasze ubrania. Obok jest toaleta to znaczy druga kępa krzaków gdzie załatwiamy nasze sprawy fizjologiczne. Obiad jemy siedząc na kamieniach albo na łopatach. Nie jest źle. Jednak lato miało się ku końcowi i zaczynało być coraz chłodniej. Jednego razu przyszliśmy do pracy i jak zwykle powiesiliśmy ubrania na krzaku i zabraliśmy się do roboty. Po skończonej pracy poszliśmy się przebrać a tu niespodzianka. Ubrania przymarzły do krzaków. Trzeba je było siłą odrywać. Inną sprawą, która zaczynała mi się nie podobać to wypłata pieniędzy za pracę. Wprawdzie jak pisałem w pierwszym miesiącu wszystko było w porządku, ale już w następnym wypłacono mi tylko to, co miałem na umowie czyli płacę minimalna. Wkurzyłem się i poszedłem do kierownika a ten mi mówi, że przecież dostałem tyle ile jest na umowie, więc on nie rozumie o co mam pretensje.
- Ale przecież umawialiśmy się inaczej – powiedziałem do niego.
A ten mi mówi, że on sobie tego nie przypomina a po za tym to takie postępowanie było by niezgodne z przepisami. Patrzcie go, jaki przepisowy, a jeszcze miesiąc temu dawał mi pod stołem drugą pensję i nie miał żadnych zastrzeżeń. Następnego miesiąca jeszcze się pogorszyło. Dzień przed wypłatą zniknął kierownik. W dniu wypłaty też się nie pojawił. Znalazł się dopiero po tygodniu ale powiedział, że pieniędzy nie ma, ale na dniach powinien mieć. Tak zeszło do kolejnej wypłaty. I tak jak poprzednio kierownik zniknął, ale zniknął też brygadzista. Właściwie to zostaliśmy na tej budowie sami i nikt się nami nie interesował. Przychodziliśmy do pracy przez kilka dni i staliśmy pod naszą „szatnią” licząc na to, że ktoś się w końcu pojawi, ale niestety nie pojawiał się nikt. Mróz coraz bardzie dawał się nam we znaki, więc w końcu zrezygnowaliśmy z przychodzenia. Nasze pieniądze też przepadły bezpowrotnie, bo nikt nie wiedział gdzie szukać kierownika i firmy, która nas zatrudniała. I tak się skończyła moja praca na budowie. 
 
3. Będąc pozbawiony pracy zaczynałem mieć problemy z pieniędzmi. Dochodu żadnego a przecież żyć jakoś trzeba. Jedno co mi pozostawało to udać się do pomocy społecznej. Nie bardzo mi to odpowiadało, ale wyjścia nie miałem i poszedłem. Nawet się ze mną łaskawie tam obeszli, bo dali mi kartki na obiady i parę groszy na bieżące wydatki. Będąc tak zabezpieczony ruszyłem w poszukiwaniu pracy. Miałem szczęście, bo nie szukałem długo. Był tylko jeden mankament a mianowicie ten, że zatrudnili mnie bez umowy czyli „na czarno”. Ponadto należało przynieść własne ubranie robocze. Z ubraniem nie miałem żadnego problemu, bo zostało mi z budowy. Trochę nie podobał mi się brak umowy, ale musiałem się z tym pogodzić, bo nie miałem innego wyjścia. Warunki pracy były podłe, ale najważniejsze było to, że praca odbywała się na hali, chociaż nie była ona ogrzewana. Po kilku dniach zorientowałem się, co jest grane. Okazało się, że część pracowników zatrudniona jest na umowach o pracę, ale połowa – w tym i ja – pracuje bez umów. Po jakimś tygodniu przyszedł kierownik i powiedział, że gdyby w firmie pojawiła się jakaś kontrola to ci, którzy pracują bez umów mają uciekać gdzie pieprz rośnie i się chować. Nawet powiedział, którymi oknami można czmychnąć. Powiedział jeszcze, że w razie niebezpieczeństwa – to znaczy w razie kontroli – on da nam znać. Tak poinstruowani pracowaliśmy już spokojnie. Niestety, gdy przyszła wypłata dostaliśmy połowę tego, co nam się należało. Na szczęście po tygodniu dostaliśmy resztę. Poczułem, że jestem uratowany. Ale niestety jak ktoś ma pecha to ma. W następnym miesiącu znów dostaliśmy połowę pensji a o drugiej połowie do końca miesiąca nikt nawet się nie zająknął. Kolejnej wypłaty nie było wcale. Grunt mi się zaczął palić pod nogami, bo miałem niezapłacone rachunki. Ja i ci, którzy pracowali bez umów zaczęliśmy upominać o należne nam pieniądze. Dało to tyle, że wypłacono nam po sto złotych a na resztę kazano czekać. Po kilku dniach znów dostaliśmy po stówie i to po naszej gwałtownej interwencji. Zaczynałem mieć dość tej pracy, ale ponieważ innej nie miałem przychodziłem chociaż pracowałem za pół darmo. Jednego dnia na halę wpada kierownik i krzyczy:
 - Kryj się gdzie kto może!
Był to dla nas – pracujących bez umów – sygnał, aby uciekać, bo w firmie pojawiła się kontrola. Tak jak było umówione rzuciliśmy się do okien. Wyskakiwaliśmy tymi oknami jak szczupaki z wody. Ja znów miałem pecha! Wyskoczyłem tak nieszczęśliwie, że w powietrzu zderzyłem się z innym wyskakującym i rąbnąłem głową o zamarzniętą ziemię. Półprzytomny po tym upadku zerwałem się, aby prysnąć w rosnące przy hali krzaki, ale pech znów dał o sobie znać. Głowa mi się zakołowała i wpadłem w głęboki dół łamiąc przy tym nogę. Znalazłem się w naprawdę fatalnej sytuacji. Po pierwsze to z dołu wydostać się nie mogłem, po drugie to noga zaczynała puchnąć i boleć a po trzecie z obawy przed kontrolerami nie mogłem wzywać pomocy. Leżałem więc w tym dole i pojękiwałem cicho. Pod wieczór nad dołem pojawił się kierownik i pyta, dlaczego siedzę w tym dole i nie biorę się do roboty. Przecież kontrolerzy już dawno się z firmy wynieśli.
- Człowieku – mówię do niego – mnie jest potrzebna pomoc i to natychmiast.
 Postał chwilę nade mną i w końcu mówi:
- Pogotowia na zakład wezwać nie mogę, bo ty nie masz umowy, więc mógłbym mieć problemy. Zrobimy tak. Wyniesiemy cię za zakład na ulicę i tam wezwiemy pogotowie a ty jak by się ktoś pytał powiesz, że się przewróciłeś na ulicy. Nic się nie bój jak wrócisz ze szpitala to ci to finansowo wynagrodzimy. Czy tak być może?
- Może tak być panie kierowniku – powiedziałem, bo wyglądało mi to na logiczne a po za tym dla mnie korzystne.
Jak powiedział tak zrobił. Zawołał trzech pracowników z hali i kazał im mnie z tego przeklętego dołu wyciągnąć. Gdy mnie wyciągali darłem się w niebogłosy, bo noga utkwiła mi między jakimiś korzeniami i w żaden sposób nie dała się jej uwolnić. Dopiero mocne szarpnięcie spowodowało, że mogli mnie wynieść. Półprzytomnego z bólu zawlekli mnie na drugą stronę ulicy, położyli na brzegu chodnika, wezwali pogotowie i schowali się w krzakach, aby obserwować, co się będzie dalej ze mną działo. Na szczęście pogotowie szybko przyjechało. Sanitariusze wciągnęli mnie na nosze i tak znalazłem się w szpitalu.                                                          
 
4. W szpitalu okazało się, że nie wszystko jest takie proste jak początkowo wyglądało. Wprawdzie opatrzyli mi nogę, ale zaczęli dopominać się o ubezpieczenie. Oczywiście żadnego ubezpieczenia nie miałem, bo przecież nie byłem zarejestrowany w urzędzie pracy a w firmie w której pracowałem też nie byłem ubezpieczony, bo pracowałem „na czarno”. Wypisałem się czym prędzej z tego szpitala na własne żądanie, bo wiedziałem że puszczą mnie z przysłowiowymi torbami, ale i tak przy wypisie dostałem rachunek za leczenie opiewający na kilka tysięcy złotych. Prawdę mówiąc nie bardzo się tym przejąłem, bo przecież miałem zapewnienie kierownika firmy w której pracowałem, że mi moje poświecenie odpowiednio wynagrodzi. Po kilku tygodniach, gdy się podleczyłem i gdy mogłem już, jako tako chodzić poszedłem do firmy zabierając z sobą rachunek za leczenie. Niech zapłacą i dodadzą kilka tysięcy dla mnie i będziemy kwita myślałem sobie idąc do firmy. Na hali nic się nie zmieniło. Praca szła normalnie, pracowali ci sami ludzie. Przywitałem się z wszystkimi i poszedłem szukać kierownika. Znalazłem go w jego biurze. Zachowywał się tak jakby mnie nie znał.
- Z czym pan przychodzi? – zapytał.
- Wyszedłem ze szpitala – mówię – i zgodnie z umową zgłaszam się po obiecane wynagrodzenie. Niech pan zapłaci rachunek za szpital i dołoży kilka tysięcy dla mnie i będziemy kwita. Jak się wyleczę to pojawię się w pracy.
- Czyś pan oszalał? – wrzasnął na mnie – Za co mam płacić? Przecież ja pana nie znam!
Zbaraniałem. Głos mi odebrało, ale po chwili doszedłem do siebie.
- Jak to mnie pan nie zna? – teraz jak krzyknąłem – Przecież przez kilka miesięcy pracowałem u pana!
- U mnie? Ja pana pierwszy raz na oczy widzę. Pan jesteś jakimś spekulantem! Pan chcesz ode mnie pieniądze wyłudzić!
Tego już było dla mnie za wiele.
- Chodź pan na halę – zawołałem – tam pracują ci z którymi pracowałem przed wypadkiem oni potwierdzą to co mówię. A jak potwierdzą to spotkamy się z panem w prokuraturze. – Byłem pewny swego, bo przecież przed chwilą witałem się z tymi, którzy na hali pracowali.
- A proszę bardzo – mówi kierownik – chodźmy na halę tylko żebyś pan tego nie żałował. Bo wezwę na pana policję.
Ty chamie bezczelny ja cię zaraz załatwię pomyślałem sobie i poszliśmy na halę. Na hali kierownik zwołał wszystkich pracowników i pyta czy mnie poznają. No i przeżyłem szok! Każdy, kogo zapytał stwierdził, że mnie nie zna i że mnie pierwszy raz na oczy widzi. Nawet ten kolega z którym pracowałem na tym samym stanowisku wyparł się mnie! Nogi się pode mną ugięły. Jak przez mgłę usłyszałem jak kierownik krzyczy:
- Zabieraj się stąd oszuście i to szybko, bo dzwonię na policję.
Widząc co się dzieje nie czekałem dłużej i podpierając się kulą czym prędzej opuściłem zakład.                                                                                                               
 
5. Znów byłem bezrobotny. Ale nie za długo. Kiedyś na ulicy spotkałem Antka, kolegę z którym chodziłem do szkoły. Wprawdzie nie utrzymywaliśmy jakichś ściślejszych kontaktów, ale co jakiś czas widywaliśmy się. Od słowa do słowa i zgadaliśmy się o pracy. Powiedziałem mu, że mam problemy ze znalezieniem roboty i że nie jest mi w tej chwili lekko. Pomyślał chwilę i mówi, że postara mi się pomóc, bo pracuje w dużej firmie i to na kierowniczym stanowisku. I rzeczywiście po kilku dniach zadzwonił do mnie i kazał zgłosić się do działu personalnego. Widocznie wszystko tam było już nagrane, bo przyjęli mnie bez zbędnych ceregieli. Skierowany zostałem na wydział na którym jednym z kierowników był Antek. Miał tam ładny klimatyzowany kantorek i kilku brygadzistów do pomocy. Pierwszego dnia pracy przegadaliśmy w tym kantorku cały dzień. Gadaliśmy o rybach, grzybach, gołębiach, pogodzie i poruszyliśmy całą masę różnych spraw. O pracy nie rozmawialiśmy, bo jak powiedział Antek przyjdzie na to czas. Po robocie zaprosiłem Antka na wódkę. Trzeba było jakoś za załatwienie roboty podziękować. Wprawdzie nie miałem pieniędzy, ale pożyczyłem. Jak zarobię to oddam. Piliśmy do późnej nocy. Rano ledwo zwlokłem się z łóżka. Miałem gigantycznego kaca, ale przecież do pracy trzeba było iść. Jakoś zawlokłem się na zakład i poszedłem do kantorka kierownika. Antek fatalnie wyglądał. Coś bełkotał coś chciał wyjaśniać brygadzistom, ale zupełnie mu to nie szło. W końcu dał sobie spokój i kazał im się wziąć za robotę.
- Aleśmy dali czadu – mówi do mnie – zupełnie nie pamiętam jak wróciłem do domu. Wiesz co, może byś tak skoczył po piwo. Musimy się trochę podleczyć.
Ja na to jak na lato. Sam przecież źle się czułem. Przeskoczyłem przez płot i po kwadransie byłem z powrotem z czterema butelkami piwa. Przy tym piwie zeszła nam cała dniówka. Nawet żeśmy się specjalnie nie kryli, bo Antek miał w wydziale mocną pozycję i nikt nie mógł mu podskoczyć. Po tygodniu przesiadywania w kantorku Antek powiedział, abym przeszedł się po wydziale i zobaczył jak i co się robi. Prawdę mówiąc mało mnie to interesowało, ale jak kazał to poszedłem. Wszyscy pracowali aż im się pot na czołach pokazywał. Było gorąco a na wydziale żadnej klimatyzacji nie było. Czym prędzej wróciłem do kantorka gdzie panował przyjemny chłodek.
- No i co pracują? – zapytał Antek.
- Ano pracują – odpowiedziałem – tylko narzekają, że im gorąco.
- Jak jest lato to musi być gorąco. Taki klimat. A zresztą płaci im się więc niech nie narzekają. Darmo nie pracują.
Po pracy poszliśmy znów na wódkę. Teraz jednak było grzecznie i następnego dnia w dość dobrej formie stawiliśmy się do pracy.                                       
 
6. Praca, którą miałem zaczynała mi się podobać. Prawdę mówiąc to nie miałem jakichś konkretnych obowiązków, bo albo przesiadywałem w kantorku, albo chodziłem z którymś z brygadzistów jako jego pomocnik. Wprawdzie na angażu miałem wpisane konkretne stanowisko pracy, ale nawet nie wiedziałem gdzie się ono znajduje. Antek zadbał o to abym się nie przemęczał. Co prawda co tydzień zapraszałem go na popijawę, ale w ogólnym rozrachunku to mi się opłacało. Któregoś dnia przechodząc koło grupki pracujących osób usłyszałem wypowiedziane półgłosem zdanie na mój temat.
- O patrzcie to ten przydupas kierownika.
Nawet się nie odwróciłem.
- A gadaj sobie chamie – pomyślałem sobie – Nic ci to i tak nie pomoże. Ty masz zapierniczać aż ci się pot będzie lał po plecach a ja zaraz posiedzę sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu.
I tak było. Do końca zmiany siedziałem sobie w kantorku układając pasjansa w komputerze. Któregoś dnia przychodzi do mnie jakiś facet i mówi mi, że jest przewodniczącym związku zawodowego w naszym wydziale i chce żebym się do jego związku zapisał. Mówił, że w razie jakichś problemów związek mnie będzie bronił, że będzie mi pomagał gdyby mi się krzywda działa itp. Słuchałem tego i śmiać mi się chciało. Jakie ja mogę mieć problemy? Jaka może mi się krzywda stać? Mam kierownika z którym piję wódę to mi ten kierownik będzie krzywdę robił? Nie powiedziałem jednak tego głośno, ale powiedziałem, że się zastanowię i mu odpowiem. Oczywiście nawet mi przez myśl nie przeszło, że będę odpowiadał, ale tak powiedziałem, aby się ode mnie odczepił. Mnie są związki nie potrzebne, bo ja mam związek z kierownikiem. Taki związek jest silniejszy i bardzie dla mnie opłacalny niż każdy inny. Gdyby się zapisał to przecież składkę bym musiał płacić a tak to będę miał kasę na picie z Antkiem. To jest lepsza inwestycja a nie jakieś związki.                                                                      
 
7. Ten związkowiec zaczynał mnie wkurzać. Myślałem, że się ode mnie odczepił, ale skąd. Po jakichś dwóch czy trzech tygodniach pojawił się znowu i pyta czy się już zastanowiłem. Powiedziałem, że jeszcze myślę. Niezadowolony z odpowiedzi poszedł sobie. Wydawało mi się, że dał mi spokój, ale gdzież tam. Po jakimś czasie pojawił się znowu i to z deklaracją. Tym mnie wkurzył!
- Człowieku zabieraj stąd ten papier i więcej się mi tu nie pokazuj – krzyknąłem – W dupie mam twoje związki zawodowe.
- Toś ty taki? – mówi do mnie – czekaj chamie ty jeszcze do mnie przyjdziesz.
I miałem z nim spokój. Więcej się nie pojawił. Co by jednak nie mówić to mnie strasznie zdenerwował. Aby odreagować wziąłem Antka na wódkę. Pomogło. Jak mówiłem robota mi się podobała, ale po kilku miesiącach zacząłem się co nieco nudzić. No bo ile można było siedzieć w kantorku i układać pasjanse. Wprawdzie wychodziłem na kawę do automatu i na papierosa, ale i tak zaczynała mnie zżerać nuda. I to właśnie z nudów zacząłem zachodzić do tych, którzy pracowali na hali to znaczy do brygady do której byłem przypisany. I to był mój błąd. Gdy stawałem przy jakieś grupce to cichły rozmowy a oni odwracali się do mnie plecami. Któregoś dnia przychodzi Antek i mówi:
- Po jaką cholerę ty się kręcisz po placówce? – mówią, że przeszkadzasz im w pracy – Siedź w kantorku i nie kłuj ich w oczy.
Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Bo brygada zaczęła się burzyć. Aby to ukrócić Antek zrobił zebranie wszystkich pracowników i zapytał o co im chodzi. Pospuszczali łby i nic nie mówią. Niechby się odezwali! Antek patrzył na nich takim wzrokiem, że głos im odbierało. Jednak znalazł się jeden samobójca! Zaczął mówić, że brygada jest niezadowolona bo musi na mnie pracować a ja nie wiadomo czym się zajmuję. Antek zmierzył go takim wzrokiem, że tamten mało się pod ziemię nie zapadł.
- Jak nie wiesz czym się zajmuje to nie gadaj – krzyknął Antek – jest podział obowiązków i każdy robi, co do niego należy. Zajmij się swoją robotą i nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Czy ktoś ma jeszcze coś do powiedzenia? Jak nie to brać się do roboty.
Pospuszczali łby i poszli. Na drugi dzień Antek wezwał tego, który na zebraniu zabierał głos i powiedział mu, że od dzisiaj w trybie natychmiastowym zostaje przeniesiony na inny wydział. Ma się zabierać i iść. Ładnie się go pozbył.
- Nie będzie mi tu buntował załogi i wprowadzał fermentu – stwierdził.
Od tego czasu nikt już nie miał do mnie zastrzeżeń a jeżeli je miał to tego głośno nie mówił. Brygada na tym spiskowaniu przeciwko mnie wyszła jak Zabłocki na mydle. Stracili jednego człowieka, bo za tego przeniesionego na inny wydział Antek nikogo nie przyjął i teraz muszą robić nie tylko to, co do nich należy, ale i za tego, którego nie ma. Poprawili sobie barany jedne.                                                           
 
8. Katastrofa! Antek odchodzi na inny wydział! Na jego miejsce przychodzi inny kierownik. Zamianą tą byłem poważnie zaniepokojony. Ale postanowiłem zachować spokój i obserwować, co się będzie działo. Przez pierwsze trzy dni nie działo się nic nadzwyczajnego. Przychodziłem jak dawniej do kantorka i siadałem na swoim dotychczasowym miejscu. Na wszelki wypadek przestałem układać pasjansa. Czwartego dnia, gdy jak gdyby nigdy nic siedziałem sobie i szperałem w komputerze wchodzi kierownik i pyta:
- Panie powiedz mi pan czym się pan właściwie zajmujesz? Bo ja obserwuję pana od trzech dni i zupełnie nie wiem, jaka jest pańska rola w tej brygadzie.
- O proszę pana kierownika zajmuję się różnymi rzeczami – odpowiedziałem – ale konkretnego zadania nie mam.
- Jak to pan nie ma? Przecież każdy ma jakieś zadanie. Ja to muszę jutro sprawdzić – powiedział kierownik i poszedł.
Zaczynało być niebezpiecznie. Poczułem się mocno zagrożony. To ryj niemyty – pomyślałem sobie – zaczyna się mnie czepiać.
Postanowiłem działać natychmiast, aby uprzedzić jego poczynania. Po jakiejś godzinie, gdy kierownik znów pojawił się w kantorku przystąpiłem do ataku.
- Panie kierowniku co pan dzisiaj robi po pracy – zapytałem?
- A nic idę do domu – odpowiedział – A dlaczego pan pyta?
- A bo mam dla pana propozycję. Może byśmy tak poszli na wódkę?
- Ja wódki nie piję – odpowiedział ku mojemu przerażeniu.
Proponując mu wódkę miałem nadzieję, schlać go i w ten sposób pozytywnie nastawić do siebie. Niestety spotkał mnie poważny zawód. Zacząłem tracić pewność siebie. Abstynent się znalazł – pomyślałem sobie, ale postanowiłem walczyć dalej.
- No, to może skoczymy na papieroska?
- Nie palę i panu też nie radzę, bo to jest szkodliwe dla zdrowia.
Załamał mnie. Co to za typ? Skąd takie dziwadło się wzięło? Nie wiedziałem jak go podejść a było to konieczne, bo jak zacznie sprawdzać, co ja powinienem robić to nie będzie ze mną wesoło.
Następnego dnia z samego rana ledwo zdążyłem wejść do kantorka pojawił się kierownik.
- Sprawdziłem to, o czym rozmawialiśmy wczoraj i wychodzi mi, że pan nie powinien przesiadywać w kantorku tylko pracować na produkcji. Jak to się stało, że pan tam nie pracuje? – zapytał.
Poczułem, że grunt zaczyna mi się usuwać spod nóg. A on mówi dalej:
- Proszę iść na wydział i brać się za robotę.
Ręce mi opadły, ale co miałem robić poszedłem. Na placówce już wszyscy wiedzieli o co chodzi, bo widziałem ich kpiące uśmieszki. Brygadzista też wiedział, bo kazał mi stawać przy maszynie i robić, co do mnie należy. Może bym się i wziął za robotę, ale moją maszynę widziałem po raz pierwszy w życiu i zupełnie nie wiedziałem jak się ją włącza nie mówiąc o tym jak się ją obsługuje. Postanowiłem improwizować. Obszedłem maszynę parę razy dookoła i w końcu zauważyłem jakąś wajchę. Pomyślałem, że jest to włącznik. Nie namyślając się wiele złapałem za tę wajchę i pociągnąłem. Rąbnęło tak, że maszyna aż podskoczyła! Z silnika buchnęły iskry, potem pojawił się gęsty dym a w końcu płomienie. Światło zgasło na całym wydziale. Mnie odrzuciło z dziesięć metrów od miejsca w którym stałem. Pracownicy wpadli w panikę i z krzykiem uciekali gdzie kto mógł. Nastał sądny dzień. Niedługo z wyciem syren pod wydział podjechały samochody strażackie i strażacy ze sprzętem gaśniczym wpadli na wydział. Pożar został ugaszony, ale prądu nie było jeszcze przez dwa dni. Tyle trwała naprawa. Maszyna poszła na złom, bo jak stwierdził główny mechanik zupełnie nie nadawała się do naprawy.                                                          cdn.
 
 
9. Po wypadku z maszyną przebywałem parę dni na zwolnieniu lekarskim. Gdy wróciłem do pracy zostałem wezwany do kierownika. Powiedział mi, że nie widzi możliwości pracy ze mną i że mnie zwalnia. Dał mi dwutygodniowe wymówienie. Ponadto zabronił mi się zbliżać do jakiejkolwiek maszyny i w ogóle nie wchodzić na podległą mu placówkę. Te dwa tygodnie miałem przesiedzieć w kantorku. Ostatecznie wyszło na moje. Bo jak wcześniej nie pracowałem na wydziale tak nie pracowałem i teraz. Po jaką cholerę mnie ruszał. Przecież mogłem sobie siedzieć tak jak dotychczas. Miałem jednak świadomość, że dwa tygodnie szybko minie i zostanę na lodzie. Postanowiłem działać. Chociaż nie należałem do związku zawodowego postanowiłem tam szukać pomocy. Poszedłem na wydział i odszukałem wydziałowego związkowca. Tego samego którego pogoniłem, gdy chciał mnie do związku zapisywać. Trochę mi było niezręcznie prosić go o pomoc, bo przecież ostatnim razem nawrzucałem mu ile wlezie, ale postanowiłem schować honor i porozmawiać z nim. Zdziwił się bardzo, gdy mnie zobaczył, ale wiedział o co chodzi, bo zanim ja zacząłem mówić on zaczął pierwszy.
- A mówiłem, że do mnie przyjdziesz?
- No wiesz jak to w życiu bywa czasami popełnia się błędy. – powiedziałem – Zapomnijmy o tym co było. Znasz moją sprawę więc mi pomóż. Nie chcę żeby mnie zwolnili z pracy.
- Twoją sprawę znają wszyscy bo mało zakładu nie spaliłeś. Ja ci pomóc nie mogę i nie chcę, bo po pierwsze nie należysz do związku a po drugie to śliska sprawa i ja się nie chcę w tym babrać. Radź sobie sam. Jak chcesz to idź do przewodniczącego związku, ale na wiele nie licz.
- A to świnia – pomyślałem sobie i odszedłem. Prawdę mówiąc ten związkowiec miał rację bo przecież kiedyś olałem go i to parę razy. Ja na jego miejscu to bym takiego delikwenta w dupę kopnął a nie odsyłał do szefa związku. Nie dyskutowałem z nim więcej i poszedłem do związkowego biura. Idąc zastanawiałem się jak się przypodobać przewodniczącemu, aby zainteresował się moją sprawa. Postanowiłem nawet, że jeżeli będzie chciał to się zapiszę do jego związku. No trudno niech stracę. Tak myśląc dotarłem do biura. Przewodniczący był na miejscu.
- Wiem o co chodzi bo dzwonił do mnie przewodniczący z twojego wydziału - powiedział. – No, ale mów sam o swojej sprawie.
Więc powiedziałem, że chcą mnie zwolnić, bo spowodowałem awarię maszyny. Wysłuchał mnie i powiedział, że postara mi się pomóc. Nie proponował zapisania się do związku i w ogóle nie stawiał żadnych warunków. Byłem tym bardzo zdziwiony. Pomyślałem, że postąpił tak dlatego, bo nawet palcem nie ruszy w mojej sprawie. Zawiedziony wróciłem na wydział i poszedłem do kantorka. Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia przyszedł kierownik i mówi:
- No udało ci się. Wycofujemy ci wymówienie. Dostaniesz naganę i od jutra bierzesz się za robotę.
Zbaraniałem. A jednak załatwił. Poczułem, że znowu rosnę w siłę i odzyskuję pewność siebie. Po paru godzinach do kantorka wparował wydziałowy związkowiec.
- A widzisz – zaczął podekscytowany – jednak związki zawodowe są potrzebne. Myślę, że teraz to już nie masz wątpliwości i się zapisujesz.
I podsuwa mi deklarację. Chyba go po…ło! Teraz mam się zapisywać, gdy mam sprawę załatwioną! A to niby po co?
- Mylisz się – powiedziałem – ani mi się śni zapisywać i płacić składki.
W tamtego jakby piorun strzelił. Zbladł i zaniemówił. W końcu zerwał się i wymachując rękami pognał na wydział.                                   
 
 
10. Z samego rana kierownik wezwał brygadzistę i polecił mu, aby mnie zabrał na wydział i przyuczał do nowej pracy. Więc się przyuczałem. Nie za bardzo pasowała mi ta robota, ale przecież wyjścia nie miałem. Na nauczenie się pracy dostałem tydzień. Stałem przy maszynie i patrzyłem jak pracownik pracuje. Oczywiście nie stałem tam cały czas bo kto by w jednym miejscu wytrzymał osiem godzin. Część czasu spędzałem w palarni gdzie można było się nieco zrelaksować a część przy automacie z kawą. I zanim się obejrzałem tydzień zleciał. W następnym tygodniu miałem pracować samodzielnie. W poniedziałek zanim zabrałem się za robotę pojawił się kierownik i powiedział:
- No pokaż pan, co pan potrafisz. Przyjdę tu pod koniec zmiany i zobaczę.
- Spokojna głowa panie kierowniku – nie takie rzeczy się robiło.
Zabrałem się od razu do roboty i pokazałem. Tak schrzaniłem robotę, że zleciała się cała brygada, aby zobaczyć co zrobiłem. Z innych wydziałów też przychodzili. Zjawił się nawet główny technolog. Chodził oglądał i coś mruczał pod nosem. W końcu przyszedł do mnie i powiada:
- Panie powiedz pan jakżeś pan to zrobił. Przecież to jest fizycznie niemożliwe żeby tak tę konstrukcję zepsuć.
- Polak potrafi pomyślałem sobie. – Ale nic nie mówiłem, bo zaczynało do mnie docierać, że znów będę miał problemy. I nie myliłem się. Zaraz pojawił się kierownik i krzyczy:
- Zwolnić. Natychmiast zwolnić, bo ten człowiek doprowadzi do tego, że mnie zwolnią a zakład pójdzie z torbami.
Nie czekałem na dalszy rozwój wypadków, bo wiedziałem, że nie jest wesoło i intensywnie myślałem gdzie by tu szukać pomocy. Do związku zawodowego już nie miałem po co iść, bo spaliłem niepotrzebnie wszystkie mosty. Nagle mnie olśniło! Przecież mam dobrego kumpla kierownika Antka. To że pracował teraz na innym wydziale nie miało znaczenia, bo przecież znał wszystkich, miał różne układy i duże wpływy. Wiedziałem że mi pomoże. Przywitał się ze mną dość chłodno, a gdy powiedziałem z czym przychodzę zaczął drzeć mordę. Krzyczał żebym go nie nachodził bo on mi nic nie pomoże, bo sprawa jest śliska i gdyby się w nią zaangażował to tak, jakby popełnił samobójstwo.
- Chcesz żeby mnie zwolnili razem z tobą – krzyczał – ty się w ogóle nie przyznaj, że się znamy i nawet mi dzień dobry nie mów. Ja chcę pracować a jak widzę znajomość z tobą to prosta droga do tego żeby zostać bezrobotnym.
 - A to bydlę – pomyślałem sobie, gdy nieco ochłonąłem – tyle gorzały za moje pieniądze wychlał i teraz tak mi się odwdzięcza.
Nie dyskutowałem wcale z tym chamem, bo i dyskutować nie było o czym i poszedłem załamany na wydział. Tam już na mnie czekali. Dostałem natychmiastowe wymówienie i w ten sposób ponownie stałem się bezrobotnym.
 
 
2014-09-13T20:22:06+02:00
Sob 13 Wrz 2014, 20:22
XXXIV rocznica powstania NSZZ „Solidarność” - Przemówienie Jana Seweryna podczas uroczystości 30.08.2014

Szanowni Państwo
Kolejna, trzydziesta czwarta rocznica powstania NSZZ „Solidarność” jest okazją do odpowiedzi na pytanie, czy wszystkie problemy, które doprowadziły do lipcowych i sierpniowych strajków, zostały rozwiązane tak jak tego chcieli strajkujący robotnicy. Odpowiedź na to pytanie nie może być jednoznaczna, bo owszem część postulatów strajkowych została pozytywnie załatwiona, ale część z nich wciąż czeka na zrealizowanie. Na dodatek pojawiły się takie problemy, których w latach osiemdziesiątych nie było. Głównym takim problemem jest bezrobocie. Dotyka ono milionów ludzi i wciąż nie ma perspektyw, aby problem bezrobocia został rozwiązany. Jednym z głównych postulatów strajkujących w 1980 roku było uzyskanie możliwości tworzenia niezależnych związków zawodowych. Chociaż ten postulat został w końcu przez komunistyczną władzę zaakceptowany – co dało początek Niezależnemu Samorządnemu Związkowi Zawodowemu „Solidarność” – to jednak dzisiejsza rzeczywistość daleka jest od tego, czego oczekiwaliśmy. Wprawdzie są podstawy prawne do tworzenia związków zawodowych, ale w praktyce jest to wręcz karkołomne zadanie, bo opór pracodawców w tej kwestii jest ogromny. Inną sprawą jest coraz większe ograniczanie uprawnień związkowych. Niejednokrotnie rola związków sprowadza się do wydawania opinii, które dla nikogo nie są wiążące. Stawia to pod znakiem zapytania o sens takich opinii. Ważną dla strajkujących sprawą było poszanowanie godności pracownika. Również w tej kwestii jest wiele do zrobienia, bo w dzisiejszych czasach pracownik został sprowadzony do narzędzia, które wykorzystywane jest stosowanie do zaistniałych potrzeb. Gdy narzędzie jest potrzebne to się go używa a gdy potrzebne nie jest to się go pozbywa. Oczywiście jak w każdej sprawie nie należy uogólniać, bo są pracodawcy, którzy do pracowników mają właściwe podejście, ale niestety ogromnej części pracodawców można wiele zarzucić. Jako przykłady można podać niewypłacanie w terminie lub niewypłacanie w ogóle pensji, mobbingowanie, zaniżanie wynagrodzenia, manipulowanie umowami o pracę, stawianie przed pracownikiem nadmiernych wymagań, nieodpowiednie warunki pracy, nieprzestrzeganie przepisów BHP i przepisów prawa pracy. 
     Na pewno nie można powiedzieć, że właściwe jest podejście do pracowników sfer rządzących. W zasadzie wszystkie rządy prowadziły politykę ograniczania praw pracowniczych. Szczególnie nasiliło się to w okresie rządów obecnej koalicji PO – PSL. To właśnie rządy liberałów doprowadziły do wydłużenia wieku emerytalnego i wprowadzenia tak zwanego elastycznego czasu pracy. To rząd Donalda Tuska wykazał się szczególnym lekceważeniem związków zawodowych, co doprowadziło do rozpadu Komisji Trójstronnej a co za tym idzie do zaprzestanie dialogu pomiędzy przedstawicielami pracowników (jakimi są związki zawodowe) a rządem. W zasadzie rząd zupełnie nie liczy się z opinią społeczną, czego przykładem są inicjatywy społeczne mające na celu przeprowadzanie referendów w ważnych dla różnych grup społecznych sprawach. Wszystkie wnioski o referenda są odrzucane a inicjatywy o ustawowe uregulowania sprawy referendów są blokowane. Arogancja władzy sięgnęła szczytów i kto wie czy nie przewyższa arogancji władzy komunistycznej, przeciwko której strajkowano w roku 1980.
    Mając to wszystko na uwadze można stwierdzić, że nie o taką Polskę, jaką mamy obecnie walczyli robotnicy podczas lipcowych i sierpniowych strajków. Wiele postulatów, które wówczas wysunięto nic nie straciło na swojej aktualności a jak powiedziałem doszło jeszcze wiele innych problemów, które powodują, że pracownicy mają poczucie niedoceniana, lekceważenia i wykorzystywania. Chociaż mówi się, że mamy wolną i niepodległą Polskę to z tą wolnością różnie bywa. Nie wszyscy mogą z niej korzystać a w wielu przypadkach wolność ta jest czysto iluzoryczna.
    Co by nie mówić to Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” był i jest najważniejszą i najsilniejszą organizacją w Polsce. Nie da się ukryć, że to nasz Związek miał ogromny wpływ na przemiany polityczne i społeczne w kraju. Niestety wielokrotnie „Solidarność” była traktowana instrumentalnie i wykorzystywana do różnych celów, które niekoniecznie były w jej interesie. Niejednokrotnie poszczególni ludzie wykorzystywali Związek do własnych prywatnych celów. Wiele jest przykładów, że tak zwani działacze związkowi nie sprawdzili się, że zawiedli zaufanie członków Związku. Wiele jest przykładów, że ten czy tamten po prostu zdradził. Chociaż czas zrobił swoje i odsiał tych, którzy nie byli godni do „Solidarności” należeć to jednak wciąż można spotkać takich, którzy w różnoraki sposób działają na niekorzyść Związku a czynią to albo z niekompetencji, albo z lenistwa albo ze zwykłej głupoty. Dlatego bardzo ważne jest to, aby pracownicy wstępowali do „Solidarności” i angażowali się w jej działalność, bo pozwoli to na wymianę tych, którzy się nie sprawdzają. Będzie to z korzyścią zarówno dla pracowników jak i dla Związku, bo spowoduje to jego właściwe funkcjonowanie. Aby jednak to się stało konieczna jest duża świadomość związkowa, którą można osiągnąć poprzez ciągłą edukację związkową. Służyć temu powinny szkolenia, czytanie prasy związkowej czy odwiedzanie stron internetowych Związku.
     Historia „Solidarności” jest burzliwa i piękna. Były w niej okresy wielkich zwycięstw i chwały, ale były też chwile tragiczne, chwile zwątpienia i zawiedzionych nadziei. W okresie trzydziestu czterech lat wiele się w naszym Związku działo i wiele się zmieniło, ale faktem jest, że „Solidarność” zawsze potrafiła sprostać wyzwaniom, jakie stawiały przed nią historia i czas i nic nie wskazuje na to by w przyszłości miało być inaczej. Przed „Solidarnością” stoją wciąż nowe zadania i nowe wyzwania a znając historię i stan obecny Związku nie mam żadnych wątpliwości, że „Solidarność” jest w stanie im sprostać. 

2014-09-03T18:30:28+02:00
Śr 3 Wrz 2014, 18:30
Uroczystość
Uroczystość, którą zorganizowaliśmy w dniu 30 sierpnia z okazji XXXIV rocznicy powstania NSZZ "Solidarność" była jedyną tak dużą uroczystością w naszym Regionie Świętokrzyskim. W innych miastach przeważnie ograniczano się do Mszy. U nas było inaczej. Było głośno, bo graliśmy pieśni strajkowe, które słychać było w kilku dzielnicach Starachowic, było podniośle, bo składaliśmy kwiaty pod tablicą poświęconą tym, którzy działali w "Solidarności" w latach 1980-1989 w FSC, odsłoniliśmy także wystawę historycznych - solidarnościowych plakatów - a także przemaszerowaliśmy z orkiestrą, ze związkowymi sztandarami i flagami do kościoła. Była Msza Święta, podczas, której grała orkiestra i podczas której przypomniałem nazwiska kolegów, którzy od nas już odeszli i był wielki festyn rodzinny. W całym Regionie nic takiego nie było a myślę, że nie było też w większości Regionów. Wszytko to miało jednak wielki minus. A jest nim mała ilość członków Związku uczestniczących w uroczystościach oficjalnych a więc przed Budynkiem Biura Głównego MAN-a i podczas Mszy w kościele. A przecież na uroczystość zaproszeni byli wszyscy. I wszyscy w imię związkowej solidarności być powinni! Owszem było tysiąc osób, ale na festynie! Jest to przykre z dwóch powodów. Po pierwsze, że związkowcy przedkładają festyn nad uroczystość a po drugie, że nie rozumieją jak ważne jest to by pokazać, że jest nas dużo i do tańca i do różańca. Jest to o tyle ważne, że w uroczystościach tych udział wzięli przedstawiciele wszystkich trzech naszych pracodawców. Oni pewnie wyciągnęli wnioski. Wyciągnijmy i my.   
 
 
2014-07-31T22:35:24+02:00
Czw 31 Lip 2014, 22:35
Kontrowersyjny Lewkowicz

Wydawać by się mogło, że po tylu latach od robotniczego buntu i powstaniu NSZZ „Solidarność” w 1980 roku, jak również po tak zwanych przemianach ustrojowych w roku 1989 ocena komunizmu jak również tych, którzy ten ustrój tworzyli jest jednoznaczna. A może być ona tylko taka: Był to ustrój zbrodniczy, antydemokratyczny, podporządkowują-cy interesy Polski Związkowi Radzieckiemu. Równie negatywnie ocenić należy tych, którzy ustrój ten tworzyli. Fakty są bezlitosne – ci, którzy budowali komunizm i jemu służyli działali na szkodę Polski. Niestety okazuje się, że są w Polsce ludzie, dla których fakty nie mają żadnego znaczenia, bo co by do nich nie mówić i jakich by argumentów nie używać to oni i tak wiedzą swoje. Do takich należy niejaki Paweł Lewkowicz radny Rady Powiatu. Otóż radny ów opublikował w „Gazecie Starachowickiej” z dnia 29.07.2013 artykuł pt. „Kontrowersyjny generał” dotyczący generała Wojciecha Jaru-zelskiego. W dość obszernym tekście Lewkowicz udowadnia, że Jaruzelski jest wielkim Polakiem, któremu Polska wiele zawdzięcza, za co jak pisze, należy mu się szacunek. 

Artykuł w swej treści jest porażający. Rzadko się zdarza pomieszczenie w jednym artykule tak wielkiej ilości bzdur, niewłaściwej interpretacji faktów i ich ocen. A jednak Lewkowiczowi się to udało. Niestety nie świadczy to o jego talen-cie. Świadczy za to o jego dyletanctwie, co do tematu, którym się zajął. Początkowo miałem zamiar przeprowadzić pole-mikę z autorem tekstu poddając ów tekst drobiazgowej analizie, ale doszedłem do wniosku, że nie warto, bo do autora nic nie dotrze, bo jak z jego tekstu wynika zatrzymał się on na poziomie Jerzego Urbana z okresu stanu wojennego. Chociaż Lewkowicz pisze głupoty to jednak stara się on udowodnić swoje tezy przytaczając przykłady z historii, powołując się na różnego rodzaju autorytety i dokonując karkołomnych interpretacji faktów. A wszystko po to, aby czytelnik odniósł wra-żenie, że oto ma przed sobą tekst „oblatanego” w temacie człowieka. Jak powiedziałem tekst jest stekiem bzdur, dlatego średnio obeznany z tematem czytelnik wrzuci go do kosza, ale niestety może zdarzyć się, że wpadnie on w ręce jakiegoś młodego człowieka, który dopiero zaczyna interesować się historią najnowszą. Lektura wypocin Lewkowicza może mieć na takiego człowieka wpływ negatywny i może na dłuższy czas – a może i na zawsze – wypaczyć jego poglądy.       

Co do generała Jaruzelskiego to wbrew temu, co twierdzi Lewkowicz nie jest on wcale postacią kontrowersyjną. Jest rzeczą oczywistą, że jest to postać negatywna i co by nie robić i jakich by argumentów nie używać nic tego nie zmieni. Jaruzelski był jednym z tych, którzy w Polsce wprowadzali komunizm i którzy wiernie mu służyli. Człowiek ten od sa-mego początku działał na rzecz Polski komunistycznej uzależnionej od Związku Radzieckiego. Jemu nawet przez myśl nie przeszło, aby działać na rzecz Polski niepodległej. Mało tego! Zacięcie walczył z tymi, którzy działali na rzecz nie-podległości i demokracji. A była to walka na śmierć i życie. Bo Jaruzelski po zakończeniu II wojny światowej tępił „ban-dy” to znaczy żołnierzy oddziałów niepodległościowych, tłumił demonstracje na Wybrzeżu w 1970 roku i wprowadził stan wojenny w 1981 roku. Nie jest wyjaśnione, co Jaruzelski robił w roku 1956 ale należy podejrzewać, że zachował się tak jak tego oczekiwali jego moskiewscy zwierzchnicy. Co do stanu wojennego to nie został on wprowadzony po to, aby obronić Polskę przed interwencją „bratnich armii”, ale po to, aby utrzymać stan posiadania PZPR i jej funkcjonariuszy. Szczyt głupoty osiąga Lewkowicz nazywając Jaruzelskiego „człowiekiem honoru”. Jak w przypadku Jaruzelskiego, tego moskiewskiego sługusa, można mówić o honorze! Przecież ten „człowiek honoru” wprowadzając stan wojenny starał się zabezpieczy sobie „pomoc” sowieckiej armii gdyby nie udało mu się pokonać „Solidarności” własnymi siłami. 

Jeżeli chodzi o przemiany roku 1989 to miały one na celu przepoczwarzenie systemu komunistycznego w taki sposób, aby komuniści mogli przejąć majątek narodowy a za swoje zbrodnie na narodzie polskim nie ponieśli kary. I to się im udało. Gdyby na te zmiany się nie zdecydowali to dwa albo trzy lata później potężny bunt społeczny, który już wzbierał, zmiótłby ich ze sceny, a zmiecenie to miałoby dla nich tragiczne skutki. Niejeden towarzysz skończyłby pewnie tak jak Ceausescu. To, że tak się nie stało to rzeczywiście zasługa Jaruzelskiego i za to mu jego partyjni towarzysze wdzięczni być powinni. Jednak Polska wdzięczna mu być nie ma, za co. Niestety nie rozumie tego Lewkowicz. I nie jest to jedno, czego on nie rozumie. A nie rozumie na przykład tego, jaką rolę odegrał pułkownik Kukliński. To, że nie rozumie nie upoważnia go jednak do nazywania Kuklińskiego zdrajcą. Lewkowicz nie wie pewnie jak brzmiała rota przysięgi woj-skowej, której złamanie zarzuca Kuklińskiemu. A było w jej treści między innymi to, że przysięgało się strzec wolności przed zakusami imperializmu w bratnim przymierzy z Armią Radziecką, co jednoznacznie oznaczało podległość ZSRR. Jaruzelski przysiędze tej był wierny, ale na pewno nie jest to powód do dumy. 

Na zakończenie powiem, że twierdzenie Lewkowicza, że Jaruzelskiemu należy się szacunek jest stawianiem pomnika komuś, komu się on nie należy. Za swoje „dokonania” Jaruzelski zasługuje na pogardę, potępienie, proces sądowy i karę. 

Nie przewiduję dalszej polemiki z P. Lewkowiczem. Szkoda czasu a i poziom nie ten.