Zmień na ciemny motyw
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2018-08-09T18:41:32+02:00
Czw 9 Sie, 18:41
Stanisław Kosior
2018-08-09T18:40:27+02:00
Czw 9 Sie, 18:40
Wywiad Jana Seweryna ze Stanisławem Kosiorem
2018-08-09T18:39:10+02:00
Czw 9 Sie, 18:39
Wywiad Jana Seweryna ze Stanisławem Kosiorem
Wywiad
Jana Seweryna
ze
Stanisławem Kosiorem
 
Na początek standardowe pytanie, które zadaję wszystkim moim rozmówcom. Gdzie pracowałeś w 1980 roku?
Pracowałem w Kieleckim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego (KPBP). Budowaliśmy wtedy halę w której obecnie znajduje się poligrafia czyli Donelli. Na Orłowie.
Jako kto tam pracowałeś?
Jako spawacz montażysta.
Słyszałeś coś o tworzących się w sierpniu niezależnych związkach zawodowych?
Oczywiście. W połowie września zorganizowaliśmy strajk, który dotyczył oprócz postulatów socjalnych także sprawy utworzenia związku zawodowego „Solidarność”. Wprawdzie o to, aby związek założyć nie trzeba było już wtedy strajkować, bo było to załatwione podczas sierpniowych strajków na Wybrzeżu, ale taki postulat mieliśmy. Nawiązaliśmy kontakt z Komitetem Założycielskim „Solidarności” w FSC, który miał wtedy swoją siedzibę na wydziale elektrycznym fabryki, która była niedaleko tak zwanej Ósmej Bramy.
Z kim nawiązaliście ten kontakt?
Z Jerzym Głowackim. Liczyliśmy na pomoc „Solidarności” z FSC podczas zakładania Komitetu Założycielskiego w naszej firmie. Szybko jednak okazało się, że to my ich wspomagamy. Bo nasi ludzie, którzy dojeżdżali do pracy, do Starachowic z Kielc przywozili różnego rodzaju materiały, które w Kielcach były drukowane. „Solidarność” w FSC miała w początkowym okresie działalności trudności z poligrafią, ale Edward Imiela, który miał kontakty z kieleckim PAX-em tam drukował to, co było potrzebne i nasi ludzie to do Starachowic przywozili. Tak jak mówiłem powołaliśmy Komitet Założycielski w KPBP i ja zostałem wybrany przewodniczącym tego Komitetu.
Kto oprócz Ciebie był w tym Komitecie?
W tej chwili trudno mi sobie przypomnieć, bo KPBP było dużym zakładem, bo zatrudnionych w nim było ponad trzy i pół tysiąca ludzi rozrzuconych po różnych budowach na terenie województwa kieleckiego i nie tylko. Dodam jeszcze, że podczas tworzenia Związku w Starachowicach odbywały się spotkania w starym domu państwa Imielów, przy ulicy Marszałkowskiej. Tam został powołany Międzyzakładowy Komitet Założycielski, którego przewodniczącym został Ignacy Kordelewski. Kandydaturę Kordelewskiego zgłosił Aleksander Paniec. Później ten Komitet Międzyzakładowy został przekształcony w Delegaturę Regionu Świętokrzyskiego NSZZ „Solidarność”.
Ale wróćmy do działalności w Waszym zakładzie.
Na wszystkich budowach, które firma prowadziła – a było ich kilkadziesiąt, w tym budowy za granicą – zakładaliśmy organizacje związkowe. To były takie komisje wydziałowe. W Starachowicach też taka komisja wydziałowa powstała. Jej szefem był pracujący obecnie w Wodociągach Marek Piwowarczyk. Ja będąc przewodniczącym Komisji Zakładowej, która obejmowała wszystkie komisje wydziałowe musiałem się przenieść do siedziby firmy do Kielc. Tam mieliśmy nasz zakładowy lokal związkowy.
Jeżeli dobrze rozumiem to miałeś etat związkowy.
Tak byłem na etacie związkowym i pracowałem w Kielcach. Gdy przeniosłem się do Kielc to mój kontakt z „Solidarnością” w Starachowicach znacznie się ograniczył. Owszem wpadałem do delegatury, która miała swoją siedzibę w Zakładowym Domu Kultury FSC, aby dowiedzieć się, co się dzieje, ale moje miejsce pracy było teraz w Kielcach. Skupiałem się na budowaniu Związku na poszczególnych budowach, a jak mówiłem były one porozrzucane po całej Polsce, więc kontakt miałem utrudniony.
Ilu członków liczyła Wasza organizacja związkowa?
W szczytowym okresie było około dwóch tysięcy związkowców. Muszę powiedzieć, że w naszej firmie trudno było „Solidarność” zakładać, a to z tego względu, że ludzie chcieli wyjeżdżać na budowy zagraniczne, a przynależność do „Solidarności” w takie sytuacji była niemile widziana. Na pewno większe szanse na wyjazd miał ten, kto do „Solidarności” nie należał. A jak wiadomo ludzie bardzo chcieli na budowę zagraniczną jechać, bo przywozili stamtąd konkretne pieniądze. Dlatego aby móc jechać nie zapisywali się do „Solidarności”.
A nie orientujesz się ile osób należało do „Solidarności” w Waszej firmie w Starachowicach?
Myślę, że ponad sto osób, bo wtedy prowadzone było w Starachowicach kilka budów. Budowaliśmy halę na Orłowie, Zakłady Mięsne, ciepłownię na Bugaju i ciepłownię na Wanacji.
Jak powiedziałeś przewodniczącym „Solidarności” na budowach w Starachowicach był Marek Piwowarczyk.
Tak on był przewodniczącym.
A ja myślałem, że to Ty byłeś szefem tej organizacji wydziałowej.
Nie. Ja byłem szefem „Solidarności” w całym KPBP.
Czym się zajmowałeś jako przewodniczący „Solidarności” w KPBP?
Trzeba zaznaczyć, że byłem przewodniczącym Komitetu Założycielskiego. Po wyborach zostałem wiceprzewodniczącym, ale w dalszym ciągu byłem na etacie związkowym. Przewodniczącym został Jerzy Kosiba. Najpierw było to zakładanie Związku na poszczególnych budowach. Było to bardzo utrudnione, bo budowy były rozrzucone po całej Polsce.
To pewnie musiałeś dużo podróżować.
Tak jest, dużo się jeździło. Silną organizację mieliśmy w Radomiu. Tam działał Jan Łochowski. Ogólnie mówiąc to nasze przedsiębiorstwo było trudnym polem do działalności związkowej. Z jednej strony rozrzucenie zakładu po całej Polsce, a z drugiej dyrekcja. Byli to twardzi gracze, a musieliśmy z nimi jakoś współpracować. Dyrektorem przedsiębiorstwa był Ryszard Zbróg. Przed stanem wojennym Zbróg został przewodniczącym Wojewódzkiej Rady Narodowej. On formalnie członkiem PZPR nie był, ale był mocno umocowany w tym partyjnym establishmencie o czym świadczy to, że na taką polityczną funkcję go wybrano. Był jeszcze gość, który był SB-ekiem. Tak więc mieliśmy godnych przeciwników. Zostaliśmy, że tak powiem rzuceni na głęboką wodę. Powiem jeszcze, że zostałem wybrany delegatem na Walne Zebranie Delegatów Regiony Świętokrzyskiego NSZZ „Solidarność”.
Jak się układała współpraca NSZZ „Solidarność” z Zarządem KPBP? Były jakieś problemy, konflikty, strajki?
Raczej nie było. Powiem tak: dyrektor Zbróg jaki był to był, ale rozumiał co się dzieje. Nie był jakimś tępym komunistą, który ma klapki na oczach. Był człowiekiem myślącym, który potrafi znaleźć się w każdej sytuacji. Tak, więc nie za bardzo z nami walczył, ale próbował jakoś z nami współpracować.
No dobrze. Czy braliście udział w strajkach, które były ogłaszane przez centralne władze „Solidarności”?
Oczywiście, że braliśmy udział w strajkach ogólnopolskich. Jedną z takich akcji był strajk po prowokacji bydgoskiej. Wtedy naprawdę było ostro. Miał być strajk ostrzegawczy. Trzeba było to na wszystkich budowach zorganizować. To był duży problem. Łatwiej było to zrobić w zakładach zamkniętych.
I co udało się Wam ten strajk zorganizować? Pracownicy strajkowali?
Tak. Odzew był dobry. Strajk się udał.  
Czy wydawaliście jakąś prasę związkową?
Prasy nie wydawaliśmy. W zasadzie drukowaliśmy tylko komunikaty, które kolportowane były na poszczególne budowy. Mieliśmy jednak miejsce w takiej gazecie branżowej, która nazywała się „Głos Budowlańca”. Tam zamieszczaliśmy różne teksty.
A jak przebiegały prace Komisji Zakładowej, bo jak powiedziałeś budowy były w różnych częściach kraju. Przewodniczący z tych budów przyjeżdżali do Kielc na posiedzenia Komisji?
Tak przyjeżdżali do Kielc, ale w głównej mierze to my etatowi działacze jeździliśmy po różnych budowach. Wsiadało się w samochód i się jechało. Mieliśmy o tyle dobrze, że dyrekcja udostępniała nam samochód do tych celów. Kontakt z poszczególnymi komisjami był cały czas utrzymywany.
Zapytam jeszcze raz o konflikty z Zarządem firmy. Czy były jakieś spięcia?
Jakichś większych konfliktów to nie było. Średnia kadra, a więc kierownicy i majstrowie byli w „Solidarności”, więc raczej nam sprzyjali. Co by nie mówić to większość z nich bywała na budowach za granicą, więc otarli się o to jak się gdzie indziej żyje. Byli więc świadomi o co tak naprawdę „Solidarności” chodzi, więc nie utrudniali nam działalności, a można powiedzieć, że nam sprzyjali. Jeżeli chodzi o Zarząd firmy to prowadziliśmy z nimi negocjacje dotyczące spraw bieżących, ale do jakichś poważniejszych spięć nie dochodziło. Ważną sprawą, o której chcę powiedzieć to powstanie w ramach „Solidarności” sekcji branżowych. W naszej branży też taka sekcja powstała i nazywała się Krajowa Sekcja Budownictwa NSZZ „Solidarność”. Zostałem wybrany do władz tej Sekcji. Do Prezydium.
Ale delegatem na Zjazd Krajowy „Solidarności” nie byłeś.
Nie byłem. Powiem tak: ja miałem trochę niekorzystną sytuację, jeżeli chodzi o wybory, a to z tego powodu, że mieszkałem w Starachowicach a pracowałem w Kielcach. Kiedy na WZD Regionu kandydowałem do Zarządu Regionu w dogrywce czyli, w drugiej turze wyborów, to aby wygrać zabrakło mi chyba dwa głosy. Nie poparły mnie Starachowice, bo oni uważali, że ja reprezentuję Kielce, a Kielce z kolei uważały, że reprezentuję Starachowice. W takiej sytuacji każdy popierał swoich, a ja byłem jak gdyby nie wiadomo skąd. No, ale pomimo tego, aby wejść do Zarządu Regionu zabrakło mi dosłownie parę głosów. Miałem świadomość tego wszystkiego, ale nie robiłem z tego problemu, bo taki był po prostu układ. Wystarczyło mi, że byłem w Komisji Sekcji Krajowej Budownictwa. W tej Komisji był także Michał Chałoński. Brałem także udział w zakładaniu tak zwanej sieci dużych zakładów pracy. Było to także w ramach „Solidarności”, ale tak jakby w poprzek oficjalnych struktur Związku. Była to ciekawa inicjatywa, ale niestety nic z tego nie wyszło, bo wszystko przerwał stan wojenny. Prawdę mówiąc to ja osobiście miałem co do tej inicjatywy trochę zastrzeżeń, bo obawiałem się, że duże zakłady będą walczyć o swoje interesy nie uwzględniając interesów mniejszych zakładów. Owszem uważałem, że z tej racji, że w zakładach tych było dużo członków to komisje w nich działające powinny mieć dużo do powiedzenia, ale bez przesady. Niektórzy z działaczy z tych dużych zakładów mieli taką butę, taką arogancję, że w ogóle z mniejszymi się nie liczyli. W Starachowicach też tak było.
No, „Solidarność” w FSC liczyła ponad trzynaście tysięcy członków. Co by nie mówić to w Starachowicach była to organizacja wiodąca.
No właśnie.
Czy według Ciebie były jakieś oznaki, że będzie wprowadzony stan wojenny?
Tak. Jak mówiłem dyrektor Zbróg był dosyć dobrze umocowany. I to on w sposób zawoalowany pewne informacje puszczał. Mówił, że coś się wydarzy i tym podobne. Zresztą sami widzieliśmy, że to do tego zmierza.  
Jak się dla Ciebie zaczął stan wojenny?
Sytuacja była trochę komiczna. W sobotę 12 grudnia byłem świadkiem na ślubie mojego kolegi w Jędrzejowie. Był to ślub cywilny. Kościelny miał być w Święta Bożego Narodzenia. W Jędrzejowie był tylko obiad, ale ponieważ pan młody miał mieszkanie w Suchedniowie, w którym po ślubie miał z żoną zamieszkać postanowił zrobić tam imprezkę – coś na kształt wieczoru kawalerskiego. Po ślubie cywilnym i obiedzie umówiliśmy się, że spotkamy się w Suchedniowie. Ja i pan młody pojechaliśmy do Suchedniowa i czekamy. Ale goście nie przyjeżdżali. Było to coś bardzo dziwnego. Posiedzieliśmy, wypiliśmy po parę kieliszków i poszliśmy spać. Rano poszliśmy na autobus, aby dotrzeć do Starachowic. Autobus, który podjechał był prawie pusty, co też było dziwne. Ale nie zastanawialiśmy się nad tym i rozmawialiśmy swobodnie opowiadając sobie kawały. Ludzie patrzyli na nas jak na wariatów. Dojechaliśmy do Starachowic a tam pusto na ulicach. Ludzi jak by wymiotło. Poszliśmy do tego kolegi i dopiero tam jego ojciec powiedział, że jest wprowadzony stan wojenny. Miał nagranie przemówienie Jaruzelskiego i to przemówienie nam odtworzył. Tu jeszcze wrócę do spraw wcześniejszych. „Solidarność” trochę przewidywała, że może być ogłoszony stan wyjątkowy i poczynione zostały przygotowania jak się w takie sytuacji zachować. Była nawet wydana instrukcja w tej sprawie. Było w niej między innymi napisane, że w przypadku stanu wyjątkowego – nie mówiło się o stanie wojennym, ale o stanie wyjątkowym – związkowcy z małych zakładów mają się kierować do dużych zakładów. Tam mieli się organizować i podejmować odpowiednie działania. Tak, wiec zgodnie z tą instrukcją poszedłem do domu, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i poszedłem na bramę główną FSC. Podszedłem do wartownika i mówię, że chciałem wejść do „Solidarności”. Zapytałem czy ktoś już wchodził i czy ktoś jest w biurze „Solidarności”. Facet był bardzo wystraszony. Powiedział, że w zakładzie nikogo nie ma. Ponieważ nie dostałem się do FSC postanowiłem pójść do znajomych, którzy też byli w „Solidarności” i mieszkali niedaleko bramy zakładu. Zapukałem do drzwi, ale nikt nie otwierał. Firanka w oknie się poruszała, ale drzwi pozostały zamknięte. Poszedłem do drugiego domu, a tam to samo. Nie wiedziałem co mam dalej robić. W końcu postanowiłem, że pojadę do Kielc. Poszedłem koło stawu i udało mi się jakiś samochód zatrzymać. Chociaż był zakaz podróżowania to jednak pojedyncze samochody kursowały. Po drodze jak ludzie tłumnie szli do kościołów, aby się modlić. Był nastrój grozy, więc ludzie w kościołach szukali pocieszenia. Gdy przyjechałem do Kielc był już wieczór. Postanowiłem udać się do kolegi z Komisji Zakładowej, który mieszkał na Bocianku. Ten kolega nazywał się Zygmunt Mazur. U niego zatrzymałem się na noc. Po osiedlu jeździły skoty – wiało grozą, bo nie było wiadomo co się dalej stanie. W poniedziałek rano wstaliśmy i poszliśmy do firmy. Udało się nam wejść do biura Komisji Zakładowej.
Wpuścili Was na teren zakładu?
Tak, bo dyrekcja firmy mieściła się w biurowcu na ulicy Sienkiewicza.
A i tam, w tym biurowcu był wasz lokal związkowy.
Tak. Z naszego biura zabraliśmy to co najważniejsze to znaczy pieczątki, listy członków i różne inne rzeczy. Przy okazji dzwoniliśmy do naszych kolegów z komisji w terenie, aby u siebie też pozabezpieczali co się da.
No chyba nie mogliście dzwonić, bo telefony były wyłączone.
No tak, ale jednak jakąś łączność z nimi mieliśmy. Być może była to łączność radiowa, bo wszystkie oddziały budów taką łączność z Kielcami miały. W tej chwili nie pamiętam, ale faktem jest, że się z terenem kontaktowaliśmy. Z naszego biura poszliśmy do Zarządu Regionu, który mieścił się wtedy niedaleko Urzędu Wojewódzkiego. Nikogo tam nie było. Wszystko było pozawiewane śniegiem. Żadnej mobilizacji związkowej nie było widać.
Pewnie wróciłeś do Starachowic.
Tak, ale wcześniej ustaliliśmy z Mazurem, że trzeba coś robić. Że trzeba działać. Stan wojenny stanem wojennym, ale działać trzeba. Uzgodniliśmy, że będziemy w kontakcie.
Następnego dnia był poniedziałek, a wiec normalny dzień pracy, a Ty się do pracy nie wstawiłeś.              
No tak, ale przecież byłem na etacie związkowym, a Związek nie funkcjonował.
Tak, ale ponieważ Związek był zawieszony, to powinieneś wrócić tam skąd do działalności związkowej zostałeś oddelegowany czyli do pracy na budowie w Starachowicach.
Nikt mi etatu nie wypowiedział, więc uważałem, że ciągle ten etat mam. Dopiero po Świętach Bożego Narodzenia otrzymałem z zakładu przeniesienie na budowę ciepłowni na Bugaju w Starachowicach. Tak więc od dnia wprowadzenia stanu wojennego do Świąt Bożego Narodzenia nie pracowałem.
A co z działalnością związkowa?
Byłem w stałym kontakcie z Zygmuntem Mazurem. Dosyć szybko udało się nam stworzyć w Kielcach grupę, w skład której wchodzili przedstawiciele Iskry, SHL, Zakładów Mięsnych, KPBP i Papierni. Postanowiliśmy, że uruchomimy druk ulotek. Trzeba było dać społeczeństwu znak, że „Solidarność” istnieje i działa. Ustaliliśmy, że szefem naszej grupy będzie Zygmunt Mazur, a ja się miałem zająć organizowaniem drukowania i kolportażem tego, co się wydrukuje.
Skąd i jaki mieliście sprzęt do drukowania?
Ponieważ w naszej grupie byli ludzie z Papierni to oni mieli dostęp do farby, czcionek i papieru i oni te rzeczy z zakładu w którym pracowali przemycali. Cała „maszyna” drukarska to była ramka, w którą wstawiało się czcionki układając opracowany tekst, kładło się papier przejeżdżało wałkiem i była ulotka. W ten sposób powstawały tak zwane czerwone ulotki.
W swoich zbiorach mam kilka takich ulotek. Wtedy, gdy je otrzymywałem nie wiedziałem, że jest to między innymi Twoja robota.
Tak to były nasze ulotki. Były one czerwone bo, taką farbą żeśmy dysponowali.
Jaki był nakład tych ulotek?
Zależało to od wielu czynników a przede wszystkim od ilości papieru i możliwości kolportażowych. Myślę, że w szczytowym okresie drukowaliśmy do dwóch tysięcy sztuk. Oprócz drukowania ulotek organizowaliśmy się w poszczególnych miastach. Ja nawiązałem kontakt z FSC.
Z kim konkretnie?
Z Wojciechem Zawalem i Krzysztofem Muzyką. Oni drukowali ulotki przeznaczone dla Starachowic.
Gdzie te ulotki, które Ty drukowałeś były kolportowane?
W Starachowicach i w Kielcach.
Kto się zajmował kolportowaniem tych ulotek?
Na terenie Starachowic robili to Wojtek Zawal i Krzysiek Muzyka. Ja zawoziłem ulotki do Kielc i tam kolportowali je inni.
Jeżeli dobrze rozumiem to ulotki były drukowane w Starachowicach a nie w Kielcach.
Tak drukowałem je tu na miejscu. Początkowo robiłem to u siebie w domu, a później w Brodach u Zbigniewa Sali i jego żony. Była to bardzo fajna rodzina. Ich synowie działali w „Solidarności” w Warszawie. Kontakt z Salami nawiązany został za pośrednictwem Krzysztofa Muzyki, a właściwie jego żony Grażyny. Muzykowie znali się z tymi Salami. Salowie mieli dom jednorodzinny i właśnie w piwnicy tego domu ulotki były drukowane. Drukowanie ulotek w Brodach trwało do czerwca 1982 roku.
Powiedz mi kto pisał teksty ulotek.
Powiem jeszcze o sposobie drukowania. Mieliśmy problem z czcionkami, bo ilość czcionek z samogłoskami była ograniczona. Gdy pisany był tekst to ten, który pisał musiał tak pisać, aby jakiejś czcionki nie zabrakło. Pomimo tego zdarzało się, że jakiejś litery brakowało. Wtedy drukowało się bez tej litery i później dopisywało się ją mazakiem. Były takie ulotki. Tak, więc trzeba było dobrze kombinować przy pisaniu tekstów. Teksty pisały jakieś dziewczyny z FSC, ale nie wiem, kto to robił, bo kontakty z nimi miał Muzyka albo Zawal. Te osoby dostawały ode mnie dokładny wykaz ilości czcionek z każdą literą i musiały tak układać tekst, aby zmieścić się w tych ilościach, ale jak mówiłem nie zawsze się to udawało.
Dobrze by było abyś sobie przypomniał, kto teksty pisał. Uważam, że jest to ważne.
Niestety nie mam pewności dlatego nie wymieniam nazwisk. Wtedy z wiadomych względów nie interesowałem się kto to robi.  
Oczywiście. I co było dalej? Drukowałeś, ale w końcu wpadłeś.
Tak, a stało się to przez kolegów z Kielc. W czerwcu przypadała rocznica wydarzeń w Radomiu i na te okoliczność przygotowywaliśmy ulotkę. Nakład tej ulotki był wyjątkowo duży. Dodam, że ulotki do Kielc dostarczałem przez zaufanych ludzi lub zawoziłem osobiście. W czerwcu tak się nieszczęśliwie złożyło, że nie miałem kogoś, kto by mógł ulotki do Kielc zawieźć, a ja też nie mogłem jechać. Z tym jeżdżeniem do Kielc to też były problemy, bo trzeba było mieć czas, a ja przecież pracowałem. Były to też koszty, a i autobusy nie zawsze pasowały. Jeździć okazjami trochę się obawiałem, bo miałem kiedyś takie zdarzenie, które się mogło dla mnie źle skończyć. Pewnego razu jechałem do Kielc okazją z dużą torbą ulotek. Pech chciał, że tuż przed Kielcami na jednym ze skrzyżowań stał skot i patrol milicji. Samochód, którym jechaliśmy został zatrzymany. Niewiele myśląc złapałem torbę i zanim kierowca się zatrzymał rzuciłem ją za tylne siedzenie. Na szczęście sprawdzili tylko dokumenty, ale w samochodzie nie szukali. Dojechaliśmy na Bocianek, bo tam te ulotki dostarczałem. Kierowca zatrzymał się tam gdzie poprosiłem. Zapytałem się go ile płacę, a on mówi, że nic nie płacę, ale żebym brał torbę i poszedł sobie. Na pewno domyślił się kim jestem i co w tej torbie przewożę. Tak, więc po tym zdarzeniu obawiałem się jeździć okazjami, bo można było wpaść. W zaistniałej sytuacji skontaktowałem się z Kielcami i umówiliśmy się, że tym razem oni przyjadą po ulotki do Starachowic. Przyjechać miał przewodniczący „Solidarności” w Zakładach Mięsnych Edward Lech. On przed stanem wojennym prężnie działał. Stworzył „Solidarność” w Zakładach Mięsnych i był delegatem na I Krajowy Zjazd „Solidarności”, a w stanie wojennym też włączył się w działalność opozycyjną. 9 czerwca Lech miał przyjechać do mnie do domu i później mieliśmy jechać do Brodów po ulotki. I tak było. 9 czerwca – a była to środa – Lech tak jak było ustalone przyjechał. Wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Brodów. W Brodach zostawiłem Lecha na dworcu, a sam poszedłem do Salów. Odebrałem ulotki i wróciłem na dworzec. Tam dałem mu paczkę z ulotkami i tak się szczęśliwie złożyło, że był pociąg w stronę Skarżyska. Więc wsiedliśmy. Ja wysiadłem w Starachowicach, a on pojechał dalej. To się działo jak powiedziałem 9 czerwca w środę. 10 czerwca było święto, bo było Boże Ciało. W piątek 11 czerwca od samego rana miałem przeczucie, że się coś wydarzy, bo zdjęli mnie z budowy na Bugaju i kazali wykonywać jakąś bezsensowną pracę w zarządzie firmy, który znajdował się na budowie Zakładów Mięsnych. W tym dniu płacona była wypłata, więc poszedłem do biura po tę wypłatę. Idąc zauważyłem, że podąża za mną jakiś facet. Nie znałem go i na pewno nie pracował on w naszej firmie, bo nigdy go przed tym nie widziałem. Wziąłem wypłatę i poszedłem do domu, ale czułem, że jestem śledzony. Postanowiłem sprawdzić czy tak jest istotnie. Wyszedłem z domu i poszedłem do restauracji Dancingowa. Wziąłem sobie piwo i siedzę. Nie upłynęło długo, gdy do sali weszło dwóch czy trzech osobników w tym ten, który wcześniej za mną chodził w pracy. Od razu wiadomo było, że to SB-cy. Mogłem im uciec przez zaplecze, ale nie zrobiłem tego, bo dom miałem czysty, bo po drukowaniu ulotek nie było śladu. Wyszedłem z Dancingowej i od razu spotkałem się z kolegami z Majówki. Oni zaproponowali, aby wypić jakieś wino. Poszliśmy między garaże. Nie zdążyli nawet wyjąć wina z torby, gdy z jednej strony podjechał Fiat, a z drugiej podjechała Wołga. Zaczęli sprawdzać dokumenty. Tamtych wypuścili, a mnie wsadzili do samochodu. Pojechaliśmy w kierunku mojego domu. W czasie jazdy dostali informację, że mają jechać do fabryki. Myślałem, że pojedziemy do FSC, bo z tym mi się kojarzyło słowo fabryka. Im jednak chodziło o Komendę Wojewódzką MO w Kielcach. Zanim jednak pojechaliśmy do Kielc to zatrzymali się przy komendzie MO i czekali na ekipę, która robiła rewizję w moim domu. Gdy tamci skończyli wsadzili mnie do Wołgi, z jednej strony usiadł SB-ek z drugiej strony drugi SB-ek i wyruszyliśmy w drogę do Kielc.
Dlaczego Cię aresztowali?
Ulotki, które były dostarczane do Kielc rozdzielane były w domu starszego pana, który z nami współpracował. Nazywaliśmy go „dziadek”. Tam też odbywały się spotkania kieleckiej grupy.
Skąd SB wiedziała o lokalu kontaktowym w Kielcach?
To musiało mieć związek z „Solidarnością” w Zakładach Mięsnych w Kielcach. Co by nie mówić to Zakłady Mięsne w tamtych czasach miały strategiczne znaczenie, bo wiadomo, że mięsa ciągle brakowało. Dlatego zarówno zakład jak i „Solidarność” w tym zakładzie były pod baczną obserwacją SB. W tym zakładzie pracował Jerzy Szczepański, który odszedł na emeryturę. I właśnie z tym Szczepańskim – na którego mówiliśmy „dziadek” – Edward Lech nawiązał kontakt i ustalił, że u niego w domu, który znajdował się nie daleko Politechniki będzie się spotykała nasza konspiracyjna grupa. Ten domek, w którym znajdował się nasz lokal kontaktowy dzisiaj już nie istnie.
Nie istnieją także Zakłady Mięsne.
To prawda tego zakładu też nie ma. Wracając do pytania skąd wiedzieli o lokalu u „dziadka”. Myślę, że SB obserwowała co się w zakładzie dzieje i jakoś namierzyli Lecha, że zajmuje się działalnością konspiracyjną i go śledzili. A może namierzyli kogoś innego z naszej grupy. Trudno powiedzieć jak to naprawdę było. Faktem jest, że Lech przyjechał z ulotkami ze Starachowic i poszedł do domu „dziadka”. Tam ulotki zostawił i powiadomił Mazura, że ulotki są już w Kielcach i że można je odbierać. Następnego dnia to znaczy 10 czerwca Zygmunt Mazur poszedł po ulotki do „dziadka” i został aresztowany. To samo spotkało Lecha Meksa, gdy odbierał ulotki w tym lokalu kontaktowym. Edward Lech został aresztowany u siebie w domu.
A „dziadka” też aresztowali.
Nie. „Dziadek” został internowany, bo wysypał wszystko co wiedział. Nie trzymali go długo, bo jakieś półtora miesiąca.
Czy SB-ecy wiedzieli, że to Ty drukowałeś ulotki?
Wiedzieli, że ja dostarczałem ulotki i że dałem paczkę ulotek Lechowi. Przesłuchanie trwało bardzo długo. Jak mnie przywieźli około godziny siedemnastej to przesłuchiwali mnie całą noc, cały dzień i następną całą noc. Trzymali mnie w piwnicach Komendy Wojewódzkiej MO na Gwardii Ludowej. Byłem tam prawie trzy tygodnie. Później przewieźli mnie do więzienia na Piaski. Ponieważ do niczego się nie przyznawałem i nikogo nie wydałem byłem często przesłuchiwany.
Mówisz, że przesłuchiwali Cię całą noc, cały dzień i następną noc. To bardzo długo.
Jak mnie przywieźli do Kielc o godzinie siedemnastej to nie zamknęli mnie w celi i nie wpisali do jakiejś ewidencji – tak jak to powinni byli zrobić – ale od razu zabrali mnie na przesłuchanie. Trwało to tak długo jak powiedziałem.
Czy SB-ecy podczas tego przesłuchania zmieniali się?
Tak zmieniali się.
A czy w czasie tego długiego przesłuchania dawano Ci coś do jedzenia.
W tej chwili nie bardzo sobie to przypominam. Pewnie coś tam do picia dostawałem, ale nie potrafię czegoś pewnego na ten temat powiedzieć.
Nie przyznawałeś się, ale przecież mieli na Ciebie mocne dowody.
Początkowo do niczego się nie przyznawałem. Później po wielu przesłuchaniach i konfrontacjach z innymi oskarżonymi, przyznałem się do tego, że dałem paczkę ulotek Lechowi. Wtedy zaczęli dociekać skąd ulotki miałem. Powiedziałem, że byłem umówiony w Brodach z facetem, którego nie znałem. On podjechał motocyklem i dał mi paczkę ulotek, którą później przekazałem Lechowi. Pytali czy bym go poznał. Odpowiadałem, że nie, bo był w kasku i miał zasłoniętą przyłbicę. Oni oczywiście w to nie wierzyli, ale ja upierałem się przy tej wersji wydarzeń. W sierpniu odbyła się rozprawa. Sądzeni byliśmy w trybie doraźnym. Wszyscy czterej zostaliśmy skazani na trzy lata więzienia i pozbawienie praw publicznych na cztery lata.
To po sprawie nie byłeś z więzienia zwolniony?
Nie. Siedziałem dalej. Do maja 1983 roku. W czerwcu tego roku z wizytą do Polski przyjeżdżał Papież w związku z tym rząd ogłosił amnestię. Rząd PRL był pod presją opinii międzynarodowej a także kościoła, jeżeli chodzi o więźniów politycznych. Więc amnestią chciał poprawić swój wizerunek. Ja jednak z amnestii nie skorzystałem, bo wyszedłem wcześniej. W PRL była możliwość wystąpienia o prawo łaski. Takie wystąpienie mógł zrobić sam skazany lub tak zwane czynniki społeczne. Ponieważ ja sam nie chciałem prosić ich o łaskę to zrobił to mój zakład pracy.
Trochę wybiegliśmy w przyszłość. Co było po sprawie?
Po sprawie wywieźli nas do Hrubieszowa. Było to na początku września. Pamiętam, że było bardzo ciepło. Wieźli nas tak zwaną lodówką. To był taki kontener na samochodzie Star. Ten kontener dzielił się na dwie części. Część pierwsza, która była przy drzwiach wejściowych przeznaczona była dla konwojentów, a część druga – większa – przeznaczona była dla aresztantów. Ta druga część podzielona była na jednoosobowe klatki, w których umieszczani byli więźniowie. Ponieważ było bardzo gorąco to konwojenci otworzyli sobie drzwi i my siedząc w tych klatkach widzieliśmy trasę jazdy. Jednak nie wiedzieliśmy gdzie nas wiozą, bo nam tego nie powiedzieli. Pytaliśmy konwojentów gdzie nas wiozą, ale oni odpowiadali, że mają nas odstawić do Medyki. To znaczy na granicę ze Związkiem Radzieckim. Mogło to znaczyć, że wywiozą nas do Ruskich. Na samą myśli o tym włosy się jeżyły. Odetchnąłem dopiero wtedy, gdy przywieźli nas do więzienia w Hrubieszowie, gdy otworzyli tę lodówkę i zobaczyłem strażników z orzełkami na czapkach. Byłem szczęśliwy, że jestem w polskim więzieniu.
Jeżeli chodzi o drukowanie ulotek to drukowali je: Ty, Krzysztof Muzyka i Wojciech Zawal. Odbywało się to u Ciebie w domu i u państwa Salów w Brodach.
Tak właśnie było z tym, że po moim aresztowaniu drukowanie odbywało się także w innych miejscach.
To w czasie, gdy siedziałeś w więzieniu ulotki w dalszym ciągu były drukowane?
Tak. Robili to Wojciech Zawal i Krzysztof Muzyka
Wróćmy jeszcze na chwilę do więzienia w Kielcach. Czy podczas przesłuchań proponowano Ci współpracę w charakterze tajnego współpracownika?
W Kielcach nie, ale miałem propozycję współpracy, gdy znalazłem się w Hrubieszowie. Jakoś tak w lutym przyszedł oddziałowy i powiedział, że mam widzenie. Było to coś nienormalnego, bo widzenia były w sobotę i niedzielę. Zaprowadził mnie do sali widzeń a tam siedział facet, który przedstawił się jako porucznik. Mówił do mnie: Siedzi pan tu już ładne parę miesięcy, więc chyba trzeba by się było zbierać do domu. My w tym możemy panu pomóc. Powiedziałem, że mam wyrok, który muszę odsiedzieć a po za tym nie wiem w jaki sposób on mógłby mi pomóc. A on mówi, że mają duże możliwości, ale ja mam mu powiedzieć to, czego nie powiedziałem w śledztwie. Jak powiem to wychodzę na wolność. Powiedziałem, że nic nie powiem, a ponieważ jestem kawalerem, więc nie mam żadnych zobowiązań to wyrok mogę odsiedzieć. Jeżeli chcecie kogoś wypuścić, to jest tu taki kolega, który się załamał, podejmował próby samobójcze, więc jego zwolnijcie. Pomóżcie mu. Trzeba puścić go do domu, bo chłopak jest chory.
- To, co odmawia pan?
- Tak odmawiam.
- No to będzie pan tego żałował.
I to była ostatnia próba, aby się czegoś ode mnie dowiedzieć.
Powiedz mi jeszcze jak przyjąłeś wyrok trzech lat więzienia?
Ja byłem na to przygotowany, bo sądy doraźne takie wysokie wyroki ferowały.
No, ale nie było to chyba przyjemne taki wyrok usłyszeć.
No pewnie, że nie było.
Jakie warunki panowały w więzieniu w Hrubieszowie? Czy spotkałeś tam kogoś ze Starachowic?
W Kielcach spotkałem Edwarda Dudka. To było tuż przed wyjazdem do Hrubieszowa. Dotarła do mnie informacja, że przywieźli jakiegoś działacza ze Starachowic. Udało się tak zorganizować, że spotkaliśmy się przy wydawaniu wrzątku. Z tym wrzątkiem to było tak, że z każdej celi ktoś po wrzątek szedł, przynosił do celi i parzyło się herbatę. Właśnie podczas pobierania wrzątku, spotkałem się z Edkiem. Ja go wcześniej nie znałem, poznaliśmy się dopiero w więzieniu w Kielcach. Moje pierwsze pytanie do Dudka było: co z Wojtkiem? Chodziło o Wojciecha Zawala, z którym współpracowałem. Obawiałem się, że może i jego aresztowali. Ale Dudek uspokoił mnie mówiąc, że wszystko jest w porządku. W Hrubieszowie spotkałem Adama Mazura, Andrzeja Radeckiego i Romana Wysiadeckiego. Oni przyjechali później, gdy ja już tam kilka miesięcy siedziałem. Wracając do twojego pytania o warunki w hrubieszowskim więzieniu. Tam trwała cały czas walka. Nie siedziało się i czytało książki, ale się walczyło.  
O co walczyliście?
O to, aby uznano nas za więźniów politycznych. My, działacze związkowi mieliśmy inny status niż więźniowie kryminalni. Byliśmy trzymani w oddzielnym bloku nie z kryminalistami, ale statusu więźniów politycznych nie mieliśmy. W praktyce mieliśmy gorzej niż kryminaliści, bo byliśmy ściśle izolowani. Nie było mowy o kontaktowaniu się, bo cele były pozamykane. Dopiero nasza walka spowodowała, że cele zostały otworzone. Jedyną możliwością, aby się spotkać z kimś z innej celi to były niedzielne Msze Święte. Takie Msze w niedzielę było dwie. Jak powiedziałem walczyliśmy o status więźniów politycznych. Jedną z form tej walki były głodówki. W więzieniu nie ma wielkich możliwości protestowania, ale głodówka to dla nich była poważna sprawa. Bo przecież musieli raportować o tym do swoich przełożonych, a ponadto informacja o tym, że głodujemy wydostawała się na zewnątrz. Przyjeżdżały rodziny na widzenie, a tu widzeń nie ma bo głodujemy. I to szło w świat.
Ty też brałeś udział w głodówce?
Tak ja głodowałem przez osiemnaście dni. To była ścisła głodówka. Protest rozpoczął się 13 września a skończył 30 września. Po tych osiemnastu dniach zaczęli dokarmiać nas na siłę. Dokarmianie na siłę polegało na tym, że głodującego trzymało za ręce dwóch „gości” trzeci zatykał mu nos, aby nie można było przez nos oddychać, a czwarty miał takie szczypce, które przy ściskaniu rączek rozwierały się. Te szczypce wpychał do ust i rozwierał je. Gdy usta były rozwarte brali kawałek węża gumowego, na którego końcu był lejek i wpychali tego węża do żołądka. Następnie nabierali z wiadra kubkiem jakiejś brei – była to chyba kasza manna z jajkiem – i wlewali do lejka. Ten „pokarm” wlewał się do żołądka i byłeś najedzony. Przy tej operacji nie zachowywali nawet pozorów higieny.
Nieprzyjemna sprawa.
Bardzo nieprzyjemna. Gdy zaczęli nas na siłę dokarmiać to głodówka została przerwana, bo nie było już sensu w takiej sytuacji jej prowadzić. Później była jeszcze jedna głodówka. Ta była pięciodniowa, bo na tyle była zaplanowana. Trwała od 10 do 14 listopada 1982 roku.
Ile osób brało udział w tej osiemnastodniowej głodówce?
Początkowo to prawie wszyscy, którzy byli tam przetrzymywani, bo na 135 więźniów głodowało 117. Z czasem jednak poszczególne osoby się wykruszały. Powody były różne. A to ktoś nie wytrzymywał i po kilku dniach rezygnował, ktoś inny przestraszył się, że mu nie dadzą widzenia i też rezygnował, inny rezygnował ze względów zdrowotnych. Powody były najprzeróżniejsze. W czternastym dniu głodówki został nas 65 osób.
Jeżeli chodzi o tę drugą głodówkę to czy w niej też brało udział tak dużo osób?
W tej drugiej było nas już mniej.
Jak odnosili się do Was strażnicy więzienni?
Powiem tak: było różnie. Byli tacy, którzy gdyby mogli to by nas w łyżce wody utopili, ale byli i tacy, którzy po cichu nam sprzyjali. Ja trafiłem na takiego, który nam sprzyjał i w miarę możliwości nam pomagał. Dzięki niemu nasza cela miała zwiększoną wypiskę i dodatkowe widzenia. Niestety po tej głodówce ukarali nas między innymi w ten sposób, że nam to wszystko odebrali.
Jednak oprócz walki o poprawę życia w więzieniu musieliście się też zajmować czymś innym, bo przecież czasu mieliście dużo, więc ten czas trzeba było jakimiś zajęciami wypełnić.
Każdy robił to, co umiał. Jak miał jakieś zdolności to starał się je rozwijać. Ja ponieważ miałem pewne zdolności plastyczne robiłem pieczątki z różnymi motywami, które odbijało się na kopertach, malowałem kolegom różne rysunki na deseczkach itp. Z puszek po konserwach, które poprzez nasze rodziny otrzymywaliśmy od kościoła robiło się takie ładne czekanki. Romek Wysiadecki był mistrzem w robieniu pieczątek. Modne były takie więzienne chusty na których przybijało się pieczątki i robiło różne wpisy. Byli tacy, którzy wykonywali różnego rodzaju zabawki. Była biblioteka z której można było korzystać. Powiem, że tylu wspaniałych książek nigdzie wcześniej nie widziałem jak w tej więziennej bibliotece. Były takie książki, których na wolności nie można było kupić ani wypożyczyć.
Kiedy Cię zwolnili?
W kwietniu 1983 roku.
Przyjechałeś do Starachowic i poszedłeś do pracy?
Tak. Ale chociaż mogłem wrócić to jednak nie chciałem już wracać do KPBP. Budowa to jest specyficzny zakład pracy, ktoś mógł człowiekowi coś podrzucić czy kolokwialnie mówiąc wpuścić na minę. Mogli mnie łatwo w coś wrobić. Dlatego postanowiłem znaleźć inna pracę.
I znalazłeś?
Tak. Najpierw pracowałem w REMOT-cie przez kilka lat, a później w Spółdzielni Mieszkaniowej „Wanacja”.
A co z działalnością związkową? Wybili Ci tę działalność z głowy?
Nie, nie wybili mi. Miałem kontakty z Wojtkiem Zawalem i chłopakami z którymi współpracowałem wcześniej. Nie byłem jednak tak zwanym frontmanem, a to z prostego powodu, bo przecież w jakimś sensie byłem spalony. Ale jak byłem do czegoś potrzebny to zawsze chętnie swoją osobą służyłem. Głównie skupialiśmy się na uroczystościach patriotycznych. Braliśmy między innymi udział w uroczystościach patriotycznych na Wykusie. Robiło się wieńce z szarfami, że to jest od „Solidarności”. Kolportowało się różnego rodzaju gazetki podziemne, które do Starachowic docierały z różnych stron kraju. Do mnie docierały gazetki z Lublina. Jeżeli chodzi o działalność związkową w zakładzie pracy to takiej działalności nie prowadziłem, bo był to dla mnie nowy zakłada i nowe środowisko, którego nie znałem. Dlatego nie mogłem nikomu ufać, a przez to działalności związkowej nie mogłem prowadzić. Brałem udział w Mszach za Ojczyznę.
Nadszedł rok 1988.
Tak. W tym roku było już wiadomo, że będzie przyzwolenie na reaktywację „Solidarności”. Korzystając z tego trzeba było się organizować. Jak mówiłem pracowałem wtedy w Spółdzielni Mieszkaniowej „Wanacja” w tak zwanej Fabryce Domów. Zakład zatrudniał jakieś trzysta osób, wiec było pole do działalności. Wraz z kolegą Wojciechem Szwedem zaczęliśmy myśleć o tym żeby w zakładzie zacząć działać.
Ale jednak nie Ty byłeś w Starachowicach osobą wiodącą, jeżeli chodzi o odtwarzanie Związku. Pierwsi zaczęli robić to koledzy z FSC i PEKAES-u. To oni organizowali na pół jawne spotkania w sali katechetycznej przy kościele Wszystkich Świętych.
Bywałem na tych spotkaniach.
Tak bywałeś, bo Cię pamiętam. Przychodziłeś w takim jasnym płaszczu.
Było tak jak powiedziałeś. Pierwsi byli koledzy z FSC i PKS, ale my byliśmy jako trzecia organizacja w Starachowicach. W lutym 1989 roku zaczęliśmy w „Wanacji” jawną działalność.
Czy wiesz, że na te spotkania, które odbywały się przy kościele Wszystkich Świętych przychodził tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Ryś”?
Teraz wiem, ale wtedy to nikt nie wiedział. Z tym Krzyśkiem dobrze się znałem. On był przecież członkiem Zarządu Regionu Świętokrzyskiego NSZZ „Solidarność”. Był bardzo miłym i sympatycznym kolegą.
A okazało się, że to był to szpicel.
Tak, był to szpicel jak się później okazało.
I co udało się Wam w tej „Wanacji” „Solidarność” stworzyć?
Tak udało się i przez kilka lat – do czasu likwidacji Fabryki Domów – działaliśmy. Pełniłem tam funkcję przewodniczącego Komisji Zakładowej „Solidarności”. Funkcję tę pełniłem do czasu, gdy zostałem wybrany na tymczasowego przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego w Starachowicach przemianowanego później na Delegaturę. Gdy zostałem szefem Delegatury zrezygnowałem z funkcji przewodniczącego „Solidarności” w „Wanacji” i wtedy funkcję tę objął Wojtek Szwed.
Jak długo byłeś szefem Delegatury?
Trzy czy nawet cztery kadencje. Pierwsza kadencja to była jakaś taka krótka, bo trwała chyba dwa lata. Etatowym pracownikiem „Solidarności” byłem do 2002 roku.
Jeżeli dobrze sobie przypominam to pracowałeś w Zarządzie Regionu w Kielcach. Chodzi mi o okres po odrodzeniu „Solidarności”.
Ja byłem w Prezydium Zarządu Regionu i zajmowałem się bezrobociem i jednocześnie byłem szefem Delegatury w Starachowicach.
Ale Twoje miejsce pracy znajdowało się w Starachowicach czy w Kielcach.
Połowę czasu spędzałem w Kielcach, a połowę w Starachowicach. Gdy szefem delegatury został Adam Krupa to wtedy pracowałem na cały etat w Kielcach.
Pamiętam, że w czasie, gdy byłeś szefem Delegatury doszło do wyrzucenia Delegatury z Zakładowego Domu Kultury gdzie była ona zlokalizowana. Dlaczego to się stało?
Była rzeczywiście tak sprawa. Wynikło to z tego, że były zaległości w opłacie za czynsz za lokal, który w ZDK wynajmowaliśmy. Płacił to Zarząd Regionu, ale nie wiem z jakich powodów zrobił się poślizg w przelewie pieniędzy. Władza miejska wykorzystała to i wymówiono nam najem lokalu. Myśmy się zaparli i nie zamierzaliśmy tego lokalu opuszczać.
Nie na wiele się to jednak zdało, bo jednak Was stamtąd wyrzucono. Pamiętam taki artykuł w lokalnej prasie, który nosił tytuł „Łomem w drzwi”. Przecież była już wtedy demokracja skąd, więc takie radykalne działania wobec „Solidarności”.
Wtedy w Starachowicach władzę sprawował Zenon Krzeszowski. On nie był sympatykiem „Solidarności” i wykorzystał moment, aby się nas z ZDK pozbyć. Zrobiono to zgodnie z prawem. Wymówiono nam lokal, a ponieważ nie zamierzaliśmy się wynieść to wyrzucono nas siłą. Tak to niestety było.    
Zbliżamy się do końca wywiadu, więc teraz powiedz jak oceniasz to, co się działo w latach 1980-1981.
Moim zdaniem w latach 1980-1981 osiągnęliśmy dużo więcej niż mogliśmy się spodziewać. Co niektórzy mówili nam, że komuna i tak nas załatwi. To co robiliśmy to właściwie było przedsięwzięciem samobójczym. Oczywistym było, że z komuną trzeba walczyć, bo wiadomo było, że jest to zło, ale w perspektywie nie można było liczyć na jakieś wielkie zwycięstwa. Wiadomo, że komuna była bezwzględna jeżeli chodziło o obronę swoich interesów. To, że w 1980 roku udało się stworzyć „Solidarność” to był niesamowity sukces. Ale tego, że się rozpadnie Związek Radziecki to nikt nie przewidywał. To było nie do przewidzenia.
Jak oceniasz stan wojenny?
Była to wojna z narodem i zatrzymanie na parę lat tego, co jak się później okazało było nieuniknione, to znaczy upadku komunizmu. Kilka lat w rozwoju kraju zostało stracone, spowodowano wiele ludzkich tragedii i zmuszono do opuszczenia kraju wiele tysięcy ludzi.
Czy o taką Polskę, jaką mamy dzisiaj walczyła „Solidarność”?
W zasadzie tak, bo mamy Polskę wolną i demokratyczną. Możemy sami o wielu rzeczach stanowić, chociaż oczywiście nie o wszystkim, bo są różne uwarunkowania polityczne. Jest niestety wiele mankamentów i nieprawidłowości, które mnie bardzo irytują.
To by było na tyle. Dziękuję za rozmowę.
Starachowice 28.04.2016