Zmień na ciemny motyw
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2018-10-17T18:22:27+02:00
Śr 17 Paź, 18:22
Wojciech Zawal
2018-10-17T18:22:02+02:00
Śr 17 Paź, 18:22
Wywiad Jana Seweryna z Wojciechem Zawalem
2018-10-17T18:20:40+02:00
Śr 17 Paź, 18:20
Wywiad Jana Seweryna z Wojciechem Zawalem
Wywiad
Jana Seweryna
z
Wojciechem Zawalem
 
 
Pytanie standardowe, które zadaję każdemu z kim przeprowadzam wywiad. Gdzie Pan pracował w roku 1980?
W Fabryce Samochodów Ciężarowych w Starachowicach, w ET. To był Ośrodek Obliczeniowy. Pracowałem jako programista. Był taki niebieski przeszklony budynek przed OBR-em i tam mieścił się ten Ośrodek Obliczeniowy. Dzisiaj tego budynku już nie ma.
Czy słyszał Pan o tym, co się w sierpniu 1980 roku działo na Wybrzeżu?
Oczywiście, że słyszałem. To przecież była głośna sprawa. Wszyscy chyba o tym słyszeli.
Czy się Pan tym interesował?
Tak interesowałem się głównie z tego powodu, że widziałem, co się dzieje na zakładzie. Ten bałagan, to rządzenie wszechobecnej komuny. To, co się działo na Wybrzeżu rodziło nadzieję, że może to będzie można zmienić. Miałem nadzieję, że u nas w Starachowicach też się coś ruszy. I ruszyło się. Dowiedziałem się skądś, że w FSC Edward Imiela zaczyna tworzyć nowe związki zawodowe.
Włączył się Pan w tworzenie tego nowego związku? Brał Pan udział w spotkaniach organizowanych przez Imielę w lokalu PAX-u na ulicy Marszałkowskiej?
Nie ja na te spotkania nie chodziłem. Dowiedziałem się o utworzeniu w FSC Związku Zawodowego Solidarność już po fakcie. W pierwszej fazie tworzenia „Solidarności” w FSC nie brałem udziału.
A zapisał się Pan?
Tak. Od razu gdy była taka możliwość.
Ale był Pan zwykłym członkiem.
Tak w pierwszym etapie organizowania byłem zwykłym członkiem. Dopiero później, gdy organizowane były struktury wydziałowe – to znaczy komisje wydziałowe – zostałem wybrany w skład komisji wydziałowej. W skład Komisji Wydziałowej naszego wydziału ET wchodzili: Krzysztof Muzyka, ja czyli Wojciech Zawal i pani Kaliwoda (chyba Leokadia, ale niestety po tylu latach nie jestem pewien).
W skład Komisji Fabrycznej Pan nie wszedł.
Nie. W skład Komisji Fabrycznej FSC wszedł Krzysztof Muzyka. Wszedł z tak zwanego klucza, jako przewodniczący Komisji Wydziałowej.
Co Pan może powiedzieć o działalności „Solidarności” w FSC?
Po etapie organizacyjnym nastąpił etap działalności stricte związkowej. Załatwiane były najrozmaitsze sprawy pracownicze.
Czy Wasza „Solidarność” wydziałowa brała udział w strajkach jakie były w FSC organizowane?
Tak braliśmy udział. Gdy miał być strajk to przychodziło się do pracy z kocami, bo nie wiadomo było, kiedy ten strajk się skończy. Ale jednak koce nie były potrzebne, bo strajki kończyły się w zapowiadanym terminie.
Był taki słynny strajk o Religę.
Tak pamiętam. Religa to był doktor – dyrektor szpitala – do którego „Solidarność” ze starachowickiego szpitala miała wiele zastrzeżeń. Pamiętam jak przez zakładowy radiowęzeł odczytywane było pismo żony doktora Kiesza, w którym popierała ona rząd, a negatywnie wypowiadała się na temat „Solidarności”. Niestety nie pamiętam czy miało to związek ze strajkiem o Religę czy z jakąś inną sprawą. 
Jak się dla Pana zaczął stan wojenny?
Był u mnie mój siostrzeniec. Syn mojej siostry ciotecznej. Rano chcieliśmy do siostry zadzwonić, a tu telefon nie działa. Jest głuchy. W tym momencie coś mnie tknęło. Podświadomie zacząłem podejrzewać, że coś się dzieje. Pod koniec roku 1981 w całym kraju była bardzo napięta atmosfera, dlatego można było przeczuwać, że coś się może stać. Gdy więc okazało się, że telefon jest głuchy to wiedziałem, że coś niedobrego się dzieje. Włączyłem radio i już wiedziałem. W radiu przemawiał Jaruzelski i ogłaszał stan wojenny.
Co Pan wtedy pomyślał?
To było trzydzieści pięć lat temu. Łatwiej sobie przypomnieć po tylu latach konkretne zdarzenia, niż odtworzyć czy przypomnieć uczucia, które tym zdarzeniom towarzyszyły. Myślę jednak, że można to porównać do tego co odczuli Polacy, gdy 1 września 1939 r. dowiedzieli się o wybuchu wojny.
No dobrze, to przejdźmy dalej. Poszedł Pan w poniedziałek rano do pracy i co? Jakie były nastroje?
Pierwsze co zrobiłem po przyjściu do pracy to przestałem podawać rękę członkom PZPR. Mój kierownik był partyjny. Przestałem mu się kłaniać i ręki też mu nie podawałem. Powiedziałem: Panie Gienku pan jest partyjny. Po tym co się stało nie mogę panu podawać ręki.
O to Pan ostro poszedł.
I przez to mnie z ET wywalili.
Zwolnili Pana?
Dali nam nowego kierownika. Nazywał się Andrzej Frycz. Nie wiem czy on był SB-ekiem, ale wszyscy pracownicy podejrzewali, że tak jest. I ten Frycz jak tylko nastał to zaczął robić w ET „czystki”, zapewne pod dyktando SB. Chciałbym abyśmy się dobrze zrozumieli. Nie było tak, że zwolnili nas z FSC. Już wtedy komuna znała sposoby pozbycia się „niewygodnych”  czy „niechcianych” pracowników w czysty sposób (w białych rękawiczkach). Dziś ta metoda jest powszechnie stosowana. Odbyło się to przeprowadzając tzw. „przegląd kadr” (o ile dobrze pamiętam), a dziś ta metoda nazywa się „restrukturyzacja”. Nie zwolnili nas, ale uznali że jesteśmy niepotrzebni w danym wydziale i oddali do dyspozycji Działu Kadr. Było nas kilka osób, z którymi tak postąpiono. Między innymi ja i Krzysztof Muzyka. Powodem tego oddania do dyspozycji Działu Kadr było to, że oceniono, że nie nadajemy się na zajmowane dotychczas stanowiska. To była oczywiście zawoalowana forma pozbycia się niewygodnych ludzi z ET. Wniosłem sprawę do sądu, ale wiadomo jakie wtedy były sądy. Nic nie uzyskałem. W Dziale Kadr proponowali mi jakieś stanowiska pracy, ale ja sam sobie znalazłem miejsce. Chodziłem i pytałem po wydziałach i tak trafiłem na S8. Było to najpierw stanowisko planisty. Później po zwolnieniu kierownika rozdzielni za jakieś niecne sprawki postawiono mnie na jego stanowisko.
Dali Panu stanowisko kierownika?
Tak. Kierownikiem wydziału S8 był Grys i on mnie przyjął. Musiał mieć niezłe umocowanie partyjne na zakładach, bo nie interesowało go kogo zatrudnia, byle plan wydziału był wykonany. Dla niego liczyło się tylko wykonanie planu. Pracowałem tam kilka czy kilkanaście miesięcy, ale dałem sobie z tą pracą spokój, bo to co robiłem nie miało żadnego związku z wykształceniem jak również z moimi zainteresowaniami. Po za tym miałem dość tego „młynu”. Bo to był istny „młyn”. Produkcja na trzy zmiany. Pośpiech. Szukałem więc sobie innej bardziej spokojnej pracy. I znalazłem. Zupełnie przypadkowo. Było to w laboratorium elektrotechnicznym w OBR (Ośrodek Badawczo Rozwojowy). Pracowałem tam przez kilka lat. Gdy zobaczyłem, że FSC zaczyna padać i zaczęły chodzić słuchy, że będą zwolnienia, to zacząłem się rozglądać za inną pracą. Zalazłem ją w Urzędzie Miejskim w Starachowicach.
Wiem, że w stanie wojennym włączył się Pan w działalność opozycyjną.
Tak włączyłem się. Ale jeszcze przed stanem wojennym bardzo interesowałem się tym, co się dzieje w „Solidarności” w FSC. Często chodziłem do siedziby Komisji Fabrycznej. Brałem stamtąd różne materiały i rozprowadzałem je na naszym wydziale. Będąc aktywnym członkiem „Solidarności” zakładowej znałem oczywiście członków Prezydium Komisji Fabrycznej, przewodniczących Komisji Wydziałowych i wiele osób z Komisji Fabrycznej. Stan wojenny to był szok. Szok dla wszystkich. Zanim ludzie – że tak powiem – ogarnęli się to jednak trochę trwało. Krzysztof Muzyka i ja, a więc członkowie Komisji Wydziałowej ET, gdy zaczął się stan wojenny zabraliśmy wydziałowe materiały związkowe i je ukryliśmy. Były to listy członków „Solidarności” i jakieś inne dokumenty. Po pierwszym szoku zaczęliśmy z Krzyśkiem dyskutować o tym, co się w kraju dzieje i co będzie dalej. Docierały do nas informacje z różnych źródeł, że gdzieś w kraju pokazały się ulotki, że ZOMO strzelało do górników w kopalni „Wujek”.  Podczas tych dyskusji doszliśmy do wniosku, że coś trzeba robić, że nie możemy być gorsi od innych członków „Solidarności” (Polaków) w kraju. Czuliśmy wewnętrznie, że Polska nas potrzebuje. Nikt wtedy nie myślał o ryzyku, o tym jaki to może mieć wpływ na nasze osobiste losy, na nasze życie. Zdecydowaliśmy, że będziemy drukować ulotki. Ale nie bardzo wiedzieliśmy jak to robić. Bo maszyny do pisania nie mieliśmy, dostępu do drukarni też nie mieliśmy, więc jak tu drukować. Wpadliśmy na pomysł, aby kupić w sklepie papierniczym drewniane czcionki przeznaczone dla dzieci do zabawy. Kupiliśmy te czcionki, zdobyliśmy skądś farbę – właściwie to chyba był to tusz do pieczątek – zdobyliśmy z zakładu trochę papieru i mieliśmy materiały do drukowania. Któregoś dnia zmówiliśmy się we trzech, czyli Krzysiek, jego znajomy Tadeusz Cetlicer i ja, wzięliśmy urlopy i z tym całym sprzętem drukarskim poszliśmy do mnie do domu. Mieszkałem wtedy na ulicy Harcerskiej. Zamknęliśmy się i tłukliśmy te ulotki. Najpierw musieliśmy wymyślić treść ulotki. Treść nie mogła być zbyt długa, bo byłby problem z jej wydrukowaniem takimi dziecięcymi czcionkami. Było to właściwie krótkie hasła. Dosłownie kilka słów. Tak więc tłukliśmy te ulotki od rana do popołudnia. Była to żmudna i prymitywna robota. Gdy wymyśliliśmy hasło to każdy dostawał kilka czcionek z różnymi literami i stawiał je na kartce w ściśle określonym miejscu. Zrobiliśmy tych ulotek chyba kilkadziesiąt, bo więcej się praktycznie nie dało taki sposobem. Krzysztof Muzyka zabrał to co  wydrukowaliśmy i przekazał do rozkolportowania. Komu je dał nie wiem, ale faktem jest, że te nasze ulotki wkrótce na mieście się pojawiły. Były to pierwsze ulotki w Starachowicach. I byliśmy bardzo dumni, gdy później od różnych ludzi słyszeliśmy wieści przekazywane „pocztą pantoflową”, że „były ulotki Solidarności w Starachowicach”. To nas bardzo zmotywowało do dalszej działalności podziemnej. Drukowaliśmy ulotki w ten prymitywny sposób przez jakiś czas, ale zastanawialiśmy się jak robić to bardziej efektywnie. Zaczęliśmy szukać kontaktów i zdobywać informacje jak można drukować bardziej efektywnie i na większą skalę. O ile dobrze pamiętam, to pożyczyłem od jakiegoś znajomego książkę na temat druku artystycznego, w której była opisana metoda za pomocą sitodruku. Należało zrobić ramkę drewnianą formatu A4 z naciągniętym na nią szyfonem. Nawet nie wiedzieliśmy co to jest szyfon. Spróbowaliśmy wykorzystać tę metodę, bo była względnie prosta. Krzysiek sam taką ramkę zrobił, szyfon wziął z jakiejś apaszki czy chusteczki. Do tego jednak, aby na takiej ramce można było coś powielać potrzebna była matryca z tekstem. Myśmy jednak takiej matrycy nie mieli. Tę matrycę trzeba było napisać na maszynie, ale maszyny też nie mieliśmy. Krzysiek jednak poprzez swoje kontakty tę maszynę znalazł i to aż w Ostrowcu. Pojechałem do tego Ostrowca samochodem mojej mamy z zaufanym kolegą Krzyśka. Tam w Ostrowcu, z tego co było wtedy słychać z różnych źródeł „podziemie solidarnościowe” było bardziej zaawansowane niż w Starachowicach. Przywieźliśmy więc tę maszynę z Ostrowca i na tej maszynie pisało się matrycę, którą w jakiś sposób Krzysiek zdobył. Na takiej matrycy można było napisać nie tylko hasło, ale cały artykuł. Jej zaletą było to, że można było z niej za pomocą ramki sitodrukowej wydrukować kilkadziesiąt egzemplarzy ulotek. Niestety matryca była jednorazowa i po wydrukowaniu z niej kilkudziesięciu ulotek nadawała się do wyrzucenia, a trudno było zdobyć nową. Tak, więc maszynę mieliśmy, mieliśmy matrycę, ale nie mieliśmy farby. Farbę załatwił nam Stanisław Kosior, mój kumpel, z którym znałem się od lat. On miał swoje kontakty w Kielcach i załatwił nam najpierw prawdziwą farbę drukarską, a później oryginalne czcionki drukarskie.
Tak mówił o tym, gdy z nim rozmawiałem.
Pamiętam po tylu latach sytuację, jak pewnego razu drukowaliśmy u mnie w domu (też w ramach urlopu), a tu nagle pukanie do drzwi. Cicho podszedłem do drzwi, wyjrzałem przez wizjer i widzę trzech nieznanych mi facetów. Nie otworzyłem im. Pukali kilka razy, postali trochę pod drzwiami, ale po jakimś czasie zrezygnowali. Do dzisiaj nie wiem kto to był. Co by jednak nie mówić, to mieliśmy wtedy porządnego stracha. Myślę, że byli to UB-ecy. 
Pewnie tak. Wróćmy jednak do drukowania na ramce.
Na matrycy pisało się na maszynie tekst, później kładło się papier A4 na stole, na nim ramkę sitodrukową z przymocowaną do niej matrycą i wałkiem fotograficznym, z rozprowadzoną na nim farbą drukarską przejeżdżało się po siatce sitodrukowej. W ten sposób można były wydrukować kilkadziesiąt kartek. Z czasem matryca się niszczyła, bo była ona z papieru a więc była nietrwała i trzeba było robić kolejną matrycę. To były takie nasze pierwsze próby drukarskie. Później zaczęliśmy nawiązywać inne kontakty, które skutkowały rozwojem naszej działalności. Między innymi nawiązaliśmy kontakt z jedną z kierowniczek z ET.  Zdjęto ją z funkcji kierownika, gdy wprowadzono stan wojenny. Ona miała rodzinę w Warszawie. W tej rodzinie było dwóch chłopaków, którzy byli zaangażowani w działalność konspiracyjną.
Jak się ona nazywała?
Pyszczek Danuta. To była żona doktora Pyszczka. Oni mieszkali na dzisiejszej ulicy 3-ego Maja tuż obok poczty. Tak, więc nawiązaliśmy z nią kontakt, a ona umówiła nas ze swoimi bratankami z Warszawy. Któregoś dnia ci bratankowie przyjechali i przywieźli z sobą sporo różnego rodzaju materiałów. Były to gazetki, a także książki. Ci warszawiacy nocowali u mnie i spędziliśmy pół nocy na rozmowach o konspiracji solidarnościowej. Po nawiązaniu kontaktu z konspiracją warszawską zaczęliśmy z Krzyśkiem jeździć do nich do Warszawy. Oni mieli w Warszawie potężne kontakty. Dlatego gdy wracaliśmy z Warszawy do Starachowic, to nie wracaliśmy z torbą ulotek, ale z wielką walizą wypakowaną najróżniejszą prasą i książkami.
Podróż z taką walizą to było jednak duże ryzyko.
Owszem było to ryzyko. Gdyby nas milicja z tą walizą zatrzymała to na pewno wylądowalibyśmy w więzieniu.
Nie zdarzyło się, że was zatrzymano?
Nie.
To mieliście szczęście.
Ja wiem czy szczęście? Pilnowaliśmy się, aby nie wpaść. Takich kursów zrobiliśmy kilka. Krzysiek Muzyka jeździł też sam do tej Warszawy. Oprócz tego, że w Warszawie otrzymywaliśmy ich gazetki to oni użyczali nam swoich drukarni do drukowania naszych gazetek. My dawaliśmy treść, a oni nam drukowali. Raz po ulotki pojechał do Warszawy Zbyszek Rafalski. To co przywiózł przekazał mi wieczorem na Rynku w Wierzbniku. Była to wielka, pękata i ciężka waliza. Pamiętam, że gdy ją otworzyliśmy to nie mogliśmy uwierzyć ile tam było prasy i literatury podziemnej. Drukowaliśmy jak mówiłem także sami tu na miejscu w Starachowicach. Ale już nie tak prymitywnie jak na początku, ale prawdziwymi czcionkami drukarskimi, które w Kielcach załatwił Stasiek Kosior. To były ciężkie, ołowiane czcionki z dużymi literami. Z tych czcionek układało się tekst w specjalnej do tego celu przeznaczonej ramce. Później smarowało się te ułożone w tekst czcionki farbą drukarską, kładło się papier i przejeżdżało wałkiem.
To były te słynne czerwone ulotki?
Tak były one czerwone, bo farba, którą przywiózł Kosior był czerwona. Gęsta jak oliwa. Te czerwone ulotki drukowaliśmy najpierw we trzech: Krzysiek Muzyka, ja i syn właścicieli domu. Później dołączył Stasiek Kosior, który przyjechał do nas na rowerku ze Starachowic. Robiliśmy to w Brodach w domku jednorodzinnym. Krzysiek Muzyka zorganizował całą imprezę. Nie wiem w jaki sposób Krzysiek to „nagrał”, ale o ile pamiętam, to człowiekiem, który nam udostępnił swój dom do tego przedsięwzięcia był „solidarnościowiec” pracujący w FSC na Hucie.
On się nazywał Zbigniew Sala.
Być może. Dzisiaj już nie pamiętam jego nazwiska, a wtedy nawet nie chciałem wiedzieć. Pojechaliśmy wieczorem z Krzyśkiem pociągiem do Brodów i we trzech drukowaliśmy ulotki przez całą noc. Robiliśmy to w garażu albo w piwnicy i musieliśmy zasłonić okna, żeby sąsiedzi nie widzieli światła palącego się przez całą noc. Pamiętam, że musieliśmy się borykać z wieloma technicznymi problemami tego drukowania, bo nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Później na rowerku dojechał do nas Stasiek Kosior i wtedy pracowaliśmy we czterech. Zeszło nam do ciemnej nocy.
Ale później była wpadka Kosiora i kieleckiej grupy. Nie obawialiście się, że Kosior was wyda i że też was aresztują.
Oczywiście, że się obawialiśmy. Przecież w śledztwie mogło być różnie. Ale Kosior nikogo nie wydał. Ja byłem w Kielcach na sprawie na której sądzono Kosiora i innych. Pojechałem tam z jego matką.
Co się stało z czcionkami, gdy Kosiora aresztowano?
Ja te czcionki przechowywałem – nie pamięta już dzisiaj gdzie – a później przekazałem je osobie wskazanej mi przez Edwarda Dudka. Ten człowiek nazywał się Tomasz Gola i pracował w FSC. Być może ma on jeszcze u siebie te czcionki, ale nie mam z nim żadnego kontaktu i nawet nie wiem gdzie mieszka.
Co robiliście z wydrukowanymi przez siebie ulotkami?
Rozprowadzaliśmy. Oczywiście nie sami, bo takiej ilości nie bylibyśmy w stanie rozprowadzić. Każdy miał kilka swoich zaufanych osób i im przekazywał a oni znowu przekazywali innym.
A gazetki, które przywoziliście z Warszawy też tak były rozprowadzane?
Tak też w ten sam sposób były rozprowadzane. Z Warszawy przywoziliśmy nie tylko gazetki, ale i książki. Na przykład Orwell'a „Rok 1984”. Parę razy dostarczyłem trochę gazetek Edkowi Imieli. Poszedłem do domu w którym mieszkał i mu je dałem.
A Edwardowi Dudkowi też Pan gazetki dawał?
Oczywiście, bo przecież działaliśmy razem. Jak mówiłem na początku stanu wojennego ja i Krzysiek Muzyka szukaliśmy kontaktów, aby działać w jakiejś większej grupie. Znaliśmy Dudka on znał innych i tak żeśmy się poznawali. Pierwsze spotkanie kilku osób, które chciały działać zorganizowaliśmy na ulicy Harcerskiej pod lasem. W spotkaniu tym uczestniczyli o ile pamiętam: Edward Dudek, Krzysztof Muzyka, ja czyli Wojciech Zawal, Waldemar Witkowski, Józef Kita i kilka innych osób, których nie pamiętam. Dyskutowaliśmy co dalej robić, jak działać. Kolejne dwa spotkania odbyły się nad Lubianką u Józefa Kity. Był tam chyba też Edward Imiela. Trzeba tu powiedzieć, że Edek Dudek odegrał w tym czasie ogromną rolę w nawiązywaniu kontaktów konspiracyjnych, gdyż samo jego nazwisko gwarantowało, że sprawa z którą się zwracał do różnych ludzi jest ważna i godna zaufania.
Jeżeli dobrze rozumiem to gazetki, które rozprowadzali Witkowski, Radecki, Wysiadecki, Mazur, Edward Dudek i inni to pochodziły od Pana i Krzysztofa Muzyki.
Tak. To były między innymi gazetki, które przywoziliśmy z Warszawy. Były też ulotki, które drukowaliśmy sami. Tu na miejscu w Starachowicach i Brodach.
Pamiętam, że do mnie docierał „Tygodnik Mazowsze”, „KOS” i inne. Czerwone ulotki też miałem. Kto do Adama Mazura dostarczał gazetki? Na pewno nie Edward Dudek, bo z tego, co wiem to on się tym nie zajmował.
Edka nie chcieliśmy za bardzo angażować w kolportaż, bo wiedzieliśmy, że on był pod obserwacją milicji. On był w pierwszej kolejności podejrzany o działalność opozycyjną. Chociaż mimo tego, że zdawał sobie sprawę ze swojego szczególnego ryzyka, i tak trzymał nieraz u siebie w domu różne nielegalne papiery.
Trzeba dodać, że jego sąsiadem z dołu był podporucznik SB Józef Wójcik.
Pomimo to chodziliśmy do jego mieszkania i tam konspirowaliśmy. Były takie spotkania, w których udział brało kilka osób. Ponadto czasami sam do niego chodziłem, aby mi dał jakieś materiały, albo ja mu coś przynosiłem lub w celu uzgodnienia jakichś przedsięwzięć czy przekazania nowych kontaktów. Mieszkaliśmy blisko siebie, na Harcerskiej.
No, ale jednak nastąpiła wpadka. Aresztowano Dudka, Wysiadeckiego, Radeckiego, Mazura, Witkowskiego, Żmudzińskiego i Wiktorowskiego.
Tak była wpadka. I to duża.
Wydał wszystkich Roman Wysiadecki. Wzięli go w obroty i co wiedział to powiedział.
Jak się później dowiedziałem, to w jego zeznaniach przewijało się moje imię. Ale nazwiska brakowało, bo on nie wiedział jak się nazywam. I to mnie chyba uratowało. Jeżeli chodzi o tę wpadkę to ja u siebie trochę nielegalnych materiałów miałem, ale gdy się tylko dowiedziałem, że Dudka i innych zamknęli, to od razu zacząłem to wszystko drzeć na drobne kawałki i spłukiwać w ubikacji. Tak intensywnie to robiłem, aż się sedes zapchał. Ja starałem się, aby jednak nic nielegalnego w domu nie mieć. Pomimo wszystko jednak czasami coś się miało. Edek Dudek był mniej ostrożny. On trzymał różne materiały w różnych schowkach. Wyciągał je jak do niego chodziłem z wersalki, czy z innych miejsc. Ja jak powiedziałem starałem się nic w domu nie mieć. Wolałem to trzymać u znajomych, którzy nie angażowali się w konspirację i nie byli tak narażeni jak ja. Tacy ludzie nie byli podejrzewani o działalność opozycyjną i było małe prawdopodobieństwo, że SB się nimi zainteresuje. Była też sprawa pomocy dla tych, których aresztowano. Robiliśmy składki, prowadziłem listę tych, którzy pieniądze dawali i lista ta była ukryta w moim mieszkaniu w drzwiach. Od spodu drzwi w moim pokoju była taka szpara i w tej szparze lista ta była przechowywana. Żeby się do niej dostać, to trzeba było zdjąć całe drzwi.
Czy milicja w jakiś sposób interesowała się Panem? Czy wzywali Pana na komendę? Czy robili u Pana w domu rewizje?
Nie, nic takiego nie miało miejsca.
To widocznie nic o Panu nie wiedzieli.
Nie wydaje mi się, żeby nie wiedzieli. Mieliśmy tyle różnych kontaktów, że jest mało prawdopodobne, aby nas nie podejrzewali.
Znał Pan takiego człowieka, który nazywał się Szymon Siwiec?
Chyba go nie znałem. Trzeba powiedzieć, że ze względów na bezpieczeństwo myśmy się wszyscy nie znali. Każdy znał kilka osób, ale ktoś inny tych osób nie znał. Nieraz to jakoś niektórych się poznawało, ale na pewno nie znało się wszystkich. Ja nie znałem wszystkich kontaktów Krzyśka Muzyki, a on nie znał wszystkich moich kontaktów. Tak to było.
Pytam o tego Szymona Siwca, bo to był mój szkolny kolega, ale był to także tajny współpracownik SB o pseudonimie „Znak”. On od samego początku śledził Dudka i innych i z tych obserwacji pisał raporty. To on wsypał grupę Dudka.
Grupa Dudka to była przecież nasza grupa.
No tak. Ale widocznie nie wszystkich was znał skoro was nie wydał. Nie wydał Muzyki, nie wydal Pana. Wydał osoby z wydziałów P4 i S4. Czy Pańska żona też się angażowała w działalność opozycyjną?
Wtedy jeszcze nie była moją żoną. Ona też pracowała w ET, a mieszkała w hotelu robotniczym, w którym mieszkał Stanisław Drygulski. To przez nią go poznałem i później był ważnym ogniwem w kolportażu prasy podziemnej. Oczywiście dawałem jej ulotki i gazetki do kolportowania. Ona brała i rozprowadzała je wśród swoich znajomych, a nawet woziła do Szydłowca skąd pochodziła. Czuję się również w obowiązku wymienić nazwiska  tych wszystkich ludzi (prawdziwych Polaków), z którymi ja miałem zaszczyt współpracować w tamtych ciężkich czasach. Byli to: Krzysztof Muzyka (z żoną Grażyną), Edward Dudek, Zbigniew Rafalski, Stanisław Kosior, Edward Imiela, Józef Kita, państwo Pogłódkowie, Danuta Pyszczek (i jej bratankowie z Warszawy), Zygmunt Tobiasz, Stanisław Drygulski, Stefan Karwacki, Tomasz Gola, i wielu, wielu innych, których nazwisk nie pamiętam lub nigdy ich nie poznałem. Poza tym chciałbym również oddać hołd tym wszystkim anonimowym uczestnikom kolportażu podziemnej prasy solidarnościowej, którzy z pobudek patriotycznych w niej uczestniczyli. Nie jestem w stanie po tylu latach przypomnieć sobie nazwisk wszystkich ludzi, którzy brali w tym udział. Należy jednak zaznaczyć, że nigdy się tym nie chwalili, nikt ich za to nie wynagrodził, a często ich życie z tego właśnie powodu potoczyło się gorzej niż tych, którzy byli biernymi uczestnikami tamtych ważnych przemian społecznych.
Czy brał Pan udział w odtwarzaniu Związku w roku 1988?
Dopóki byłem kawalerem to bardzo się angażowałem w działalność konspiracyjną. Później, gdy założyłem rodzinę to musiałem zajmować się rodziną. Poza tym z czasem wszystko jak gdyby się uspokoiło, działalność konspiracyjna zaczęła wygasać, bo wszystko stało się legalne. Pojawili się inni ludzie i oni przejęli pałeczkę.
No tak pod koniec roku 1988 i na początku 1989 to właściwie to było przyzwolenie władz na odtwarzanie „Solidarności”. Wprawdzie jeszcze wzywano na kolegia, karano grzywną, ale do więzienia już nie zamykali.
Było dokładnie tak jak pan mówi.
Jak Pan ocenia to, co się działo w roku 1980 i w 1981?
To był przełom. Można powiedzieć, że to była rewolucja. To było odzyskanie niepodległości.
Chyba jednak Pan przesadza. Przecież stały wtedy u nas sowieckie wojska, komuna była silna, więc jakie to było odzyskanie niepodległości?
Już samo powstanie „Solidarności” było w pewnym sensie odzyskaniem niepodległości, bo przecież „Solidarność” była niezależna, to był głos ludu.
Jak Pan ocenia stan wojenny?
Bardzo negatywnie oceniam. To było uderzenie w patriotycznie nastawione społeczeństwo. Było to zgniecenie nadziei i oczekiwań na zmiany w Polsce. To był atak nie tylko na „Solidarność”, to był wewnętrzny atak na Polskę.
Czy o taką Polskę, jaką mamy teraz walczyła „Solidarność”?
Na pewno nie. Prawdę mówiąc, to nikt sobie wtedy nie wyobrażał jaka ta Polska ma być. Prawie dwa pokolenia Polaków żyło pod rządami komuny. Miało być inaczej. Miało nie być komuny. Głównym celem była walka z komuną. Dzisiaj niby komuny nie ma, ale ma się ona bardzo dobrze. Teraz to nie są komuniści, ale biznesmeni, elita i to oni walczą o „demokrację”, oczywiście swoją.
Czy warto było robić to, co Pan robił w stanie wojennym?
Oczywiście, że było warto. Bez tego to komuna może by rządziła do dzisiaj i doprowadziła Polskę do jeszcze większej ruiny. Dzięki naszej walce i uświadamianiu społeczeństwa komuna sama zobaczyła, że tak dalej być nie może. Doszli do wniosku, że nie są w stanie rządzić siłą i ustąpili. Ale to było tylko pozorne ustępstwo. Komuna wszystkich nas wyrolowała, cale społeczeństwo. Komuna uwłaszczyła się, rozkradła prawie cały majątek narodowy Polaków. Dali nam demokrację, a sobie wzięli banki i zakłady.
Co Pan chce powiedzieć na zakończenie naszej rozmowy?
Mówiąc ogólnie, to uważam, że moje pokolenie to stracone pokolenie. W tym sensie, że to pokolenie walczyło o wolną, niepodległą Polskę, niezależną od komuny i Związku Radzieckiego, ale z efektów tego nie było dane nam skorzystać. Ludzie byli zwalniani z pracy, żyli w biedzie, musieli wyjeżdżać za chlebem za granicę. Dopiero teraz coś się zaczyna zmieniać. Jest to jak gdyby drugie odzyskiwanie niepodległości. Teraz dopiero zaczynają łapać złodziei, hochsztaplerów, kombinatorów, którzy rozkradali nasz majątek narodowy i zamykają ich do więzień, ale to jest dużo, dużo za późno i za mało.
Dziękuję za rozmowę.
Luty 2017