Zmień na ciemny motyw
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2018-07-22T16:25:59+02:00
Nie 22 Lip, 16:25
Jerzy Wierzbiński
2018-07-22T16:16:57+02:00
Nie 22 Lip, 16:16
Wywiad Jana Seweryna z Jerzym Wierzbińskim
2018-07-22T16:15:18+02:00
Nie 22 Lip, 16:15
Wywiad Jana Seweryna z Jerzym Wierzbińskim
Wywiad
Jana Seweryn
z
Jerzym Wierzbińskim
 
W roku 1980 pracowałeś w MPK (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Starachowicach).
Tak.
Na jakim stanowisku?
Pracowałem jako mechanik pojazdów samochodowych.
Jaki był Twój pierwszy kontakt z niezależnym ruchem związkowym?
Pierwszymi, którzy w naszym zakładzie zaangażowali się w tworzenie niezależnych związków zawodowych byli Andrzej Pryciak, Tomasz Offman i nieżyjący już Piotr Mirecki. To oni zaczęli działać a ja do nich dołączyłem po jakimiś miesiącu. Chodziliśmy po warsztacie i zbieraliśmy podpisy tych, którzy chcieli do „Solidarności” wstąpić. Zależało nam, aby takich osób było jak najwięcej.
Wtedy byłeś szeregowym członkiem czy miałeś już jakąś funkcję związkowa?
Początkowo angażowałem się jako szeregowy członek „Solidarności”. Dopiero gdy odbyły się wybory do Komisji Zakładowej zostałem wybrany w skład tej Komisji.
Czym zajmowaliście się jako związkowcy?
Początkowo zajmowaliśmy się tworzeniem związku i „prostowaniem” różnych nieprawidłowości, które w firmie były. Dużo przeszkadzały nam związki komunistyczne, które w zakładzie istniały od dawna. Były to związki, które wchodziły w skład CRZZ. Bardzo szkodził nam dyrektor zakładu Romuald Proskura.
W jaki sposób wam szkodził.
Utrudniał nam działalność. Straszył nas, że to jest nielegalne, że jest to przejściowe itp. Twierdził, że w zakładzie działają związki legalne. Ale myśmy nie zwracali na to uwagi i robiliśmy swoje. W naszych działaniach pomagał nam przewodniczący tak zwanej delegatury, która znajdowała się w Zakładowym Domu Kultury zakładu FSC Ignacy Kordelewski a później Stanisław Świostek. Do nich zwracaliśmy się, gdy mieliśmy problemy w zakładzie. Gdy wgłębiliśmy się w to, co się w zakładzie działo okazało się, że dużo można zarzucić dyrektorowi Proskurze. Zaczęliśmy wyjaśniać i okazało się, że jego sekretarka budowała sobie dom na Orłowie i że na tę budowę szły różne materiały z MPK. Na jej budowie pracowali też pracownicy zatrudnieni w MPK. Ten nieprawidłowości zaczęliśmy Proskurze wytykać. I wtedy zaczęła się prawdziwa wojna między „Solidarnością” a dyrekcją. Zrobiliśmy zebranie załogi, które było transmitowane przez zakładowy radiowęzeł. Na to zebranie przyszło bardzo dużo ludzi. Ale Proskura miał też swoich zwolenników i obrońców. Była to zakładowa organizacja PZPR i oczywiście CRZZ-towskie związki zawodowe. Z tą sekretarką to była afera nie tylko z budową domu, ale okazało się, że miała ona dwie funkcje, bo była sekretarką i kierowniczką działu gospodarczego. Ponadto pani sekretarka nie przychodziła do pracy a listę podpisywała może raz w tygodniu za wszystkie dni. To wszystko zostało wytknięte Proskurze na tym zebraniu. Naszym celem było usunięcie dyrektora, ale on wcale nie zamierzał odejść. My ze swoje strony odgrażaliśmy się, że wywieziemy go z firmy na taczkach. Wywożenie dyrektorów na taczkach było wtedy bardzo modne. Jednak do tego wywiezienia nie doszło, bo uciekł na zwolnienie lekarskie a później załatwił sobie jakąś rentę. Na jego miejsce przyszedł Edward Siewierski. Ale wcale nie był lepszy od swojego poprzednika. Tu chciałbym dodać, że my, jako „Solidarność” poszukiwaliśmy człowieka na stanowisko dyrektora technicznego. W tej sprawie nawiązaliśmy współpracę z Komisją Fabryczną FSC a konkretnie z Edwardem Dajewskim i Edwardem Imielą. Oni polecili nam człowieka o nazwisku Żelazko. Wystawili mu bardzo dobrą opinię i on przyszedł na stanowisko dyrektora technicznego w MPK. Niestety Siewierski tak „przerobił” pana Ryszard Żelazko, że ten całkowicie odwrócił się od nas. Zamiast nam pomagać – jako nasz człowiek – to nam jeszcze działalność utrudniał. W stanie wojennym przyczynił się do zwolnienia dużej grupy działaczy „Solidarności”, było to chyba trzydzieści sześć osób w tym ja i Andrzej Pryciak czyli osoby, które go ściągnęły do MPK.
Jak pracownicy odnosili się do „Solidarności” i do działalności nowego związku?
Były w firmie dwa obozy jedni byli w związkach branżowych a drudzy w „Solidarności”. Gdy „Solidarność” w kraju już zalegalizowano to zaczęło się do nas zapisywać coraz więcej ludzi. Zapisywali się kierowcy, pracownicy warsztatów, ale kierownictwo, mistrzowie itp. to początkowo do „Solidarności” nie zapisywali się. A i później niewielu się zapisało. Do „Solidarności” zapisywali się głównie ludzie młodzi. Cała Komisja Zakładowa to była młodzież. Mieliśmy po 25 – 30 lat. Ja w roku 1980 miałem 30 lat. Chcieliśmy działać. Zmieniać. A starsi nie za bardzo chcieli się angażować. Po za tym w MPK było sporo osób, które należały do PZPR. Ci to od początku byli nastawieni do nas negatywnie. Nawet jeżeli któryś po cichu nam sprzyjał to do „Solidarności” się ni zapisywał, bo się bał swoich partyjnych towarzyszy.
A czy partyjni zapisywali się do „Solidarności”?
Później niektórzy partyjni się zapisywali.
Ale chyba związek się rozwijał?
Tak rozwijał się i w roku 1981 należało do niego jakieś trzy czwarte załogi.
Jak się układała współpraca w Komisji Zakładowej?
W zasadzie wszystko było w porządku. Była zgoda. Pracowaliśmy, robiliśmy akcje ulotkowe, były wyjazdy w różnych sprawach. Uczestniczyliśmy w akcjach organizowanych przez delegaturę. Nawiązaliśmy bardzo bliską współpracę z Komisją Fabryczną „Solidarności” w FSC. Dużo nam pomagał przewodniczący tej Komisji Edward Dajewski. „Solidarność” w FSC to był kolos nie tylko w skali Starachowic, ale też województwa i kraju. Oni byli wiodącą organizacją w Starachowicach i z ich zdaniem wszyscy się liczyli. Nie pamiętam, kiedy to było, ale odbyły się wybory nowego szefa delegatury i po nowym szefem wybrano Andrzeja Markowskiego z OBR FSC. Wtedy trzeba było obsadzić różne funkcje w tej delegaturze, aby mogła ona właściwie funkcjonować. Moja Komisja Zakładowa w MPK uznała, że jako aktywny działacz związkowy nadaję się do pracy w delegaturze i podjęto decyzję, aby mnie od 1 maja 1981 roku do tej pracy oddelegować. W MPK wziąłem urlop bezpłatny i zostałem zatrudniony w delegaturze, jako pracownik Regionu Świętokrzyskiego NSZZ „Solidarność”.
Powiedz mi jeszcze czy w MPK w tym czasie, gdy byłeś członkiem Komisji Zakładowej była wydawana jakaś prasa niezależna? Bo w FSC wydawano kilka gazetek.
Nie, nie wydawaliśmy własnej gazetki. Opieraliśmy się głównie na tym, co wydawano w FSC. Korzystaliśmy też z różnych informacji, które otrzymywaliśmy faksem. Otrzymywaliśmy całą masę informacji z różnych źródeł między innymi z Gdańska i to przedrukowywaliśmy. Używaliśmy do tego powielacza. Był to prosty powielacz spirytusowy na korbę. Z tych informacji wybieraliśmy te, które uważaliśmy za bardzo ważne i jak powiedziałem powielaliśmy na naszym powielaczu. To co wydrukowaliśmy rozprowadzane było na terenie zakładu. 
Czy braliście udział w strajkach, które były organizowane przez „Solidarność” między innymi w strajku o Religę?
Tak braliśmy udział w tej akcji. Z Andrzejem Pryciakiem jeździliśmy po mieście moją „Jawką” i rozdawaliśmy ulotki wzywające do odwołania doktora Religi. Pamiętam, że było to w czwartek, bo był to w Starachowicach dzień targowy. Uznaliśmy z Andrzejem, że najlepiej będzie udać się przed targowisko i tam te ulotki rozdać. Zajechaliśmy na targ, postawiłem „Jawkę” przed bramą i z plikami ulotek stanęliśmy w bramie. Rozdawaliśmy te ulotki tym, którzy koło nas przechodzili. Ludzie chętnie ulotki brali, ale powstało pewne nieporozumienie, bo niektórym wydawało się, że chcemy, aby zlikwidować lekcje religii. Niektórzy pytali czy przeszkadza na religia. Trzeba to było prostować i wyjaśniać. Po rozdaniu ulotek idziemy do mojej „Jawki”, aby odjechać a tu patrzymy stoi milicyjny radiowóz. Powiedziałem do Andrzeja, że będziemy mieć kłopoty. Ale wsiedliśmy na motor i jedziemy. Radiowóz początkowo jechał za nami, ale nas wyprzedził, stanął i milicjant nas zatrzymał. Stanęliśmy. Kazali nam okazać dokumenty, spisali nas i mówią, że będziemy mieli problemy, bo zaśmiecaliśmy miasto. Powiedzieli, że skierują sprawę do kolegium. Przyjechaliśmy do delegatury a tam nas pytają jak przebiegała akcja ulotkowa. Opowiedzieliśmy jak było, ale tymi groźbami o kolegium nikt się nie przejmował.
I co zrobili wam to kolegium?
Nie, nie było żadnej sprawy w kolegium. Chyba nas tylko postraszyli.
Czy były takie prawdziwe strajki, że autobusy MPK nie kursowały po mieście?
Nie takich strajków, żeby komunikacja stanęła nie było.
Pamiętam, że autobusy jeździły z białoczerwonymi chorągiewkami.
Tak, gdy był strajk czy pogotowie strajkowe to oflagowywaliśmy autobusy i budynki w zakładzie.
Gdy odszedłeś do delegatury to chyba straciłeś kontakt z MPK.
Nie, nie straciłem kontaktu. Widywałem się z członkami Komisji Zakładowej i wiedziałem, co się w MPK dzieje. Często odwiedzałem zakład i brałem udział w zebraniach Komisji Zakładowej.
Czym się zajmowałeś, jako pracownik delegatury?
W delegaturze odpowiedzialny byłem za kontrolę sklepów pod kątem ukrywania towarów. Wtedy był kompletny brak wszystkiego i na porządku dziennym było to, że pracujący w sklepach ukrywali chodliwe towary, aby je brać dla siebie albo sprzedawać swoim znajomym.
Jak powiedziałem odpowiedzialny byłem za kontrolę sklepów. Jednak nie było to wszystko, bo odpowiadałem także za kolportaż ulotek i wydawnictw. Do pomocy miałem Krzysztofa Nowaka, który pracował w FSC. W takich kontrolach uczestniczyło pięć, sześć osób. W skład komisji kontrolnych wchodzili przedstawiciele różnych zakładów. Gdy miałem przeprowadzać kontrolę to dzwoniłem do przewodniczącego „Solidarności” w jakimś zakładzie na przykład w wodociągach i prosiłem, aby mi kogoś przysłał. Nie było z tym problemu, aby grupę kontrolującą sformować.
Kontrole prowadzone przez Ciebie to były na tylko na terenie Starachowic czy także w okolicznych gminach. Pytam dlatego bo wiem, że i w gminach kontrole w sklepach przeprowadzano.  
Nie ja kontroli w gminach nie prowadziłem. Tylko na terenie miasta.
Jak takie kontrole przebiegały?
Bardzo dużo ludzi dzwoniło do nas do delegatury, że w tym i tym sklepie ukryto towary. Utkwił mi w pamięci przypadek sklepu z odzieżą skórzaną, który znajdował się na wprost kawiarni „Bistro”. Ktoś zadzwonił do mnie i mówi, że wczoraj wieczorem przyszedł do sklepu towar a dzisiaj rano w sklepie już żadnego towaru nie ma. Przyszły skórzane płaszcze i kurtki a w sklepie nie ma nic. Szybko zorganizowałem grupę i pojechaliśmy do tego sklepu. Rzeczywiście w sklepie nic nie było. Zażądaliśmy faktur.
Jedno pytanie. Czy wpuszczano was bez problemu do sklepów i pokazywano dokumenty, których żeście żądali?
Tak. Mieliśmy upoważnienie do kontroli od prezydenta miasta, którym wtedy był Włodzimierz Werys i mieliśmy upoważnienie z Regionu Świętokrzyskiego „Solidarności”. Przychodziłem do sklepu, okazywałem się tymi dokumentami i kierownik sklepu czy ekspedientka udostępniali mi to, o co prosiłem. Głównie chodziło o faktury, bo to na ich podstawie można było stwierdzić, co do sklepu dostarczono. Z faktury, którą w tym sklepie pokazano mi wynikało, że przywieziono dużą ilość skórzanych płaszczy i kurtek, ale jak powiedziałem nic z tego w sklepie nie było.
Zniknęły.
Tak zniknęły. Gdy zabraliśmy się ostro za sprawę okazało się, że to wszystko znalazło się w innym sklepie. Zostało przeniesione do innego sklepu i tam czekało na znajomych klientów. Okazało się, że skórzana odzież znajduje się w sklepie koło PKO. Kierowniczka sklepu z wyrobami skórzanymi – która była żoną milicjanta – miała znajomą w tym sklepie i tam zachomikował te kurtki i płaszcze.
I co doprowadziliście do tego, że ten towar wrócił?
Tak towar wrócił. Ja pojechałem do tego sklepu, stwierdziłem, że towar jest i musiał wrócić tam gdzie być powinien. Zaraz ustawiła się kolejka, bo ludzie momentalnie dowiedzieli się, co się dzieje. Dodam, że brakowało dwóch płaszczy. Pytam się tej kierowniczki gdzie są te dwa płaszcze. Okazało się, że albo kierowniczka albo ekspedientka miały te płaszcze już w domu. Poleciłem przynieś płaszcze do sklepu. I płaszcze zostały przyniesione. Tak więc cały towar wrócił do sklepu i został sprzedany tym, którzy chcieli kupić.
Dużym problemem było mięso. Czy sklepy mięsne też kontrolowaliście?
Tak kontrolowaliśmy sklepy mięsne i masarnie. Była masarnia w łąkach, była masarnia na ulicy Radomskiej i tam też chodziliśmy. Do takich większych rzeczy jak na przykład masarnie to brałem na kontrole fachowców, którzy znali się na księgowości, fakturach itp. Takim człowiekiem, który się znał na tych sprawach i chętny był do pomocy był Stanisław Pogłódek. Pracował w „Inwalidach” jako księgowy, więc gdy potrzebny był ktoś taki, kto się na kwiatach i fakturach znał to brałem jego. Bo przecież ja się na wszystkim nie znałem.
Ile osób pracowało w delegaturze?
No był szef delegatury, którym był Andrzej Markowski, ja czyli Jerzy Wierzbiński, Nina Potocka – później nazywała się Mirecka, bo wyszła za Piotrka Mireckiego, Krzysztof Nowak, Jan Adam który pracował na pół etatu – on był porucznikiem marynarki wojennej i mieszkał na Wygodzie – i odpowiadał za sprawy mieszkaniowe. W delegaturze wydawane było pismo „Wolne Słowo”. W skład redakcji w rożnych okresach wchodzili: Ewa Markowska, Krzysztof  Nowak, Jan Adam, Tomasz Ofman, Krzysztof Ćwieluch, Stanisław Cieślik i A. Kieljam. Ja napisałem kilka artykułów do tego pisma i pomagałem je drukować. „Wolnego Słowa” wydane było tylko pięć numerów, bo dalsze wydawanie przerwał stan wojenny. Pierwszy numer wydany został 16 listopada 1981 roku a ostatni 10 grudnia 1981 roku.
Pamiętam, że w delegaturze była biblioteka książek wydawanych po za cenzurą.
Tak była taka biblioteka. Wypożyczaniem tych książek zajmowała się Nina Mirecka. Nie była to jakaś wielka biblioteka, bo było tam kilkadziesiąt książek. Kilka tych książek nawet mam, bo gdy byliśmy w delegaturze w dniu wprowadzenia stanu wojennego to, gdy zabierałem materiały z mojego biurka to i zabrałem książki, które w biurku miałem.
Skąd te książki mieliście?
Część mieliśmy z Warszawy z Regionu Mazowsze „Solidarności”, bo mieliśmy z nimi kontakty. Pamiętam, że jednego razu byliśmy po te książki w jakimś mieszkaniu prywatnym. Mieszkało tam małżeństwo o znanym nazwisku, ale doprawdy nie mogę sobie tego nazwiska przypomnieć. To od nich żeśmy książki wzięli. Gdyśmy do nich przyjechali to ta pani, która tam mieszkała powiedziała nam, że dom jest na podsłuchu i dlatego komunikowaliśmy się z sobą pisząc na kartkach. Do mieszkania tego przychodziło dużo osób. Kręcili się po mieszkaniu co załatwiali. Jednego razu pojawili się jacyś zagraniczni dziennikarze i przeprowadzali z gospodarzami domu wywiad. Ja w Warszawie po książki byłem dwa razy. Więcej jeździł Tomek Ofman.
Czy było zainteresowanie wypożyczaniem tych książek?
Tak było zainteresowanie. Przeważnie pożyczali je przewodniczący z poszczególnych zakładów. Przychodzili też ludzie z miasta.
Wszystkie książki pewnie przepadły w stanie wojennym.
Tak wszystko przepadło. Pewnie SB zabrała i zniszczyła. Ocalały tylko te książki, które były wypożyczone. W delegaturze swoją działalność prowadziła „Solidarność Wiejska”. Daliśmy im jeden pokój i oni tam urzędowali. Głównymi osobami, które działały w delegaturze w ramienia „Solidarności Wiejskiej” było małżeństwo Zofia i Sylwester Wiatr z Osin.
Co jeszcze możesz powiedzieć o tym co się działo w delegaturze?
Jednego razu zorganizowaliśmy wycieczkę do Gdańska. Byliśmy nawet umówieni z Lechem Wałęsą. Byliśmy pod Stocznią, składaliśmy kwiaty pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Po Gdańsku oprowadzał nas jakiś działacz ze Stoczni. Do spotkania z Wałęsą jednak nie doszło, bo miał pilny wyjazd i nie miał dla nas czasu.
No, dobrze to na razie okres legalnej działalności zamkniemy i przejdziemy do innych spraw. Jak się dla Ciebie zaczął stan wojenny?
Mieszkałem wtedy na Szlakowisku. Rano ktoś zastukał do drzwi. Stukał dość mocno. Można powiedzieć, że to było walenie do drzwi. Nawet się zezłościłem, bo miałem wtedy małe dzieci i pomyślałem, że mogą się obudzić. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem Andrzeja Pryciaka. Z nim był Adam Pawelec, który też był w Komisji Zakładowej MPK i pracował jako spawacz. Andrzej Pryciak powiedział:
- Jest poważna sprawa. Jaruzel ogłosił stan wojenny. Wojna jest.
- Co tym mówisz? – powiedziałem, bo było to dla mnie coś niezrozumiałego.
Zastanawialiśmy się co mamy robić. Była niedziela, godzina siódma. Po wymianie zdań doszliśmy do wniosku, że trzeba iść do delegatury i wynieść z naszego biura to co się da. W delegaturze mieliśmy taki duży zeszyt w którym zanotowane były telefony działaczy „Solidarności” z całego kraju. Trzeba było tez zeszyt wynieść, jakieś dokumenty i pieczątki. Andrzej Pryciak obawiał się, że milicja może być w naszych pomieszczeniach i że mogą nas aresztować. Pomimo wszystko postanowiliśmy iść do delegatury. Nie było to daleko. Zdziwiliśmy się, bo milicji nie było. Był tylko portier. Otworzył nam i dał nam klucze od pomieszczeń delegatury. Nie mieliśmy z tym żadnego problemu. Weszliśmy do biura a tam wszystko było na swoim miejscu. Byłem tym bardzo zdziwiony, no bo tu ogłoszony jest stan wojenny a milicji w delegaturze jeszcze nie było. Ze swojego biurka zabrałem dokumenty, które ja prowadziłem, zabrałem zeszyt z telefonami i chciałem także zabrać pieniądze z sejfu. Tych pieniędzy w sejfie było dużo, bo w tym czasie w kinie był wyświetlany film „Człowiek z żelaza” i myśmy rozprowadzali bilety na ten film. Niestety nie miałem kluczy od tego sejfu. Klucze miała Nina Potocka, która zajmowała się wszystkimi sprawami administracyjnymi w tym pieniędzmi. Powiedziałem do Andrzeja, żebyśmy poszli do Niny, bo ona mieszkała niedaleko w bloku i wzięli od niej klucze. Poszliśmy do niej i mówię do niej:
- Nina chodź z nami, albo daj nam klucze. W delegaturze nikogo nie ma, Służba Bezpieczeństwa jeszcze tam nie była to zabierzemy co się da.
Ale ona nie chciała dać mi kluczy ani iść ze mną. Do dzisiaj mam wiele wątpliwość, dlaczego nie chciała dać mi tych kluczy. Dlaczego nie poszła ze mną? W takiej sytuacji postanowiliśmy wrócić do delegatury. Powiedziałem do Pryciaka:
- Andrzej weźmiemy chociaż maszynę do pisana, bo na pewno kiedyś nam się przyda.
Chociaż szliśmy do tej delegatury to ciągle obawialiśmy się że nas zgarną. No, ale ryzykowaliśmy. Na szczęście w dalszym ciągu nikogo w delegaturze nie było. To było więcej niż dziwne. Zabraliśmy jeszcze jakieś dokumenty, maszynę do pisana i papier. W delegaturze było dwie maszyny jedna duża i ciężka a druga mała. Wzięliśmy tę małą. Zanieśliśmy to wszystko do mnie do domu. Później to wszystko wyniosłem do ojca, który mieszkał niedaleko mnie też na Szlakowisku.
To jest dla mnie bardzo dziwne, że SB nie weszło do delegatury, bo jak wiemy regułą było włamywanie się do pomieszczeń związkowych. Chociaż muszę Ci powiedzieć, że istnieje dokument w którym jakiś SB-ek pisze, że wracali z delegatury tuż po północy. Może weszli ni niczego na razie nie ruszali?
Może weszli z kimś i wzięli to, co ich najbardziej interesowało. Później analizowaliśmy to, co się wtedy działo i nie mogliśmy tego zrozumieć. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego Nina nie dała nam kluczy od sejfu. To, że nie chciała iść to mogę zrozumieć. Była młodą dziewczyną i może bała się ryzykować, ale tego że nie chciała dać kluczy to zrozumieć nie mogę. Zawartość sejfu należało zabrać, bo były tam pieniądze, dokumenty związkowe, pieczątki i różne inne ważne rzeczy. Być może SB już ten sejf opróżniła.
Co się w tym dniu działo dalej? Wynieśliście z delegatury to, co się dało wynieść i co robiliście dalej. Była niedziela.
Było nerwowo, bo nie wiadomo było, co się będzie dalej działo. Dostaliśmy informację, że milicja rozwaliła drzwi w mieszkaniu Andrzeja Markowskiego. Poszliśmy do niego. Mieszkał niedaleko, bo na ulicy Zakładowej. I rzeczywiście w dolnej części drzwi była wielka dziura. Rozmawialiśmy z Aleksandrą Markowską. Zapytaliśmy się czy jej te drzwi naprawić. Była przecież bardzo mroźna zima a tu praktycznie drzwi nie było. Ola powiedziała, że już ktoś jej te drzwi ma wstawić. Ktoś u niej był – nie wiem kto – i zaoferował, że drzwi naprawi. Jak mówiłem była bardzo nerwowa sytuacja. Obawialiśmy się, że przyjadą do nas do domu i nas aresztują. Zastanawialiśmy się kogo w Starachowicach aresztowano. Dowiedzieliśmy się kogo. Pojechaliśmy do MPK, ale do biurowca nie chcieli nas wpuścić. W biurze Komisji Zakładowej też były różne dokumenty. Należało je zabrać, ale to nam się nie udało, bo jak powiedziałem do biurowca gdzie znajdowało się nasze biuro nie zostaliśmy wpuszczeni.
Mówisz, że jeździliście. Czym jeździliście?
Chyba „Trabantem” Andrzeja Pryciaka.
Co się z Tobą działo w poniedziałek? Bo delegatura była zamknięta a przecież Ty tam pracowałeś.
Tak byłem oddelegowany do pracy w delegaturze Regionu Świętokrzyskiego „Solidarności” i tam znajdowało się moje miejsce pracy. W poniedziałek zastanawiałem się, co mam w zaistniałej sytuacji robić. W końcu doszedłem do wniosku, żeby pójść do urzędu pracy. Niech mi tam powiedzą, co mam robić. Do urzędu miasta w którym znajdował się dział zatrudnienia nie chcieli mnie wpuścić. Stał tam wartownik, który dopytywał się po co przyszedłem. Musiałem wyjaśniać z czym przychodzę i zostawić dowód osobisty. Dopiero wtedy zostałem wpuszczony. Wszedłem do działu zatrudnienia i mówię do pani, która tam była:
- Proszę pani ja jestem pracownikiem delegatury Regionu Świętokrzyskiego „Solidarności” oddelegowany tam z MPK. Co ja ma robi? Czy mam iść do delegatury, czy do MPK czy czekać w domu?
I ona mi powiedziała, że nie mają w tej chwili żadnych dyrektyw czy rozporządzeń co z pracownikami delegatury zrobić i kazał mi czekać w domu. Więc zrobiłem tak jak mi kazano. Poszedłem do domu i czekałem. Nie upłynęło wiele, gdy dostałem wezwanie do MPK. Gdy się tam zgłosiłem dostałem wypowiedzenie za porzucenie pracy. Było to zwolnienie dyscyplinarne podpisane prze dyrektora Siewierskiego i pana Żelazko. Pismo nosiło datę 15 grudnia 1981 roku. Nie podpisałem tego wymówienia i pojechałem do urzędu pracy do tej pani, która mnie tak pokierowała, że mnie z pracy zwolnili. Wyjaśniłem o co chodzi. Muszę powiedzieć, że była to uczciwa urzędniczka, bo nie wypierała się swojej roli w całej sprawie. Kazała mi wracać do MPK i powiedziała, że ona zaraz do MPK przyjedzie. I rzeczywiście przyjechała. W tym czasie ja stałem przed bramą zakładu, bo wartownik nie chciał mnie już na zakład wpuścić. Jak mówię ona przyjechała i weszła do budynku dyrekcji. Po jakimś czasie przyszedł wartownik i kazał mi iść do dyrektora. Poszedłem a dyrektor mówi:
- Jutro proszę przyjść do pracy. Proszę mi oddać to wymówienie.
Powiedziałem, że żadnego wymówienia nie mam, bo go nie podpisałem i zostało w kadrach. Tak, więc interwencja tej urzędniczki spowodowała to, że mnie z MPK nie zwolniono.
I co wróciłeś na poprzednie swoje miejsce pracy?
Nie tam już nie wróciłem. Przed oddelegowaniem do delegatury byłem dyspozytorem a gdy wróciłem dali mi pracę na warsztacie, jako mechanik samochodowy. Z nowego stanowiska pracy nie miałem się prawa oddalać. Musiałem ciągle przebywać w tym pomieszczeniu gdzie znajdował się warsztat. Nie mogłem nawet wyjść, aby napić się kawy.
Jakie były nastroje załogi?
Nastroje były paskudne. Było napięcie. Mniej rozmów.
A jak się do Ciebie odnosili współpracownicy?
Różnie. Wszyscy wiedzieli, że byłem bardzo zaangażowany w działalność w „Solidarności” i obawiali się kontaktów ze mną. Nawet moi najbliżsi koledzy z którymi pracowałem wiele lat mieli dystans do mnie. Z Andrzejem Pryciakiem nie mogłem w pracy swobodnie rozmawiać, bo po pierwsze nie mogłem opuszczać swojego stanowiska pracy a po drugie nie wolno nam się było kontaktować. Widywaliśmy się tylko w szatni.
Co było dalej?
Na wiosnę 1982 zaczęły się w MPK zwolnienia. Ja się w tej grupie, którą zwolniono też znalazłem. W dniu 24 maja dostałem pismo, że z dniem 31 maja 1982 roku wypowiadają mi umowę o pracę. Ale pracować przestawałem natychmiast bo już następnego dnia czyli 1 czerwca 1982 roku wysłano mnie na urlop wypoczynkowy a za pozostałe dwa miesiące wypowiedzenia miałem otrzymać wynagrodzenie bez świadczenia pracy. Zwolnili też Andrzeja Pryciaka. Zwolnienia były w trzech turach my byliśmy zwolnieni w drugiej turze.
Jakie były przyczyny zwolnienia?
Redukcja załogi. Ale to był tylko pretekst, bo prawdziwym powodem zwolnień było pozbycie się z MPK działaczy „Solidarność”. Ale nie wszyscy działacze zostali zwolnieni. Nie zwolniono na przykład Grzegorza Maślanka, który okazał się konfidentem SB. Myśmy go nawet o to podejrzewali, ale to wyszło dopiero później.
No chyba jednak żeście go nie podejrzewali, bo był z wami cały czas.
Pewne sprawy dawały nam do myślenia. Bo niby się tak bardzo w działalność nie angażował, ale był wszędzie gdzie się coś działo. Widywano go z SB-ekiem Mazurem na korytarzu biurowca. Ten Mazur często przychodził do MPK i ciągle węszył i węszył. Gdy nas zwolniono odwoływaliśmy się do sądu pracy, ale nic to nie dało. Zwolnienie zostało przez sąd podtrzymane i tym sposobem zostaliśmy na przysłowiowym lodzie. Dodam, że 25 grudnia a więc w pierwszy dzień Bożego Narodzenia urodziła mi się córka. Wszyscy wiedzieli, że jest mi ciężko, bo miałem troje dzieci i sam pracowałem. Przyszła do mnie Ewa Markowska i dała mi pieniądze na wózek dla dziecka. Nie chciałem wziąć, bo może był ktoś bardziej potrzebujący, ale ona powiedziała, że są to pieniądze związkowe i że są przeznaczone na pomoc dla mnie. Więc wziąłem. Skąd te pieniądze miała nie wiem.
Czy poszukiwałeś pracy? Czy miałeś jakąś skądś jakąś pomoc?
Dużo pomógł nam ksiądz Tadeusz Jędra proboszcz parafii Wszystkich Świętych na ulicy Radomskiej. Do parafii przychodziły z zagranicy różne dary, więc chodziliśmy do kościoła i otrzymywaliśmy różnego rodzaju artykuły spożywcze. Dostawałem miedzy innymi mleko w proszku dla dziecka. Brałem też dla innych, którzy pomocy potrzebowali. Ksiądz Jędra dowiedział się, że jestem bez pracy i zatrudnił mnie i Andrzeja Pryciaka przy budowie dzwonnicy, która w tym czasie była budowana przy kościele. Tak, więc budowaliśmy tę dzwonnicę. W MPK mieliśmy znajomą, która nazywała się Jadwiga Kwaśniewska. Za czasów „Solidarności” przy naszym dużym poparciu został dyrektorem ekonomicznym w MPK. Była to bardzo porządna kobieta. Sprzyjała nam i dużo nam w tamtym czasie pomagała. Wiedząc, że nie mamy pracy zadzwoniła do Andrzeja i powiedziała mu żebyśmy poszli do PKS TIR i zgłosili do jej męża, który był kierownikiem zajezdni w tym zakładzie. Andrzej zadzwonił do mnie i poszliśmy. Kwaśniewski powiedział, że nam pomoże i rzeczywiście zostaliśmy zatrudnieni. Dyrektorem PKS TIR był wtedy Pałacha. Wyraził zgodę i jak powiedziałem zostaliśmy przyjęcie. Tu trzeba dodać, że TIR był pod baczną obserwacją służb specjalnych, bo kierowcy jeździli po całym świecie. A przecież z wyjazdami za granicę to nie było tak jak jest teraz. Wyjeżdżać mogli tylko ludzie zaufani.
Czym się zajmowałeś w nowym miejscu pracy?
Zajmowałem się legalizacją tachografów. Miałem w tym kierunku skończony kurs, więc się na tym znałem. Andrzej Pryciak pracował na warsztacie jako elektryk. Jestem pewny, że byliśmy pod obserwacją, bo przecież SB wiedziała kim jesteśmy i co wcześniej robiliśmy.
Czy zaangażowałeś się w jakąś działalność opozycyjną?
Tak. Nawiązaliśmy kontakt ze Zbigniewem Rafalskim. Rafalski niby miał jakieś kontakty z podziemiem, ale nie chciał nas w nie wprowadzić. Myśmy się chcieli zaangażować, ale on trzymał nas na dystans. Może nie miał do nas zaufania? Chociaż do mnie to chyba miał, bo bywałem u niego w domu. Dostawałem różnego rodzaju materiały, które rozprowadzałem wśród znajomych. Naprawdę nie wiem dlaczego nie chciał nas wprowadzić w konspiracyjne struktury. Mówił, żebyśmy jeszcze poczekali. Może on też nie miał kontaktu z tymi strukturami? A może tu grały rolę jakieś inne względy. Nie wiem. Co by jednak nie mówić to do struktur konspiracyjnych nie zostaliśmy wprowadzeni. Będąc jeszcze pracownikiem delegatury poznałem człowieka – nazwiska dziś już nie pamiętam – i z tym człowiekiem już w stanie wojennym nawiązałem kontakt. Powiedziałem do Zbyszka Rafalskiego, że mam kontakt z Kielcami i że jest okazja, aby wejść w struktury regionalne. Z tym człowiekiem byłem umówiony w Kielcach na ulicy Sienkiewicza w EMPIK-u na konkretny dzień i godzinę. Do Kielc pojechałem z Andrzejem Pryciakiem. Poszliśmy na przystanek PKS w Starachowicach Dolnych, ale nie było autobusu. Postanowiliśmy, że wyjdziemy na ulicę Kielecką i pojedziemy jakąś okazją. Więc idziemy. Dochodzimy do przejazdu kolejowego i widzimy, że stoi tam SB-ek Aleksy Mazur!
- No to ładnie się zaczyna – pomyślałem sobie.
No, ale poszliśmy dalej. Na Kieleckiej złapaliśmy jakąś okazję i tym sposobem znaleźliśmy się w Skarżysku. W Skarżysku złapaliśmy drugą okazję i dojechaliśmy do Kielc. Przyszliśmy do EMPIK-u na umówioną godzinę, siedliśmy przy stoliku i czekamy. Nie trwało długo, gdy podeszła do nas kelnerka i poprosiła abyśmy przesiedli się do innego stolika, bo ten jest zarezerwowany. Przesiedliśmy się więc do stolika pod oknem. Czekaliśmy tak z pół godziny, ale ten z którym byliśmy umówieni nie przyszedł. Nie udało się więc nawiązać kontaktu i nasze starania o wejście w struktury regionalne spełzły na niczym W Starachowicach zaczęliśmy działać razem z panią Jolantą Bargiełowską z którą kontakt miał Andrzej Pryciak. U niej w domu drukowaliśmy ulotki. Ale wcześniej mieliśmy bardzo niebezpieczne spotkanie z SB-ekiem Mazurem. Dostałem skądś matrycę do drukowania ulotek. Była ona robiona chyba w FSC na narzędziowni. Była bardzo ciężka. Miałem ją u siebie w domu i trzeba ją było zanieść do Bargiełowaskiej. Wziąłem więc tę matrycę pod pachę Andrzej wziął papier i idziemy. Dochodzimy do Dolnych Starachowic, patrzymy a tam stoi SB-ek Mazur! Mówię do Andrzeja:
- Rozdzielamy się. Ja idę w tę stronę a ty w drugą.
Nie zatrzymał nas, ale jak myśmy go widzieli to i on nas widział. Mieliśmy do tego Mazura pecha. A może było tak, że ktoś na nas donosił? To nie mógł być przypadek, że spotykaliśmy go w takich okolicznościach.
Nie poszliście do Bargiełowskiej?
Poszliśmy. Spotkaliśmy się za stacją PKP i poszliśmy. Chociaż idąc mocno zastanawialiśmy się czy robić te ulotki czy nie. Zdecydowaliśmy jedna, że skoro już idziemy to będziemy drukować. Przy drukowaniu ulotek pomagał nam bratanek Bargiełowskiej Paweł. On chodził chyba do technikum. Był młodym chłopakiem. Było zimno i ulotki nie chciały schnąć. Porozkładaliśmy je w całej kotłowni – bo drukowaliśmy w kotłowni – ale schły bardzo wolno. Było tych ulotek bardzo dużo. W kotłowni było biało i czerwono bo drukowaliśmy je czerwoną farbą. Bargiełowska przyszła i aż się za głowę złapała, gdy to zobaczyła. Ktoś te ulotki później odebrał i przekazał do rozprowadzania.
Masz może jeszcze ulotki, które drukowałeś?
Nie, nie mam. Pożyczyłem je kiedyś Stanisławowi Kosiorowi na jakąś wystawę i do dnia dzisiejszego mi ich nie oddał. Szkoda, bo powinny być one w moich zbiorach. Powiem jeszcze o maszynie do pisania, którą zabrałem po wprowadzeniu stanu wojennego z delegatury. Maszynę tę przekazałem Ewie Markowskiej. Ktoś na niej pisał na niej ulotki. Nie wiem, kto to był, ale wiem, że maszyna była do tego celu wykorzystywana.
Skąd miałeś matrycę.
Nie wiem. Nie pamiętam, ale wydaje mi się, że przyniósł ją do mnie Andrzej Pryciak.
Ile razy drukowaliście ulotki u Jolanty Bargiełowskiej?
Jeden raz. Po wydrukowaniu ulotki zostały u niej, bo jak mówiłem nie schły i matryca też u niej została. Kto te ulotki potem zabrał nie wiem. Nie interesowałem się tym. Ale te ulotki pokazały się na mieście i nawet dotarły do mnie.
A kto napisał treść tych ulotek?
Nie wiem. Treść była na matrycy. Ktoś tę ulotkę na matrycy ułożył, więc może i tekst też był jego. Ta matryca była przygotowana do drukowania. My przy niej nic nie majstrowaliśmy tylko drukowaliśmy.
Czy oprócz drukowania ulotek robiłeś coś jeszcze?
Nawiązaliśmy kontakt z panią Janiną Purską. Wtedy żył jeszcze jej mąż doktor Andrzej Purski. Mieszkali oni w bloku koło szpitala. Spotykaliśmy się u nich w mieszkaniu i omawialiśmy różne sprawy. Purska była radcą prawnym u nas w MPK i w wielu sprawach prawnych nam pomagała. Purski podczas tych rozmów podtrzymywał nas na duchu. Innym rodzajem naszej działalności było malowanie różnych antykomunistycznych haseł na murach. Robiliśmy to oczywiście w nocy. Pamiętam jedną taką bardzo niebezpieczną akcję. Malowaliśmy podczas godziny milicyjnej na murze za PZU. Tam jest taki pasaż, są schody i dużo ludzi tam chodzi. Postanowiliśmy namalować właśnie tam. Mieliśmy pędzle, farbę w puszkach i malujemy ten mur. Ja malowałem pierwszy a Andrzej poprawiał drugi raz, aby było dobrze widać. Odwróciłem się a tu wiedzę, że idzie patrol. Szli we trzech z bronią. Zauważyli nas. Byli od nas bardzo blisko bo około dwadzieścia metrów. Rzuciliśmy się do ucieczki. A oni krzyczeli:
- Stój, bo strzelam.
Przestraszyliśmy się bardzo i ten strach dodał nam skrzydeł. Nie zatrzymaliśmy się i udało nam się uciec. Mogło być różnie mogli rzeczywiście strzelać. Akcji malowania było kilka.
Jaką treść miały hasła, które malowaliście?
Niestety dzisiaj już nie pamiętam.
Co jeszcze możesz powiedzieć o swojej działalności?
Ja się zaangażowałem także w pomoc charytatywną. Pomagaliśmy tym, którzy pomocy potrzebowali. Chodzi oczywiście o działaczy „Solidarności”. Mieliśmy pieniądze prawdopodobnie ze zbiórek w starachowickich zakładach i dawaliśmy zapomogi. Pamiętam, że daliśmy Dajewskiej. Ja osobiście byłem u niej dwa razy w domu i dałem jej pieniądze. Zapomogi dostawała też Nowakowa żona Krzysztofa Nowaka i Edward Imiela. Dużo pomagaliśmy Henrykowi Miernikiewiczowi a właściwie jego żonie, gdy on siedział w więzieniu. Jeździliśmy z Andrzejem na Michałów gdzie mieszkali i pomagaliśmy. Andrzej był poproszony nawet, aby był chrzestnym jego syna. Podawał tego syna do chrztu. Miernikiewicza z więzienia na kieleckich Piaskach przewieźli później do szpitala psychiatrycznego w Morawicy, gdy zaczął mieć problemy psychiczne spowodowane pobytem w więzieniu. Byliśmy z Andrzejem u niego w szpitalu. Miernikiewiczowi pomagaliśmy dużo, bo sytuacja jego rodziny była ciężka. On siedział w więzieniu a w domu żona została z czwórką małych dzieci. Dawaliśmy jej pieniądze a nawet drzewo na opał rąbaliśmy. Wspomagaliśmy także wiele innych osób, których nazwisk już dzisiaj nie pamiętam.
Gdy jednego razu wracałem od Dajewskiej po przekazaniu jej pieniędzy było późno. Był stan wojenny i była godzina milicyjna. Mieszkałem wtedy na Szlakowisku i idąc przechodziłem koło komendy milicji. Na wprost apteki na Staszica pojawił się patrol milicji. Zatrzymali mnie i pytają co tu robię. Zażądali okazania dokumentów. Powiedziałem, że przyszedłem do apteki po krople żołądkowe, bo mnie boli żołądek. Rzeczywiście wcześniej te krople kupiłem w tej aptece, aby mieć alibi dlaczego chodzę po mieście w czasie trwania godziny milicyjnej. Miałem szczęście, że ta apteka miała akurat dyżur nocy, dlatego uwierzyli w moje tłumaczenie i mnie puścili każąc iść szybo do domu. Miałem szczęście.
Czy brałeś udział w manifestacji, która odbyła się w Starachowicach 31 grudnia 1982 roku?
Tak brałem w tej manifestacji udział. Na manifestacji „namierzył” mnie ORMO-wiec z którym chodziłem do szkoły. Nazywał się Piotr Majewski. Gdy pochód przechodził stał na górce na skrzyżowaniu ulicy Kościelnej z Aleją Manifestu Lipcowego i groził mi palcem. Doszliśmy do kościoła tam była modlitwa na klęczkach a później zejście na Rynek. Tam manifestacja się skończyła.
Czy miałeś z powodu uczestnictwa w manifestacji jakieś problemy? Bo przecież ORMO-wiec cię widział.
Obawiałem się tego. Później głośno było w Starachowicach, że milicja robiła zdjęcia i na komendzie osoby biorące udział w manifestacji były rozpoznawane i karane. Mnie nie tylko mogli sfotografować, ale na dodatek widział mnie ORMO-wiec. Ale jednak chyba mnie nie „podkablował” bo mnie się za udział w manifestacji nie czepiali.
No to ci się udało.
Dodam, że po zamordowaniu księdza Popiełuszki jeździliśmy do Warszawy na msze, które były odprawiane w jego kościele to znaczy w kościele po wezwaniem Świętego Stanisława Kostki. Wynajmowaliśmy autokar na wyjazd do teatru a w rzeczywistości jechaliśmy do kościoła na mszę. Tak trzeba było robić, bo na wyjazd na mszę nikt by nam autokaru nie wynajął. Brałem udział w poświęceniu sztandaru „Solidarności” z FSC. Odbyło się to poświęcenie w kapicy na Majówce. Nie było to podczas mszy, ale podczas takiej krótkiej uroczystości. Było tam wielu działaczy „Solidarności” ze Starachowic. Między innymi Ewa Markowska. To było oczywiście zrobione potajemnie, bo przecież inaczej być nie mogło.
Jak Ci się pracowało w PKS-ie?
Gdy pracowałem w PKS-ie to jak mówiłem byliśmy cały czas obserwowani. Ale przynosiliśmy do pracy ulotki je rozprowadzaliśmy. Trzeba powiedzieć, że co miesiąc mieliśmy w pracy spotkania z SB-ekami. Był telefon, że mamy zgłosić się do sekretariatu. Wiedzieliśmy, że przyjechali panowie z Kielc z SB i będziemy mieli rozmowę z nimi. Te rozmowy polegały na tym, że ostrzegali nas abyśmy nie prowadzili żadnej nielegalnej działalności. Po za tym były propozycje współpracy z nimi.
Namawiali cię abyś został tajnym współpracownikiem?
Tak. Mówili mi, aby sobie wybrał jakiś pseudonim, że będziemy się spotykać na mieście i rozmawiać o tym, co się w firmie dzieje. SB-ek kusił, że załatwi mi tak zwane objazdówki. Objazdówka to był wyjazd na Bliski Wschód. Tam była strefa dolarowa, więc bardzo opłacało się tam jechać. Ale nie każdy mógł jechać. Jeździli tylko wybrańcy. Dostawali diety w dolarach, więc się opłaciło. Po za tym SB-ecy kusili mnie awansem. Nigdy nie zgodziłem się na żadną współpracę. Nawet byłem oburzony, że mi takie propozycje składają.
Dokąd pracowałeś w PKS-ie?
W roku 1987 starałem się o wyjazd na kontrakt za granicę z Exbudu Kielce. W tym czasie do PKS-u przyszedł nowy dyrektor, którym był nasz znajomy z MPK Proskura. Jego zastępcą został facet z centrali PKS, który nazywał się Krzysztof Młodzik. To był współpracownik SB. Ścigał mnie strasznie. Gdy on przyszedł do PKS to ja miałem z nim przechlapane. Czepiał się mnie na każdym kroku. Wszelkimi sposobami chciał mnie na czymś niedozwolonym przyłapać. Złożyłem do zakładu podanie o urlop bezpłatny i bardzo się zdziwiłem bo mi tego urlopu udzielono. Miałem poważne obawy czy dyrektor Proskura zgodzi się na mój wyjazd za granicę, bo przecież wiedział kim ja jestem. Z drugiej jednak strony kombinowałem, że mają świetną okazję pozbyć się mnie z zakładu więc może mi ten urlop dadzą. I okazało się, że dali. Wnioskowałem o rok bezpłatnego urlopu i tyle mi Proskura podpisał. Pojechałem więc w delegację do Niemiec. Pracowałem w tych Niemczech a ponieważ byłem dobrym pracownikiem mogłem pracować dłużej niż rok. Złożyłem więc do PKS kolejne podanie o kolejny roczny urlop. Jednak tego podani Proskura mi już nie podpisał. Więc już nie pojechałem. Wróciłem do zakładu, ale już nie na stanowisko legalizacji tachografów, ale na halę jako mechanik samochodowy. Była to dużo gorsza robota i po pół roku sam się z PKS zwolniłem. Powodem to w zasadzie nie była gorsza praca, ale szykany pana Młodzika. On podejrzewał mnie, że podrobiłem plombownicę do plombowania tachografów. W sprawę zaangażował się Służba Bezpieczeństwa. Uważam, że to była z ich strony prowokacja, aby zmusić mnie do współpracy. Mówili do mnie, że jeżeli będę grzeczny to sprawy z podrobieniem plombownicy nie będzie. Miałem z powodu tej plombownicy poważne problemy. Musiałem chodzić na komendę i się tłumaczyć, że ja żadnej plombownicy nie podrabiałem. Udowadniałem, że ja nie mam możliwości żeby taką plombownicę zrobić, na co oni odpowiadali, że ja mam duże znajomości to mógł mi zrobić ktoś, kto pracuje w FSC. Ponieważ nic mi nie mogli udowodnić to po jakimś czasie umorzyli sprawę. Ale po tym wszystkim ja już miałem dość pracy w PKS. Wiedziałem, że znowu będą mi utrudniać życie. Na szczęście byłem w dobrej sytuacji, bo będąc na kontrakcie w Niemczech zarobiłem trochę grosza, więc postanowiłem odejść z firmy i otworzyć własną działalność gospodarczą. Kupiłem starego Wartburga i zacząłem handel obwoźny.        
Jak oceniasz to, co się działo w latach 1980-1981?
Uważam, że to były lata przełomowe w najnowszej historii Polski. Ludzie dość mieli rządów PZPR i chcieli zmian. Ludzie mieli dość tego, że jedni byli uprzywilejowani a inni byli spychani na margines. Ten, kto należał do PZPR miał przywileje wszędzie nawet w pracy. Ja pracując w MPK byłem kilkakrotnie namawiany, aby zapisać się do partii, ale zawsze odmawiałem. Nie chciałem do tej organizacji należeć. Ale z tego powodu nigdy nie awansowałem a miałem skończone technikum. Inni z takim samym wykształceniem awansowali zostawali majstrami i brygadzistami a ja nie. No, ale oni należeli do PZPR. Na własnej skórze doświadczyłem, co to znaczy być lub nie być w partii. Takich jak ja były miliony. Ale w roku 1980 przelała się czara goryczy i ludzie powiedzieli dość.
To teraz powiedz jak oceniasz stan wojenny?
Moim zdaniem to była dla Polski katastrofa. Zniszczono nie tylko „Solidarność”, ale wielu ludzi. Pamiętamy zabitych w kopalni „Wujek”, zamordowanych księży w tym księdza Jerzego Popiełuszkę. Stan wojenny to było zło. Nie mogę się pogodzić z tym, że Polak Polakowi zgotował ten los.
Co robiłeś po 1989 roku? Wtedy była już demokracja.
Nie miałem już wtedy jakichś ściślejszych związków z „Solidarnością”. Owszem brałem udział w różnych uroczystościach patriotycznych i solidarnościowych, ale to było tylko tyle. Zaangażowałem się za to politycznie. Działałem w Ruchu Odbudowy Polski (ROP) później w Lidze Polskich Rodzin, bo zawsze miałem i mam poglądy prawicowe. Gdy byłem w ROP to byłem nawet w zarządzie wojewódzkim tej partii.
Co chciałbyś powiedzieć na zakończenie naszej rozmowy?
Nie żałuję niczego w czym brałem udział. Gdyby sytuacja się powtórzyła to robiłbym to samo co wtedy. Poglądy polityczne mi się nie zmieniły. Biorę udział we wszystkich uroczystościach patriotycznych. W tej chwili jestem na emeryturze. Życie mam spokojne. Miło powspominać dawne czasy. Miło się spotkać z kolegami z którymi się działało. Staram się żyć normalnie.
Dziękuję za rozmowę.
Styczeń 2016