Zmień na ciemny motyw
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2018-12-31T13:28:59+01:00
Pon 31 Gru 2018, 13:28
Janusz kaczor Dokumenty
2018-12-31T13:28:33+01:00
Pon 31 Gru 2018, 13:28
Wywiad Jana Seweryna z Januszem Kaczorem
2018-12-31T13:23:41+01:00
Pon 31 Gru 2018, 13:23
Janusz Kaczor
2018-12-31T13:23:20+01:00
Pon 31 Gru 2018, 13:23
Wywiad Jana Seweryna z Januszem Kaczorem
Ile lat miałeś w 1980 roku?
Czternaście lat miałem.
To do „Solidarności” nie należałeś.
Nie, nie należałem nie było to możliwe. Za młody byłem.
A czy słyszałeś wtedy coś o „Solidarności”?
Oczywiście, że słyszałem. Ojciec był w komisji wydziałowej jednego z wydziałów Fabryki Samochodów Ciężarowych. Był przewodniczącym tej komisji albo wiceprzewodniczącym. Mama też pracowała w FSC. W domu dyskutowali na temat „Solidarności” a ja to słyszałem. Więc mniej więcej wiedziałem co się dzieje. Ja wiedziałem też o wielu innych rzeczach, bo pochodzę z rodziny patriotycznej.
31 sierpnia 1982 była w Starachowicach manifestacja przeciwko stanowi wojennemu. Brałeś w niej udział.
Tak brałem udział od samego początku, czyli od wyjścia z kościoła Świętej Trójcy po Mszy, która zaczęła się o godzinie osiemnastej. Szliśmy na ówczesną Aleję Manifestu Lipcowego, bo tam miały być prowadzone spacery na chodnikach. Wtedy w Polce w ramach protestów przeciwko stanowi wojennemu wymyślono, aby w czasie dziennika telewizyjnego albo o innej określonej porze przechadzać się w ustalonym miejscu. W wielu miastach takie spacery się odbywały.
Szczególnie duży rozmiar miało to w Świdniku.
W Starachowicach pierwsze próby były nieudane, bo mało osób się w to zaangażował. Ale w sierpniu się udało. Początek niczego wielkiego nie zapowiadał. Mieliśmy przejść spacerkiem przez Aleję Manifestu Lipcowego i to miało być wszystko. Szliśmy małymi grupkami, ale na wysokości dawnego Manhattanu okazało się, że ludzi jest dużo. Gdy doszliśmy do końca falowca ktoś dał hasło, aby przejść na drugą stronę ulicy. Ja tego nie pamiętam, ale później mi mówiono, że to byłem ja.
Ja doskonale pamiętam ten moment, gdy przechodziliśmy na drugą stronę ulicy. Wyskoczyło kilku młodych chłopaków i skierowali ten tłum ludzi na ulicę. Być może wśród tych chłopaków byłeś i Ty.   
Gdy tłum znalazł się na ulicy to już nikt na chodnik nie wchodziła, ale całą szerokością ulicy poszliśmy w kierunku Domu Partii. Przechodziliśmy koło komendy Milicji Obywatelskiej. A spod Domu Partii zawróciliśmy i znów przeszliśmy koło komendy. Pamięta, że przed komenda stało sześciu milicjantów z tarczami i pałami. Ale nie atakowali nas. Było ich za mało, bo jak dzisiaj wiadomo większość milicjantów ze Starachowic pojechała tłumić manifestację w Kielcach.
Dodam, że dwóch czy trzech stało w poprzek ulicy skręcającej Na Szlakowisko.
Powiem szczerze, że tego nie pamiętam. Zresztą nie pamiętam z tego wydarzenia wielu innych rzeczy. Po prostu byłem w takiej euforii, że nie zwracałem uwagi na to, co się działo po boku.
Pochód znów wrócił na Aleję Manifestu Lipcowego i co było dalej?
Początkowo chcieliśmy wejść do kościoła, ale ksiądz proboszcz Henryk Czyż nas tam nie wpuścił. Nie otworzył nam kościoła. Było już po godzinie dziewiętnastej a może była już godzina dwudziesta, więc żadnych mszy już nie było. Więc zeszliśmy do Rynku.
Jak to się stało, że to akurat Ty czytałeś litanię Solidarności?
Wyszło to spontanicznie. Ja akurat miałem tekst tej litanii w kieszeni i nadawał się on na zakończenie manifestacji. Więc go odczytałem. Prawdę mówiąc to najlepszym miejscem do czytania litanii był by kościół, wiedziałem o tym, bo przecież byłem ministrantem, ale skoro do kościoła nie można było wejść to odczytałem ją w takim miejscu i w takich warunkach, jakie były, czyli na Rynku. Wszedłem na murek i czytałem. Była to bardzo ładna litania.
Dużo ludzi było wtedy na Rynku? Bo jak widziałem sporo osób podczas przemarszu odłączało się od pochodu.
Tak część się odłączyła, bo było już późno, ale na moje oko to z pięćset osób jeszcze zostało. Widziałem dobrze, bo stałem na murku, a ludzie klęknęli, więc miałem ich wszystkich w zasięgu wzroku. Pięćset osób było na pewno. Ja czytałem a ludzie odpowiadali „Módl się za nami” tak jak to jest w litaniach.
Skąd miałeś tekst tej litanii?
Dostałem ją od kogoś w Częstochowie. Zachowałem ją, bo mi się bardzo podobała. Kartek z tą litanią miałem więcej, ale jak wracaliśmy z Częstochowy to w pociągu rozdałem ją różnym ludziom. Sobie zostawiłem jeden egzemplarz. Ja wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że mogą być za to jakieś konsekwencje. Dla mnie było to naturalne, że coś się robi, że tak trzeba. Była euforia chęć działania. Więc co się mogło to się robiło.
No, tak ale byłeś wtedy bardzo młodym człowiekiem, bo miałeś dopiero szesnaście lat.
Tak i pewnie dlatego nie przewidywałem, że mogę z powodu tej działalności mieć jakieś problemy. Wydawało mi się, że wszyscy stanowimy jedność. Okazało się później, że z tą jednością to różnie bywało.
Za udział w manifestacji sporo osób miało przykre konsekwencje. Dzisiaj wiadomo, że były robione zdjęcia a szpicel na komendzie rozpoznawali sfotografowane osoby. Pewna liczba osób była ukarana prze kolegia do spraw wykroczeń.
Oczywiście, że ktoś musiał mnie na takim zdjęciu wskazać i to musiała być osoba, która mnie znała. Po ośmiu dniach wparowali do szkoły i mnie zgarnęli.
Do jakiej szkoły chodziłeś?
Do technikum na ulicy 1 Maja.
Gdy pierwszego dnia po manifestacji poszedłeś do szkoły to nic się nie działo?
Nie, nic się nie działo. Pierwszy dzień to był 1 września rozpoczęcie szkoły, więc była tylko część oficjalna i do domu. Następnego dnia też się nic nie działo. Z kolegami, którzy chodzili do tej szkoły i którzy brali w manifestacji udział rozmawialiśmy o tym, co było 31 sierpnia i byliśmy zadowoleni, że braliśmy udział w takim wydarzeniu.
Co się działo później, czyli 8 września?
Do szkoły przyjechała UB-ecja. Czarną Wołgą przyjechali.
To byli SB-ecy ze Starachowic czy z Kielc?
Z Kielc. Do klasy przyszedł po mnie dyrektor szkoły, który nazywał się Kocula. Zawołał mnie, ale początkowo nie domyślałem się, o co chodzi, dopiero później, gdy mnie wyprowadził na korytarz zrozumiałem, że chodzi o manifestację. Tak na mnie bluzgał, że nigdy bym się nie spodziewał, że dyrektor – pedagog – może posługiwać się takim językiem. Mało mnie na tym korytarzu nie rozerwał. Dosłownie. Zaraz przyszli UB-ole i zawieźli mnie na komendę. Na komendzie na przywitanie dostałem w japę. Dopytywali się o manifestację, ale głownie chodziło im o to abym potwierdził, że organizatorem manifestacji był ksiądz Tadeusz Jędra proboszcz parafii Wszystkich Świętych. Przez ponad osiem godzin mojego pobytu na komendzie próbowali na mnie wymusić takie zeznanie. Znałem się z księdzem Jedrą, bo byłem ministrantem w jego parafii. To był bardzo porządny ksiądz. Patriota. Oni na niego chcieli mieć jakiegoś haka, bo ksiądz pomagał rodzinom internowanych. O tym, że w Starachowicach aresztowano działaczy „Solidarności” dowiedziałem się właśnie od księdza Jędry, bo on w niedzielę stanu wojennego na zakończenie Mszy powiedział, żeby się pomodlić za aresztowanych w nocy działaczy „Solidarności”.  
I co było dalej na tej komendzie?
Rodzina nie wiedziała gdzie jestem. Dopiero ktoś ze szkoły, nie wiem, kto, ale chyba jakiś kolega powiedział mamie, że mnie zabrała milicja. Trzymali mnie długo, bo do dziewiętnastej a może nawet do dwudziestej. Siedziałem w celi przejściowej i utkwiła mi w pamięci taka scena jak pod komendę podjechała chłodnia i do komendy wnosili w takich metalowych pojemnikach wędliny, kiełbasy i boczki. Wiadomo, że w sklepach wtedy niczego nie było, ale dla milicji jednak mieli. Patrzyłem przez kraty jak te pojemnik faceci wnosili na komendę i myślałem, jaki to w Polsce mamy równouprawnienie. Po pewnym czasie jakiś milicjant przyniósł mi w obskurnym, skorodowanym kubku czarną kawę i kromkę suchego chleba. Dosłownie. To była taka konfrontacja kiełbasa i boczek dla milicjantów a dla mnie czarna kawa i suchy chleb.
Ale w końcu Cię wypuścili.
Wypuścili chociaż nie uzyskali tego co chcieli.
Czy podczas tego przesłuchania zarzucali ci udział w manifestacji?
Tak zarzucali mi czynny udział w manifestacji i straszyli, że domu już nie zobaczę i że matki nie zobaczę. Ci SB-ecy z Kielc to nie byli jeszcze najgorsi. Gorsi byli milicjanci ze Starachowic. Ci chcieli się wykazać czy popisać i zachowywali się w stosunku do mnie gorzej niż ci z Kielc.
Jakie miałeś wrażenia po wyjściu z komendy?
Byłem wystraszony i to mocno. To był mój pierwszy kontakt z milicją i SB wiec nie miałem żadnego doświadczenia w tych sprawach. Nie wiedziałem na co ich stać i jakie w stosunku do mnie mogą podjąć działania. Jak mówiłem straszyli mnie różnymi konsekwencjami. Po dwóch dniach po aresztowaniu dyrektor Kotula wezwał mnie do sekretariatu. Myślałem, że znowu mnie zwiozą na komendę. Ale nie. Dał mi pismo w którym było napisane, że decyzją Rady Pedagogicznej zostałem relegowany ze szkoły.
Po prostu Cię wyrzucili.
Tak. Poszedłem do domu i pokazałem to pismo rodzicom. Ojciec był już wtedy chory i nie pracował, mama była na emeryturze, więc obydwoje byli w domu. Na szczęście moją sprawą zainteresował się mój wychowawca Ryszard Nosowicz. Przychodził do nas do domu. Chodził po wszystkich szkołach w Starachowicach i pytał czy by mnie któraś szkoła nie przyjęła. Ale niestety żadna szkoła mnie przyjąć nie chciała.
Ktoś dał cynk, aby cię nie przyjmować.
Oczywiście. SB zadbała o to abym w Starachowicach nie mógł się uczyć. Po jakichś trzech tygodniach do domu przyjechał kurator z Kielc. Powiedział, że jest dla mnie szkoła w Końskich i tam mam iść.
Trochę daleko.
Daleko, ale co miałem robi. Rodzice byli bardzo znerwicowani całą tą sytuacją, więc aby im jeszcze nie przysparzać zmartwień poszedłem. W międzyczasie dwa razy odwiedziła nas SB-ecja. Dowiadywali się co robię. Gdy pojechałem do tych Końskich to przeżyłem szok. W szkole wszyscy wiedzieli, że przyjeżdża niebezpieczny gość. Cała szkoła była zebrana na holu tak jak by była akademia pierwszomajowa. Dyrektor przedstawił mnie, że jestem osobnikiem, który rzucał w ZOMO-wców butelkami z benzyną, palił komitety i tym podobne bzdury. Dosłownie tak mówił.
Wariat jakiś czy co?
Mądry nie był, chociaż był historykiem. Podczas mojego pobytu w tej szkole, a byłem tam tylko tydzień, miałem z nim trzy lekcje historii. Te lekcje był w całości mnie poświęcone. Facet opowiadał jakie to ja straszne rzeczy wyprawiałem.
Ale skąd mógł coś o Tobie wiedzieć. Przecież widział Cię po raz pierwszy w życiu.
Nic nie mógł wiedzieć. Wiedział to co mu Partia do łba włożyła i tyle. Ten ciemnota żyje do tej pory. Były prowokacje w stosunku do mnie. Ktoś mnie wołał do kibla na papierosa albo na wino. Ale ja nie dałem się na to skusić. Wiedziałem, że tylko czekają, aby mnie załatwić. Jak powiedziałem nie byłem w tej szkole długo, bo po pierwsze był problem z dojazdem. Trzeba się było w Skarżysku przesiadać do drugiego pociągu. Aby nie dojeżdżać załatwiono mi miejsce w internacie. Ale tam nie miałem spokoju. Ja chodziłem do drugiej klasy a tu pewnego dnia przyszło do mnie pięciu gości z piątej klasy rzucili mi zeszyty i powiedzieli, że mam im odrabiać lekcje, bo jak nie to oni mi pokażą. Zeszyty został a ja w piątek spakowałem swoje rzeczy i wróciłem do domu. Przecież nie mogłem z nimi walczyć, bo nie miałem żadnych szans. Dobiło mnie jeszcze to, że gdy poszedłem zapisać się na lekcję religii, która oczywiście była po za szkołą spotkałem tam księdza, który jakiś czas był w naszej parafii i uczył mnie religii. Taki zbieg okoliczności. Gdy zobaczyłem tego księdza to podniosło mnie to na duchu, bo myślałem, że będę miał bratnią duszę. Ucieszyłem się bardzo. Ale zaraz mocno się zawiodłem, bo ksiądz odwrócił się na pięcie i szybko się zmył. Nie powiedział do mnie nawet jednego słowa. Na pewno mnie poznała, ale tak był przeciwko mnie nastawiony, że nie chciał ze mną mieć żadnego kontaktu. To był dla mnie bardzo przykre tym bardziej, że do księży miałem zaufanie, bo byłem ministrantem. Ale w tym przypadku bardzo się zawiodłem. Gdy wróciłem do domu rodzice byli załamani. Powiedziałem im, że skoro nie mogę się uczyć to pójdę kopać doły, aby zarobić na chleb. Ręce przecież miałem zdrowe, byłem młody to każdą pracę mogłem wykonywać. Po jakimś miesiącu znowu przyjechał kurator. Mówił, że tak nie może być abym nie chodził do szkoły. Pytał dlaczego porzuciłem szkołę w Końskich i straszył, ze będę miał z tego powodu kłopoty. Na koniec powiedział, że zgodził się mnie przyjąć dyrektor technikum hutniczego w Ostrowcu.
Też daleko.
Owszem. Ten dyrektor nazywał się Kopański. On był później posłem. Poszedłem do tej szkoły, ale nie byłem już w internacie tylko codziennie dojeżdżałem do Ostrowca pociągiem. Praktyki miałem w Hucie Ostrowiec. W tej Hucie pracę zaczynali od godziny szóstej, więc i ja musiałem się na tę godzinę tam wstawić. Było to dla mnie bardzo uciążliwe, bo musiałem wstawać o wpół do czwartej i iść na pociąg.
Jak Cię w tej nowej szkole traktowali? Lepiej niż w Końskich?
Ależ skąd. Tam było jeszcze gorzej.
Dlaczego?
Na samym początku zostałem wezwany do gabinetu dyrektora, który w obecności mojego nowego wychowawcy zabronił mi mówić komukolwiek z jakich powodów znalazłem się w tej szkole. O tym wiedzieć miał tylko dyrektor, wychowawca i ja. Powiedział, że jak się dowie, że coś na ten temat mówię to się mnie ze szkoły pozbędzie. Obiecałem, że nikomu nie powiem i rzeczywiście nie powiedziałem. Ale chociaż nikt nie wiedział o tym, dlaczego się w tej szkole znalazłem to ktoś puścił plotkę, że jestem tam dlatego, że pobiłem nauczyciela.
Coś podobnego!
Tak się wszyscy nauczyciele za to, co niby zrobiłem uwzięli ma mnie, że miałem same pały. Same dwóje ze wszystkich przedmiotów nawet z WF-u. Było takie zdarzenie, że gdy nakleiłem sobie na zeszyt krzyżyk to mi nauczyciel od tego przedmiotu zeszyt przy całej klasie podarł na drobne strzępy. Jak powiedziałem tak się na mnie uwzięli, że sadzili mi same dwóje. Z każdego przedmiotu miałem, osiem dziewięć dwój. W efekcie na półrocze ze wszystkich przedmiotów miałem dwóje. Doszło nawet do tego, że przynosiłem rysunki techniczne wykonywane przez mojego wuja Andrzeja Markowskiego, aby w ten sposób złapać jakiś dobry stopień. Ale według nauczyciela rysunki te nie były dobre. Rysunki wykonywane przez inżyniera nie były dobre! Zawsze coś mu nie pasowało. A to jakaś kreska była źle postawiona albo coś innego. Twierdził także, że nie ja to robiłem, ale przecież nie mógł wiedzieć, kto rysował bo i skąd. Ktoś mi kiedyś powiedział na osobności, że oni takich bandziorów, którzy biją nauczycieli to w tej szkole nie będą tolerować. O tym, co się w szkole dzieje nie mówiłem w domu, bo mama i tak przez te moje problemy z milicją i SB była znerwicowana. Nie chciałem jej jeszcze dokładać zmartwień. Na początku roku 1983 przyjechał kurator i oświadczył, że decyzja Rady Pedagogicznej była bezprawna i że mogę wrócić do szkoły. Po pół roku okazało się, że nie mieli podstaw, aby mnie ze szkoły wyrzucić.
I wróciłeś?
Tak wróciłem. Do tej samej szkoły i do tej samej klasy. Tu już miałem spokój. Nikt się mnie nie czepiał. Mogłem się spokojnie uczyć. Nie mogę źle powiedzieć o nauczycielach, bo żadnych problemów mi nie stwarzali.  Jedynie pani Romantowska miała do mnie jakieś zastrzeżenia. Dzisiaj pani ta jest wielką tercjanką. Tak się zmieniła po przemianach ustrojowych. Szkołę skończyłem bez problemów.
A co z działalnością opozycyjną?
Coś się tam robiło, chociaż SB-ecja miał mnie na oku. Pierwszą rewizję miałem w domu 28 albo 29 kwietnia 1983 roku. To było przed komunistycznym świętem 1 Maja. Działaliśmy we trójkę to znaczy ja, Dariusz Kwiecień i Anna Kowalczyk. Kupiliśmy sobie taką dziecinną drukarenkę – właściwie to były to takie stempelki z gumowymi literami – i trzaskaliśmy ulotki. Na tłukliśmy tego z tysiąc sztuk. Szykowaliśmy się na 3 Maja. Trzymałem to wszystko w piwnicy. Obawiałem się jednak, że przed tym świętem mogą przeprowadzić u mnie rewizję, dlatego planowałem przetransportować wszystkie te materiały do Darka Kwietnia. Popakowałem to wszystko i przygotowałem do wyniesienia. Pech chciał, że w dniu, którym miałem to przenieść do Darka do mojego mieszkania wparowała SB-ecja. Chcieli klucz od piwnicy. Początkowo mówiłem, że klucza nie ma, ale jak zaczęli się przymierzać do wywalenia drzwi to klucz się znalazł. No i weszli i wszystko znaleźli. Kazali mi to wynosić z piwnicy do samochodu. Tyle tego było, że zrobiłem parę kursów. Oni niczego nie nosili ja musiałem to sam zrobić.
Ale przed tą rewizją to ulotki nie były rzucane?
Były rzucane w naszej szkole. Rzucało się na przerwach. Malowaliśmy na murach różne hasła i napisy. Najczęściej przed szkołą. Ale nie były one długo, bo rano jak się przychodziło do szkoły to już ich nie było. Woźny zdrapywał albo zamalowywał. Ulotki rzucało się też przed kościołem po Mszy albo się je naklejało na szybach. Ania Kowalczyk była sprytną dziewczyną i ona zawsze coś wymyśliła jak takie ulotki błyskawicznie przykleić. Rysowało się plakatówkami jakieś niewielkie plakaty. Przerabiało się flagi narodowe rysując na nich znaki Polski Walczącej i Solidarności Walczącej. Z flagami nie było problemu, bo jak były jakieś imprezy komunistyczne to się flagi ściągało. Wszystko to robiło się domowymi sposobami, bo przecież nie należeliśmy do jakichś organizacji, które miały odpowiedni sprzęt a co się z tym wiąże i dużo większe możliwości działnia.
Czy mieliście jakieś kontakty ze starachowicką opozycją solidarnościową?
Nie, żadnych kontaktów nie mieliśmy. Działaliśmy sami. Główna grupa to był Janusz Kaczor, Dariusz Kwiecień i Anna Kowalczyk obecnie Wiśnios. Był też Sylwester Podbilski z mojej klasy u którego przetrzymywałem ulotki. U niego było bezpieczniej niż u mnie bo jego nikt nie znał. Jednego razu pomalowaliśmy ogrodzenie Zakładów Drzewnych na ulicy Radomskiej. Było tam dużo miejsca do malowania, bo ogrodzenie było długie.
Pamiętam te napisy. Nie wiedziałem, że to Twoje dzieło. Nawet jak te napisy pozmywali to jeszcze je można było dostrzec przez dłuższy czas.
Przed kościołem Wszystkich Świętych układało się po Mszy za Ojczyznę krzyż z kwiatów albo zapalało się znicze. Był taki klery Szlufik, który zawsze coś ładnego powiedział. Jednego razu obrzuciliśmy wydmuszkami z jajek ubecki pomnik, który stał koło PDT-u (Państwowy Dom Towarowy). Porobiliśmy wydmuszki, wlaliśmy do nich atramentu, zakleiliśmy woskiem i w ten pomnik. Niestety, gdy rano szedłem do szkoły to pomnik był wyczyszczony. Facet, który pilnował PDT-etu pilnował jednocześnie tego pomnika. Musiał widzieć jak rzucaliśmy, bo ledwo odeszliśmy od pomnika już usłyszeliśmy milicyjne syreny. Szliśmy jakby nigdy nic w stronę parku. W tym czasie park był obstawiany milicyjnymi budami. Posiedzieliśmy trochę w tym parku a później udało nam się z niego jakoś wydostać. Na szczęście parku nie przeszukiwali. Ja poszedłem do Ewy Markowskiej, aby się umyć, bo miałem ręce pomazane atramentem, więc jakby mnie tak zatrzymali to bym się już nie wywinął. Innym razem zwinęli mnie do budy wprost z ulicy. Było to przed jakimś świętem. Poznał mnie jeden z milicjantów, który kiedyś mnie przesłuchiwał i widocznie uznał, że takiego wroga socjalizmu trzeba zamknąć. Zawieźli mnie na komendę od tyłu. Było ich sześciu stanęli z pałami przed wejściem na komendę i tak mnie tłukli tymi pałami, że wszedłem na tę komendę na czworakach.
Ale za co Cię zatrzymali?
Za nic. Po prostu jeden z tych milicjantów, który mnie przesłuchiwał po manifestacji poznał mnie i uznał, że należy mnie zatrzymać i nauczyć rozumu. Sprali mnie strasznie. Na kilka godzin zamknęli mnie do celi a później zaprowadzili na ostatnie piętro komendy na przesłuchanie do SB. SB-eki byli zdziwieni – albo udawali zdziwionych – i pytali co ja tu robię. Powiedziałem, że milicjant mnie poznał i dlatego zostałem zatrzymany. Nie przesłuchiwali mnie i zaraz mnie wypuścili. Gdy wróciłem do domu i zobaczyłem w lustrze swoje plecy to się przestraszyłem. Były całe czarne. Matce tego nie pokazywałem, aby nie narazić jej na stresy a może i na zawał. Tylko dwóm kolegom pokazałem. Szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęcia, bo teraz był by dowód czym była komuna.  
Gdy Ci zabrali ulotki z piwnicy to Cię aresztowali?
Oczywiście zawieźli mnie na komendę i siedziałem tam dwadzieścia cztery godziny. Aresztowali mnie około godziny osiemnastej. Przesiedziałem całą noc a rano zawieźli mnie do sądu. Zabrali mi sznurowadła od butów i powiedzieli, że z sądu pojadę do więzienia do Kielc na Piaski. Do tego sądu to zawieźli mnie tylko po to, aby prokurator podpisał papierek, że wywożą mnie na Piaski. Prokurator do którego mnie zawieźli nazywał się Antoniuk. Ten prokurator dopatrzył się jednak, że nie mam jeszcze siedemnastu lat w związku z tym nie mogę iść do więzienia. Był maj a ja się urodziłem w sierpniu. Do siedemnastu lat brakowało mi dosłownie kilku miesięcy. Ten prokurator strasznie tych milicjantów „zrypał”. Zawołał ich na korytarz nakrzyczał na nich, kazał im oddać mi sznurowadła i wypuścić. Ci milicjanci to był wielkie byki szerokie jak szafy a przed prokuratorem zrobili się bardzo mali i pokorni.
Jeżeli dobrze rozumiem to za te ulotki nie poniosłeś żadnych konsekwencji.
Niewielkie, bo na rozprawie sądowej dostałem dozór rodziców a mama musiała zapłacić koszty sądowe.  
Czy na tym skończyły się Twoje perypetie z SB?
Nie przed 31 sierpniem 1983 roku przyjechali do mnie do domu. Myślałem, że znowu na rewizję, ale nie. Wprawdzie pokazali nakaz rewizji, ale nawet nie chcieli iść do piwnicy. Zapytali tylko rodziców jak się zachowuję. Nie bałem się, że coś znajdą, bo nic nie miałem. Myślę, że przyszli tylko po to, aby przypomnieć, że mają na mnie oko. Ale wezwań na komendę to miałem kilkanaście. Wywali mnie aż do 1989 roku.
Pytali Cię o coś?
Pytali czy nie biorę czynnego udziału w jakiejś nielegalnej działalności. Myślę, że to były takie działania profilaktyczne, aby mnie do jakiejkolwiek działalności zniechęcić. Oni na pewno wiedzieli, co robię, bo parę osób mnie obserwowało i za mną chodziło. Działo się to przed każdą rocznicą patriotyczną. Wtedy różne osoby za mną chodziły. Byli ludzie, którzy za wino to gotowi byli zrobić wszystko.
No nie wiem czy za wino. Ja myślę, że mogli Cię obserwować tajni współpracownicy SB.
Mogli, ale czy ja wiem czy młody, siedemnastoletni chłopak mógł być tak dużym zagrożeniem, aby angażować tajnych współpracowników. A patrząc na to wszystko z drugiej strony to w wyroku napisali mi, że zagrażałem ustrojowi państwa i dążyłem do obalenia PRL siłą. Ja cię kręcę człowiek w wieku szesnaście i pół roku życia siłą obala ustrój!
A widzisz sam dochodzisz do tego, że uważali Cię za niebezpiecznego. Co jeszcze możesz powiedzieć o swojej działalności?
Edward Dudek namówił mnie na wyjazdy do Lublina jako opiekuna dzieci na tak zwane „Wakacje z Bogiem”. Opiekowaliśmy się dziećmi, których rodzice za działalność opozycyjną byli aresztowani. W Lublinie i okolicach było sporo ludzi, którzy za taką działalność siedzieli w więzieniach. Były przypadki, że ojciec i matka byli aresztowani a dzieci były same albo pod opieką rodziny. Te kolonie były bardzo dobrze zorganizowane. Podczas pobytów tam miałem styczność z prawdziwą opozycją. Z Lublina i Świdnika. Tam opozycja była bardzo mocna i świetnie zorganizowana. Od nich przywoziłem różnego rodzaju „bibułę”, którą się później na terenie Starachowic kolportowało. To były profesjonalnie wykonane gazetki, więc ja już nie musiałem zajmować się drukowaniem w prymitywny sposób. Podczas tych wyjazdów poznałem dziewczynę z którą chodziłem półtora roku a ponieważ ona miała kontakty z opozycją to dostęp do różnych materiałów miałem ułatwiony.
Wiadomo, że jeżeli mieli odpowiedni sprzęt to mogli osiągać dobrą jakość druku i duże ilości gazetek czy ulotek mogli szybko wydrukować.
Oczywiście. Ostatnia akcja była przeprowadzona razem z Robertem Adamczykiem. Myśmy się tak dobrze nie znali, ale on skądś znał moich rodziców. Jednego razu przyszedł do mnie a to było akurat w dniu w którym miałem jechać do wojska, bo mnie właśnie powołali. Miałem jechać w nocy a on przyszedł wieczorem i mówi żebyśmy rozrzucili ulotki. Zgodziłem się, ale miałem obawy, bo gdyby mnie wtedy złapali to dwa lata dostał bym jak nic, bo przecież już wtedy podlegałem pod wojsko. Było tak wtedy, że każdy poborowy już na dwa tygodnie przed stawieniem się w jednostce był traktowany jako żołnierz i podlegał rygorom wojskowym. Pomimo tych obaw jednak poszedłem i roznieśliśmy te ulotki po klatkach bloków na Majówce. Wtedy jeszcze nie było domofonów, więc z wejściem do klatki problemów nie było. Ta akcja była jakby to powiedzieć ukoronowaniem a jednocześnie zakończeniem mojej działalności opozycyjnej. Miło to dzisiaj wspominam, bo coś mi się chciało robić i co mogłem to robiłem. Muszę powiedzieć, że w Starachowicach niewiele osób w działalność opozycyjną się angażowało. Przy układaniu krzyży z kwiatów czy w zapalanie zniczy włączało się kilkanaście a w najlepszym razie ze dwadzieścia osób. Tu jeszcze dodam, że czasami zdarzało się, że SB-ecja przyszła do szkoły i wzywali mnie do sekretariatu. Podczas jednej z takich wizyt ulotki miałem w szkolnym plecaku. Ulotki te rzucało się na przerwie z pięta na parter. Pamiętam też, że z Darkiem Podbilskim powiesiliśmy w szkole na holu krzyż. On ten krzyż przyniósł z domu i co ważne sam go wyrzeźbił, bo miał zdolności rzeźbiarskie. To było wtedy, gdy była ta słynna walka o krzyż w szkole we Włoszczowie. Powiesiliśmy ten krzyż i wisiał on przez trzy przerwy zanim został przez woźnego zdjęty. Tak jak powiedziałem wcześniej w Starachowicach nie było wielkiej opozycji. Nie było konspiracyjnych struktur i nie było masowego oporu wobec komunistycznej władzy. Pojedyncze osoby coś robiły i to tylko w granicach swoich możliwości. Taka była rzeczywistość Starachowic w okresie stanu wojennego.
Ja od dawna tak twierdzę. Gdy dzisiaj słucham, jak co niektórzy kreują się na wielkich bohaterów jak widzę, kto i za co jest odznaczany to delikatnie mówiąc mam mieszane uczucia.
Oczywiście, że nie było takiej opozycji jak była w większych miastach. Największy osiągnięciem w Starachowicach to była manifestacja 31 sierpnia 1982 roku. Aha była jeszcze jedna spektakularna akcja wykonana przez pewnego człowieka. W nocy przed komunistycznym świętem 1 Maja wszedł on na komin ciepłowni na Alei Manifestu Lipcowego i namalował znak „Solidarności Walczącej”! Niedaleko tego komina była trybuna honorowa na której stali partyjni dygnitarze i przed którymi pochód defilował. Przez cały czas trwania tego pochodu napis ten był i wszyscy go widzieli. Ten człowiek to był prawdziwy bohater. Nazywał się Zdzisław Chudak. Tak, więc wyczyn Zdzisława Chudaka i manifestacja to były dwa spektakularne wydarzenia w Starachowicach w stanie wojennym.
Manifestacja się udała, ale następna, która była planowana na miesiąc później, czyli na wrzesień 1982 roku już się nie udała. Miała się ona odbyć przed tak zwaną ósmą bramą FSC i przed zakładową przychodnią. Pamiętam, że wtedy do Starachowic ściągnięto wielkie siły milicji i ZOMO. Jeździli samochodami po ulicach, na ulicy Radomskiej pełno było patroli a na parkingu obok Stadionu Miejskiego stało kilkanaście milicyjnych bud. Nie było żadnych szans na tę manifestację.
To samo było na 11 listopada. Też było pełno ZOMO a na komendę przywieźli dwa wielkie reflektory lotnicze. Manifestacja 31 sierpnia udała się tylko dlatego, że ze Starachowic wyjechała milicja. Gdyby byli na miejscu to myślę, że też by się nie udała, bo zaczęliby ludzi legitymować, spisywać i ludzie by się porozchodzili.
Pewnie tak by było. Ta bierność milicji wtedy nas rozzuchwaliła. Wydawało nam się, że skoro milicja nie interweniuje to możemy sobie chodzić po ulicach i robić co się chce. To było złudne przeświadczenie, ale tak się wtedy wydawało.
Tak się wydawało.
Czy brałeś udział w konspiracyjnym poświęceniu sztandaru Komisji Fabrycznej FSC?
Tak brałem w tym udział. O tym, że sztandar Komisji Fabrycznej FSC ma być święcony w kaplicy u księdza Sikory na Majówce powiedział mi Andrzej Markowski. Uroczystość ta odbyła się w dni 3 listopada 1984 roku w dniu pogrzebu księdza Jerzego Popiełuszki. W uroczystości tej udział mieli brać tylko wtajemniczeni, ale jak się okazało tych wtajemniczonych było dosyć sporo. Dla mnie to było wielkie przeżycie. Prawdę mówiąc niewiele z tego pamięta. Wiem, że podczas tej uroczystości Edward Imiela robił zdjęcia. Było to dla mnie coś niezrozumiałego. Tu konspiracja, wielka tajemnica a facet chodzi i pstryka zdjęcia. Nigdy tych zdjęć nie widziałem.
Jak oceniasz stan wojenny?
Wtedy byłem młodym człowiekiem, więc odbierałem to trochę inaczej niż dzisiaj, chociaż i wtedy uważałem, że jest to zło. Dzisiaj moja ocen jest bardziej radykalna. Uważam, że dla Polski to było to coś strasznego. Ja nie rozumiem tego, że twórcy stanu wojennego nie zostali osądzeni i powsadzani do więzień.
Czy warto było robić to, co w stanie wojennym robiłeś?
Warto było.
Nie żałujesz niczego? Przecież przez tę działalność miałeś spore problemy.
Mam satysfakcję z tego, że włączyłem się w walkę z komuną. Podczas tej działalności poznałem fajnych ludzi na których mogłem liczyć.
Czy o taką Polskę walczyła „Solidarność”?
Nie o taką, panie Janie, na pewno nie o taką. „Solidarność” została oszukana i wykorzystana. I to przez kogo? Przez człowieka, którego podobiznę w formie znaczka nosiłem w klapie marynarki. I co się okazało? Że to agent „Bolek”. Zgubiłem gdzieś ten znaczek i nie mogłem tej zguby wtedy przeżyć taki ten człowiek był dla mnie ważny. Niestety okazało się, że to był zdrajca. Szkoda, że się tego nie wiedziało wtedy, bo może naród nie pozwoliłby się oszukać. Za największe zło po roku 1989 ja obarczam właśnie „Bolka”. Ale mam satysfakcję taką, że ja na Wałęsę nigdy nie głosowałem.
Nie głosowałeś, ale przecież, gdy były wybory prezydenckie nie mogłeś wiedzieć, że to był agent.
A właśnie, że wiedziałem. Wtedy w pewnych środowiskach już o tym wiedziano.
No nie wtedy to nikt chyba w to nie wierzył, że Wałęsa to TW.
Ja się o tym dowiedziałem od takich osób, że nie miałem wątpliwości, że mówią one prawdę. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu jego buta. To mi się bardzo nie podobało. Uważałem, że człowiek, który nosi Matkę Boską w klapie powinien mieć w sobie dużo pokory. A tu pokory żadnej nie było. Wręcz przeciwnie. On wszystko obali i on sam wszystko zrobił.
Co chcesz powiedzieć na zakończenie naszej rozmowy?
Mam nadzieję, że wszystko to, co było złego przed rokiem 1989 jak również to, co było złego po 1989 roku zostanie kiedyś rozliczone. Przecież my do dzisiaj żyjemy w kraju naznaczonym gruba kreską. Jeżeli chodzi o „Solidarność” to powinna ona dążyć do poprawy warunków pracy pracowników. W pierwszej kolejności powinny być zlikwidowane agencje pracy tymczasowej. Praca w tych agencjach jest upodleniem człowieka. Powinna być przywrócona godność robotnika. To przecież robotnicy walczyli o poprawę życia a jak na tym wyszli to widzimy. Uważam, że celowo zostały rozparcelowane duże zakłady pracy. Zrobiono to po to, aby osłabić pracowników. No, bo jeżeli w zakładzie jest tysiąc albo kilka tysięcy pracowników to, gdy się pięciuset z nich dogada to mogą wiele zrobić. Pięciuset się nie zwolni. Ale jeżeli w zakładzie jest pięćdziesiąt osób a buntuje się dwudziestu to jaki problem tych dwudziestu zwolnić. Mała strata przyjdą inni. Liczę na to, że kiedyś ta siła robotnicza jeszcze wróci. Wróci, ale czy my tego dożyjemy to nie wiem.
Dziękuję za rozmowę.        
            
      
Kwiecień 2017