Zmień na ciemny motyw
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2018-06-24T17:41:29+02:00
Nie 24 Cze, 17:41
Moje wspomnienia
Moje wspomnienia
Michał Krzyżowski
Przewodniczący Komisji Wydziałowej
NSZZ „Solidarność” w FSC w latach 1980-1981
Moja przygoda z Solidarnością zaczęła się pewnego sierpniowego poranka 1980 roku w Gdyni, kiedy to, jako 25 letni chłopak znalazłem się niespodziewanie na początku sierpniowych wydarzeń spontanicznie rodzących się na Wybrzeżu. Wtedy to właśnie rozpoczął się krótki okres prawdziwej niczym niezmąconej wolności, solidarności i szacunku między ludźmi. Ludzie przestali się bać wyszli z podziemia, ujawniali swoje skrywane dotąd możliwości twórcze i organizacyjne. Na pniu rodzili się nowi liderzy związkowi. Nikt jednak nie przypuszczał, że to wszystko może kiedyś się skończyć brutalnym wprowadzeniem stanu wojennego. Dzisiaj z perspektywy upływającego czasu mam już olbrzymi dystans do tamtych wydarzeń i  uważam, że czas ten został zmarnowany, a niektórzy ludzie ze związku zawiedli. Winien jest temu stan wojenny, który wyeliminował na zawsze najlepsze kadry związku a zostawił obecnych liderów, z których większość nigdy do „Solidarności” trafić nie powinna. Mnie jest dzisiaj wstyd za Wałęsę oraz naszych lokalnych działaczy, za „odwróconych” związkowców bratających się z komunistami przy Okrągłym Stole i nie tylko.
 
Wybrzeże – początek wydarzeń sierpniowych 1980 r.
 Był wczesny słoneczny poranek 13 sierpnia 1980r, kiedy wraz z ojcem wysiedliśmy na dworcu głównym w Gdyni. Nawet do głowy nam wtedy nie przyszło, że będziemy świadkami rodzącego się buntu społeczeństwa do ówczesnej komunistycznej władzy. Tak jak zawsze po przyjeździe do Gdyni kupiliśmy bilety autobusowe i skierowaliśmy się na przystanek znajdujący się naprzeciwko hali targowej. Dochodziła już godzina dziewiąta i zdziwiło nas, że w ogóle nie kursuje żadna komunikacja miejska. Jedynie zielone wojskowe ciężarówki przeznaczone do przewozu osób czasami podjeżdżały na przystanek zabierając niewielkie grupki ludzi. Zaniepokojony tą sytuacją podszedłem do przypadkowego przechodnia stojącego na przystanku i zapytałem, co się dzieje, że nie kursują autobusy ani taksówki. Przechodzień odpowiedział mi, że w całym Trójmieście zaczął się strajk i lada moment może stanąć też kolej podmiejska Nie widząc innego wyjścia ruszyliśmy na piechotę w kierunku – już wtedy historycznego – mostu, na którym w 1970r od kul karabinów maszynowych wojska i milicji zginęło wielu stoczniowców udających się do pracy. Po drodze mijaliśmy zajezdnię autobusową, znajdującą się na przeciwko dworca głównego w Gdyni. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem po raz pierwszy na własne oczy, prawdziwy robotniczy strajk, unieruchomione w zajezdni autobusy oraz ludzi w biało-czerwonych opaskach stojących przy bramie wjazdowej zajezdni. Był to dla mnie niesamowity widok. Nigdy wcześniej nic takiego na żywo nie widziałem. O takich wydarzeniach zawsze dowiadywałem się z Radia Wolna Europa. Z dotarciem na piechotę do miejsca zamieszkania mojej siostry był kłopot, bowiem mieszkała ona w dzielnicy wojskowej na ulicy Dicmana. Od dworca było tam około 12 km. Dopisało nam jednak szczęście, bo udało nam się zatrzymać żółtego malucha, który nas tam dowiózł. Jadąc prawie pustymi ulicami mijaliśmy w pewnej odległości bramę Stoczni Komuny Paryskiej. Z okna samochodu widać było niewielkie grupy ludzi stojących przy bramie wejściowej oraz grupy stoczniowców w biało-czerwonych opaskach stojących po drugiej stronie ogrodzenia. Wydaje mi się, że przed bramą stały też jakieś furmanki, a sama brama była obłożona workami z piaskiem czy czymś podobnym. Po dotarciu na Oksywie okazało się, że jest tam spokojnie. Nie wyczuwało się żadnego napięcia. Życie biegło normalnie. Kilka dni po chrzcinach siostrzenicy – była to chyba niedziela – postanowiliśmy niezwłocznie wracać do Starachowic ponieważ po Gdyni krążyły pogłoski o rychłym rozszerzeniu się strajku na PKP i że miasto może zostać odcięte wojskową blokadą. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Coraz więcej zakładów pracy przystępowało do strajku, a lada moment miała stanąć kolej podmiejska.  Udało się nam złapać taksówkę, które nielicznie ale jeszcze kursowały i udaliśmy się na dworzec główny w Gdyni. Przejeżdżając ponownie koło bramy gdyńskiej stoczni zauważyłem, że ludzi jest o wiele więcej, a wokół płotu wystawione są warty stoczniowców. Wyczuwało się w powietrzu jakiś niepokój, bo nad terenem stoczni latał nisko dwupłatowy samolot, który najpierw wyrzucił sondę, a potem rozrzucał nad stocznią ulotki. Był dość duży wiatr i większość tych ulotek nie trafiała na teren stoczni, więc samolot kilkakrotnie zawracał i ponownie wyrzucał całą masę ulotek. Poprosiłem taksówkarza, aby się zatrzymał na chwilę. Wysiadłem z samochodu i wziąłem z ziemi kilka ulotek wielkości połowy kartki z zeszytu. Okazało się, że był to apel władz partyjnych o nieuleganie strajkowym prowokatorom, a stoczniowcom obiecywano podwyżki w wysokości dwóch tysięcy zł na głowę. Część ulotek zatrzymałem dla siebie, a część dałem taksówkarzowi. Udało się nam spokojnie dojechać na dworzec w Gdyni. Kiedy pociąg ruszył i mijaliśmy Gdańsk zauważyłem na płocie okalającym Stocznię Gdańską biało-czerwone flagi. Jednak z okna pociągu niewiele było widać, bo co trochę teren stoczni zasłaniały budynki. Mimo że wydarzenia w Trójmieście przybierały na sile to w państwowych mediach nadal była całkowita blokada informacji na ten temat. Podróż powrotna do Starachowic odbyła się bez przeszkód. Po przyjeździe zobaczyłem w naszym mieście całkiem inny małomiasteczkowy świat. Spokojny, leniwy i nudny, nie zdający sobie nawet z sprawy tego, co się na Pomorzu rozpoczynało.  
Początek „Solidarności” na wydziale S-4
Kiedy tylko dowidziałem się, że w drewnianym budynku PAX przy ul Marszałkowskiej w Starachowicach Edward Imiela zaczął organizować pierwsze w mieście komórki związkowej „Solidarności” z zadowoleniem i entuzjazmem zacząłem w tych spotkaniach uczestniczyć. Po zakończeniu strajków i podpisaniu porozumień można było już w sposób legalny zakładać komisje wydziałowe w zakładach pracy. Pamiętam, że w FSC było to różnie na poszczególnych wydziałach. Jedna z pierwszych komisji powstała na wydziale S-7 a potem przyszła kolej na S-4. Zostałem przewodniczącym komitetu założycielskiego na naszym wydziale. Żeby związek zaczął działać należało o tym fakcie powiadomić kierownika wydziału. Kierownikiem wydziału S - 4 był Andrzej Śliwa. Udałem się do niego w pojedynkę i poinformowałem, że na wydziale S-4 będzie organizowany związek zawodowy Solidarność. Nigdy w życiu nie spodziewałem się tak ostrej reakcji. W chwili, kiedy poinformowałem go o takiej decyzji w powietrzu zaczęły „fruwać” niecenzuralne słowa. Trwało to jakieś 10 minut. Myślałem, że wyrzuci mnie z hukiem z gabinetu, bo nawet nie dawał mi dojść do słowa. Widocznie obawiał się, że z tego powodu może mieć poważne kłopoty w dyrekcji fabryki. Jednak po jakimś czasie kierownik uspokoił się i zapytał czy my w S-4 jesteśmy pierwsi w fabryce, którzy zamierzają tworzyć „Solidarność”. Powiedziałem mu, że wcześniej taka inicjatywa powstała na wydziale S7. To kierownika Śliwę uspokoiło i spokojnie przeszliśmy do konkretów. Wtedy zadeklarował pomoc i zapytał, jakie mamy oczekiwania i od czego chcemy na wydziale zacząć. Poprosiłem go o lokal (była to świetlica) gdzie moglibyśmy się spotykać oraz o możliwość skorzystania z maszyny do pisania i paru innych drobnych rzeczy. Szybko utworzyliśmy komitet założycielski, którego jak już wspomniałem zostałem przewodniczącym. W skład komitetu założycielskiego weszli: ja, czyli Michał Krzyżowski, Władysław Jodko, Józef Gałęza i chyba Tadeusz Plewa (może był ktoś jeszcze, ale było to dawno i nie wszystko pamiętam). Później sprawy poszły szybko. Większość ludzi na wydziale bez wahania zapisało się do nowego związku. Do samego stanu wojennego na wydziale odbywała się normalna działalność związkowa. Współpraca komisji wydziałowej z kierownictwem układała się w miarę dobrze. Większość spraw związkowych dotyczących samego wydziału była załatwiana przez kierownika Śliwę od ręki.
Początek stanu wojennego – pierwsze dni w domu i pracy
13 grudnia 1981r obudziłem się dość wcześnie i jak pamiętam miałem trochę zaległości w czytaniu prasy związkowej, bo tydzień wcześniej wróciłem z kuracji z Muszyny. Wziąłem się, więc za przeglądanie i czytanie artykułów w „Tygodnikach Solidarność”. Około ósmej rano włączyłem telewizor i okazało się, że brak jest programu. Radio też nie działało. Żadne wieści, więc do mnie nie dotarły i nie miałem pojęcia, że od paru godzin wprowadzony jest stan wojenny. Dopiero o godzinie dziewiątej, po wysłuchaniu Jaruzelskiego uświadomiłem sobie, co się tak naprawdę stało. Ponieważ telefony też nie działały nie wiedziałem, że w mieście były jakieś aresztowania. Dalszą część dnia spędziłem przed radiem słuchając Radia Wolna Europa. Tam też niewiele wiedzieli o sytuacji w Polsce, ale informowali, że lotniska są odcięte i że samoloty nie lądowały. Mówili o pozamykanych przejściach granicznych i niedziałających telefonach. Dopiero ze strzępków informacji z Radia Wolna Europa dowiedziałem się o pierwszych aresztowaniach działaczy Solidarności, ale nie było wiadomo, na jaką skalę zostały one przeprowadzone. W poniedziałek rano jak zwykle wyszedłem na przystanek i autobusem dostałem się do pracy. Pamiętam, że był wtedy siarczysty mróz. Po przybyciu na wydział w przejściu pomiędzy hartownią a wydziałem S-4 natknąłem się na kierownika wydziału Andrzeja Śliwę. On sam też nie bardzo wiedział, co tak naprawdę się stało, bo kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego przyjechał z Włoch. Porozmawialiśmy trochę o jego pobycie we Włoszech i jak pamiętam tak naprawdę każdy z nas nie bardzo wiedział, co ma dalej robić. Cała ta sytuacja zaskoczyła nas kompletnie i nikt nie był przygotowany na taką ewentualność. Poprzez kontakty pomiędzy związkowcami pracującymi na pierwszej zmianie ustaliliśmy listę aresztowanych. Okazało się, że zamknęli całe Prezydium Komisji Fabrycznej „Solidarności”. Na drugi dzień decyzją dyrekcji zmieniono kierowników wydziałów. Kierownikiem wydziału S – 4 został Andrzej Machowski dotychczasowy kierownik wydziału S- 7. Pierwsze tygodnie stanu wojennego to dość ciężki okres dla działaczy związkowych, ale pomału zaczęliśmy się organizować w podziemne struktury i wszystko zaczęło funkcjonować tylko, że w sposób nieformalny. Koledzy wspominali, że na początku stanu wojennego kierownicy chodzili w wojskowych mundurach. Ja sobie tego nie przypominam, ale być może tak było. Pamiętam tylko, że pokazały się pierwsze dokumenty stanu wojennego dotyczące militaryzacji zakładu oraz, że podpisywaliśmy jakieś nowe angaże z tym związane. W niektórych publikacjach pojawił się temat agentury w zakładzie zarówno przed i po wprowadzeniu stanu wojennego. Ja osobiście pamiętam jedno takie zdarzenie, jeszcze na długo przed wprowadzeniem stanu wojennego, które utkwiło mi w pamięci. Był rok 1978 lub 1979. Pracowałem wtedy w kontroli jakości na wydziale P-4 między innymi z Józefem Karwackim i Zdzisławem….  Pracował też z nami ormowiec Krygiel. Starsi koledzy ostrzegali mnie, aby przy nim nie rozmawiać na tematy niewygodne, bo mu nie ufali. Pewnego razu w umyślnie sprowokowanej przy Kryglu dyskusji poruszaliśmy tematy, ale takie które były zgodne z „linią partyjną”. Zaraz po skończonej naszej dyskusji w przypływie szczerości Krygiel niespodziewanie wyjął z kieszeni fartucha miniaturowy magnetofon szpulowy wielkości papierośnicy i odtworzył nam wcześniejszą rozmowę. Magnetofon jak na tamte czasy robił duże wrażenie, co do małych rozmiarów i ostrości głosu. Wprawdzie rozmową tą ormowiec nigdzie pochwalić się nie mógł, ale uświadomił nam, że możliwości podsłuchiwania ludzi w fabryce istnieją i że na pewno są stosowane chociaż był to czas, kiedy władza komunistyczne nie była jeszcze zagrożona.
Adam Mazur oraz kolportaż ulotek na wydziale S4
Podczas swoich wspomnień Adam Mazur pominął jeden bardzo istotny fakt, który mógł poważnie zaważyć na jego wyroku. Na trzy dni przed jego aresztowaniem, było to chyba w piątek wieczorem, podjechałem taksówką do mieszkania Adama przy ul. Zakładowej i obaj wyczyściliśmy jego mieszkanie z prasy podziemnej, drukarki ręcznej i maszyny do pisania. Wszystko to zostało przewiezione w nieznane mi miejsce taksówką. Zrobił to mój kolega Władysław Jodko były członek komitetu założycielskiego na wydziale S-4. Władysław Jodko wyjechał potem do Australii i nie miałem z nim więcej kontaktu. Jak się później okazało przy poniedziałkowej rewizji towarzyszącej zatrzymaniu Adama Mazura, milicja nic w mieszkaniu nie znalazła, dlatego samo aresztowanie i późniejszy akt oskarżenia były oparte na podstawie domniemanej winy. Jak mi później opowiedział brat Adama, wyrok skazujący był z góry ustawioną parodią wymiaru sprawiedliwości. Chociaż Adam Mazur do niczego się nie przyznał i nic mu nie udowodniono wyrok zapadł, bo taka była wtedy wola polityczna komunistycznych decydentów. Chodziło po prostu o pokazówkę dla przestraszenia innych. Z kolportażem ulotek na wydziale S4 było tak, że na początku otrzymywałem je albo z wydziału S-3 albo z S-7 od kogoś z byłej komisji wydziałowej, której przewodniczącym był Adam Krupa. W tym czasie byłem pracownikiem placówki hartowni S-4 i całość materiału przechowywałem w pomieszczeniu z butlami amoniaku. Było to dobre miejsce, bo nikt tam bez maski wejść nie mógł. Jednak po jakimś czasie zostałem ostrzeżony przez mistrza Mieczysława Jarosza, że jestem namierzany i dobrze by było abym się nie oddalał ze stanowiska pracy. Taką informację mistrz otrzymał od kierownika wydziału pana Machowskiego. Po rozmowie z Adamem Mazurem postanowiliśmy, że to on zajmie się organizowaniem kolportażu, ponieważ jako dyspozytor czy mistrz ma większe możliwości poruszania się po wydziale. O tym, że prasa podziemna krążyła po wydziale S-4 wiedzieli chyba wszyscy. Podejrzewam, że większość ludzi wiedziała też, kto się tym zajmuje. Sam Adam Mazur powiedział mi kiedyś, że przy pakowaniu gazetek nakrył go zastępca kierownika wydziału Tadeusz Matyjasik, ale zachował się tak jakby nic nie widział. Pewnego razu któryś z naszych dowcipnisiów wsadził do teczki z kanapkami cały plik ulotek i gazetek podziemnej „Solidarności” sekretarzowi oddziałowej organizacji PZPR Aleksandrowi Guzakowi a ten nieświadom niczego poszedł z tymi ulotkami do domu. Przyszedł chłopina do mnie na drugi dzień wystraszony i mówi, że co by było, gdyby go tak na bramie złapali. Przeprosiłem człowieka i zapewniłem, że się to nigdy nie powtórzy. Przyjął to do wiadomości, ale teczki z kanapkami już na wierzchu nie zostawiał. Podejrzewam, że samo aresztowanie naszych kolegów były planowane z wcześniej przyjętego przez ubecję klucza. Nie wierzę, żeby planując akcję aresztowania kogokolwiek jego mieszkanie nie było wcześniej obserwowane. Przecież wtedy z Władysławem Jodką nie wiedzieliśmy, że Adam Mazur będzie aresztowany, a cała akcja z oczyszczeniem mieszkania odbyła się bez problemów. Sama rewizja w poniedziałek była dla milicji już tylko musztardą po obiedzie. Gdyby obserwowali wtedy mieszkanie mieli by nas wszystkich jak na dłoni przyłapanych na „gorącym uczynku”. Dlatego uważam, że gdyby tak naprawdę chcieli pozamykać wszystkich, którzy brali udział w procederze kolportażu podziemnej prasy nie skończyłoby się tylko na tych kilku osobach. Wtedy partia i ubecja dysponowała lojalnymi dla władzy szeregowymi członkami PZPR oraz dziesiątkami ormowców zatrudnianych na wydziałach.  Wszyscy ci ludzie w mniejszym czy większym stopniu doskonale wiedzieli, co się na produkcji działo i co robili działacze zawieszonej „Solidarności”. Podejrzewam, że i kierownicy wydziałów też wiedzieli, ale przymrużali na to wszystko oko.
Józef Gałęza oraz rozbicie Komisji Wydziałowej
Józef Gałęza był najstarszym członkiem komisji wydziałowej wydziału S-4. Pracował w komisji tak samo jak każdy z jej członków, dlatego jego wcześniejsza przynależność do PZPR wcale mi nie przeszkadzała. Niestety historia tak się potoczyła, że pan Józef Gałęza z całej komisji w stanie wojennym najbardziej ucierpiał. Zaraz po wpadce i aresztowaniu Adama Mazura i jego kolegów liczyliśmy się z tym, że i nas nie zostawią w spokoju. Dopóki sekretarzem wydziałowej organizacji partyjnej był Józef Gorszkow, mój kolega z lat szkolnych, nic nam specjalnie nie groziło. Byliśmy na bieżąco informowani, jakie są zamiary władzy wobec nas członków byłej komisji wydziałowej „Solidarności”. Józef Gorszkow stanowczo opierał się naciskom z komitetu zakładowego PZPR, aby z nami zrobić porządek. Jednak w pewnym momencie towarzyszom z komitetu zakładowego PZPR skończyła się cierpliwość i Józefa Gorszkowa zdjęli ze stanowiska sekretarza, a przywrócili na nie starego komunistę Ryszarda Lubienieckiego. Wtedy wszystko poszło gładko. Cała komisja została rozbita poprzez poprzenoszenie jej członków na inne wydziały fabryki. Było to 1 października 1982r. Na wydziale S-4 został tylko Edward Słyk. Ja wylądowałem na wydziale nadwoziowni P-5. Józef Gałęza trafił chyba na wydział P2. Jednak nie napracował się tam długo, bo zwolnili go karnie z § 52 za spożywanie alkoholu w czasie pracy. Moim zdaniem była to zaplanowana prowokacja. Kiedy Józef Gałęza powiedział mi o tym wszystkim poprosiłem Michała Szczechurę, wtedy prawnika Urzędu Miasta, aby prywatnie pomógł Gałęzie w odwołaniu się od decyzji dyrekcji fabryki. Michał Szczechura zajął się sprawą na tyle skutecznie, że dokonał rzeczy prawie niemożliwej. Po prawie roku i kilku sprawach w Kieleckim Sądzie Pracy Józef Gałęza wygrał sprawę z FSC. Sąd Pracy nakazał przywrócenie go do pracy w FSC na stanowisko takie, jakie ostatnio zajmował oraz nakazał wypłacenie odszkodowania za okres pozostawania bez pracy. Józef Gałęza wrócił do pracy jednak nie na długo. Jego sprawa trafiła do Sądu Najwyższego w Warszawie, a ten stanął po stronie FSC i Józef Gałęza został ponownie zwolniony z fabryki. Był to dramat dla tego człowieka, jednak nic więcej już nie dało się w tym temacie zrobić. Dlatego uważam, że opinie o tym człowieku nie są do końca sprawiedliwie. Jak każdy z nas chciał zmian i nawet jego przynależność do partii nie zmieniła jego charakteru. Robił to, co mógł i co najważniejsze z własnej nieprzymuszonej woli. Mogą o tym świadczyć jego przeżycia ze stanu wojennego, gdy stracił najwięcej a przyczynili się do tego jego niedawni partyjni koledzy z PZPR. Gdy trafiłem na wydział nadwoziowni P-5, na początku spotkałem się z nieufnością nadzoru, który miał polecenie aby bacznie mi się przyglądać. Jednak i tam poznałem uczciwych ludzi między innymi pana Pazdrę kierownika zmianowego. Mnie nie przeszkadzało to, że był w PZPR a jemu, że jestem z solidarnościowej zsyłki.  Zawsze, gdy go o coś poprosiłem szedł mi na rękę i starał mi się pomóc. Po upływie terminu wypowiedzenia 31.01.1983r. rozstałem się z fabryką. Początkowo miałem duże trudności ze zdobyciem pracy. Chodziłem od firmy do firmy pytając o pracę i chociaż udawało mi się ją znaleźć, zawsze, gdy na drugi dzień poszedłem załatwiać formalności odprawiano mnie z kwitkiem. Prawdopodobnie byłem wtedy na cenzurowanym i ktoś mi utrudniał znalezienie pracy w Starachowicach. Jednak, gdy w lutym 1983r zatelefonowałem do kadr w ciepłowni ZEC – wtedy zakładu podlegał pod WPEC Kielce – tam bez problemów zgodzili się mnie przyjąć i tym sposobem pracuję tam do dzisiaj. Firma od 1992r jest już Spółką Miejską ZEC. Jak widać z moich wyjaśnień informacja o moim przejściu do Wodociągów Miejskich nie była do końca ścisła.   
Kulisy jednego z wydziałowych strajków
Chociaż w stanie wojennym strajków było wiele to utkwiło mi w pamięci tylko jedno zdarzenie ze strajkiem związane. Przygotowywaliśmy się do godzinnego ogólnokrajowego strajku biernego. Ponieważ pracowałem na hartowni to nie za bardzo można było zademonstrować swoją postawę. Był to ruch ciągły dlatego wygaszenie i ponowny rozruch pieców hartowniczych musiałby potrwać jakieś kilkanaście godzin. Dlatego uzgodniliśmy z elektrykami Witkowskim i Wesołowskim obsługującymi rozdzielnię elektryczną hartowni S-4, że po cichu na okres strajku odłączą w rozdzielni prąd od pieców hartowniczych. Pozwoliłoby to nam przez godzinę mieć przestój, który w rzeczywistości byłby strajkiem. Jednak widocznie coś przeciekło do dyrekcji czy kierownictwa wydziału, bo na pięć minut przed strajkiem na hartowni zjawili się kierownik wydziału Machowski i dyrektor techniczny FSC Jaworski. Ponieważ wszystko było już przygotowane prąd został wyłączony, ale ci dwaj w niczym się nie zorientowali. Stali i obserwowali nasze zachowania. Taka sytuacja trochę mnie zirytowała dlatego postanowiłem obydwu panom zrobić przykrego psikusa. Podszedłem do suwnicy i podniosłem klapę retorty, w której znajdował się amoniak. Żrący gaz szybko wydostał się z retory i zalał całą hartownię. Kto żyw zaczął uciekać. Ja stojąc w przewiewnej bramie miałem przyjemność oglądać dyrektorsko-kierowniczy sprint z hartowni godny wyników olimpijskich. Po tym zdarzeniu trochę ludzi ucierpiało. Ja za ten incydent zostałem ukarany naganą czy upomnieniem, ale warto było, bo niechcianych obserwatorów z hartowni przegoniłem.
Podziękowanie  
Na zakończenie moich wspomnień chciałem serdecznie podziękować Panu Janowi Sewerynowi za ogromną pracę, jaką wykonał dla utrwalenia historii zakładowej „Solidarności” i losów ludzi z nią związanych. Mam osobistą satysfakcję, że to, co się kiedyś nieśmiało zaczęło na naszym wspólnym wydziale S-4 Pan Jan kontynuował w sposób profesjonalny z dużym zaangażowaniem i rozmachem.
Michał Krzyżowski
 
2018-06-12T19:14:06+02:00
Wt 12 Cze, 19:14
Michał Krzyżowski
2018-06-12T19:13:46+02:00
Wt 12 Cze, 19:13
Wywiad Jana Seweryna Waldemarem Witkowskim
2018-06-12T19:12:37+02:00
Wt 12 Cze, 19:12
Wywiad Jana Seweryna z Michałem Krzyżowskim

Wywiad
Jana Seweryna
z
Michałem Krzyżowskim
 
Nie jestem pewien, czy Pan wie, że zmarł Adam Mazur.
O tego nie wiedziałem.
Tak. Wczoraj był pogrzeb.
Odkąd wyjechał do Ameryki to jakoś nie udało mi się z nim spotkać. Czy pan wie, że on, jako młody chłopak siedział w więzieniu?
Mazur siedział w więzieniu?
Tak. Siedział chyba dwa lata, bo chciał nielegalnie przekroczyć granicę.
Co Pan może powiedzieć o nim więcej?
Gdy była ta słynna wpadka, skutkująca aresztowaniem chłopaków z P-4 to razem z Jodką wyczyściliśmy jego mieszkanie z niebezpiecznych elementów. Bo Adam miał maszynę do pisania i taką ręczną drukarkę. Wszystko to, jak również jakieś papiery wynieśliśmy razem z Jodką – który był taksówkarzem i w FSC już nie pracował – z mieszkania Adama i Jodko zawiózł to, o ile sobie przypominam, do przewodniczącego wydziału TU. W stanie wojennym na nasz wydział czyli na S-4 też przychodziły nielegalne gazetki, takie jak „Tygodnik Mazowsze”, „KOS” i inne. Dostawałem te gazetki z wydziału P-4 i z S-3. Jak pan pamięta pracowałem wtedy na hartowni. Tam była placówka azotonasiarczania i pomieszczenie w którym stały butle z gazami. Tam można było wejść tylko w masce i właśnie w tym miejscu trzymałem te gazetki. Kiedyś sortowałem gazetki i nagle spojrzałem w okno i zobaczyłem, że idzie dyrektor Jaworski. Serce mi struchlało. Ale na szczęście poszedł dalej. O tym, jak pogoniłem dyrektora Jaworskiego i kierownika Machowskiego piszę w moich wspomnieniach, które panu przekazałem.
Niech mi Pan powie, jak w grupie, która zakładała „Solidarność” w wydziale S4 znalazł się Józef Gałęza. Pan w swoich wspomnieniach wystawił mu dobrą opinię, ale ja na jego temat mam inne zdanie. On był mistrzem na placówce, na której ja pracowałem i z tego co pamiętam był arogancki w stosunku do pracowników. Ponadto należał do PZPR. Według mnie nie powinien znaleźć się w gronie osób tworzących „Solidarność”.
Najpierw był komitet założycielski, a później wybory Komisji Wydziałowej. Były to demokratyczne wybory i Gałęza został demokratycznie wybrany. Tak ludzie zagłosowali. Co by nie mówić to ja do niego żadnych zastrzeżeń nie miałem. Wcześniej go nie znałem. Poznałem go dopiero wtedy, gdy wszedł do komitetu założycielskiego „Solidarności” wydziału S4. Tak jak piszę w swoich wspomnieniach Gałęza najwięcej ucierpiał ze wszystkich członków Komisji Wydziałowej. Był zwolniony z pracy. Sądził się z zakładem o przywrócenie do pracy. Sprawę wygrał. Przywrócono go do pracy, ale później znów został zwolniony.
A czy wiedział Pan, że on należał do PZPR?
Tak wiedziałem, ale wcale mi to nie przeszkadzało, bo wydaje mi się, że ta przynależność nie miała żadnego wpływu na jego działalność związkową. Zresztą wtedy do PZPR należało wielu. Należał między innymi Józef Gorszkow, z którym chodziłem do szkoły. On był sekretarzem POP PZPR w wydziale S4, ale o różnych rzeczach mnie informował. Dzięki niemu wiedziałem co myśli i co zamierza robić przeciwnik. Gorszkow był porządnym człowiekiem.
Czy Pan wie, że jego brat był porucznikiem Służby Bezpieczeństwa? 
Tak jego brat Zbigniew Gorszkow był SB-ekiem, ale Józek Gorszkow był według mnie porządnym człowiekiem chociaż był partyjny. Wśród partyjnych byli różni ludzie. Był partyjny beton, ale byli i normalni. Przecież Gorszkowa cisnęli po wprowadzeniu stanu wojennego, aby zrobił porządek z Komisją Wydziałową, ale on się opierał i gdy on był sekretarzem POP nic nam się nie stało. Za taką postawę Gorszkowa odwołali z partyjnej funkcji i powołali Ryszarda Lubienieckiego, który pracował na ostrzałkach. Ten nie miał skrupułów. Tak jak mu kazali rozgonił Komisję Wydziałową.  
Oprócz tego, że był Pan przewodniczącym Komisji Wydziałowej wydziału S4 to wchodził Pan w skład Komisji Fabrycznej NSZZ „Solidarność” w FSC. Niech Pan powie coś na temat Komisji Fabrycznej.
Powiem, że w tamtym czasie bardziej mnie interesowały sprawy wydziałowe. Była na wydziale cała masa różnych problemów, które trzeba było rozwiązywać. Często były to sprawy drobne, ale dla poszczególnych pracowników ważne i to na tych sprawach głównie się skupiałem. Między innymi podjęliśmy działania, aby na S4 powstał bufet, w którym pracownicy mogliby kupić coś do zjedzenia. Kolejną sprawą, którą się zajmowaliśmy to egzaminy na grupy osobistego zaszeregowania. Była to jakaś korupcyjna sprawa. Egzaminy przeprowadzała komisja, która wielu pracowników „oblewała”. Komisja ta działała w skali całego zakładu, więc wszyscy, którzy chcieli, aby im podniesiono grupę musieli przed tą Komisja zdawać. Komisja ta decydowała czy ktoś dostał wyższą grupę czy nie. Doprowadziliśmy do tego, że powstały komisje wydziałowe i wtedy zmieniło się wiele. Jeżeli chodzi o Komisję Fabryczną, to tuż przed stanem wojennym był wakat w Prezydium Komisji Fabrycznej ponieważ Piotr Kępa odszedł na emeryturę. Ja do tego Prezydium kandydowałem, ale nie wszedłem, bo wybory wygrała Anna Szlapa. Dodam, że do tej funkcji kandydowało trzy osoby.
Ale wróćmy do działalności Komisji Fabrycznej.
Motorem napędowym tej Komisji byli Jerzy Nobis i Jacek Sadowski. To byli profesjonaliści. Inni, w tym Edward Dajewski, Edward Imiela, nawet się do nich nie umywali. Oni umieli dużo krzyczeć. Oczywiście też robili swoje, ale jak powiedziałem Nobis i Sadowski byli mózgiem Komisji. To właśnie oni byli niebezpieczni dla komunistycznej władzy i dlatego musieli w stanie wojennym wyjechać z kraju.
Komisja Fabryczna była ogromna, bo liczyła 150 osób. Było to ciało mało mobilne, bo trudno sobie wyobrazić podejmowanie decyzji lub prowadzenie dyskusji w tak ogromnym gronie. Z tego, co wiem dochodziło tam do różnego rodzaju kłótni i sporów.
Tak rzeczywiście było, ale ja raczej w tym wszystkim nie brałem udziału, bo jak powiedziałem dużo czasu zajmowały mi sprawy wydziałowe. Z pana książki dowiedziałem się, że przed stanem wojennym powołana była tajna komisja rezerwowa.
Tak twierdził Edward Dajewski.
Niech mi pan wierzy, że ja będąc przewodniczącym Komisji Wydziałowej i członkiem Komisji Fabrycznej nic o tajnej komisji nie wiedziałem. Nie miałem zielonego pojęcia, że coś takiego istniało.
Nie każdy wiedział, bo to było tajne. Komisja ta miała działać gdyby aresztowano członków Komisji Fabrycznej. W swoich wspomnieniach pisze Pan, że brał Pan udział w spotkaniach u Edwarda Imieli. Jak Pan ocenia przebieg tych spotkań, bo różni ludzie mają na ten temat różne opinie. Są między innymi takie opinie, że to co się tam działo było kontrolowane przez PAX, który jak wiemy był przybudówką PZPR.
O spotkaniach u Imieli dowiedziałem się chyba od Adama Krupy z wydziału S7. Chodziłem na te spotkania i wcale nie rozważałem czy to ma coś wspólnego z PZPR. Podczas spotkań dyskutowano, wymieniano się informacjami i opiniami. Coś się działo. Mówiono o tworzeniu nowego związku. Dzisiaj nie pamiętam wielu szczegółów, ale jest faktem, że po jakimś czasie „Solidarność” w FSC powstała. Wspomnę, że gdy Związek już powstał, to kierownik Śliwa proponował mi, abym nie pracował jako hartownik, ale abym się zajął sprawami związkowymi.
Proponował Panu etat?
Coś takiego. Ja jednak odmówiłem, bo nie chciałem być od kierownika uzależniony. Pomimo wszystko muszę powiedzieć, że z kontaktów z kierownikami wydziału mam dobre wspomnienia. Zarówno ze Śliwą jak i z Machowskim udawało mi dogadywać. Można to dzisiaj różnie oceniać, ale prawda jest taka, że dało się jakoś współpracować.
Jeżeli chodzi o stan wojenny, to czy nie myślał Pan, aby organizować strajk? Muszę powiedzieć, że ja o tym myślałem, ale czekałem na działanie Komisji Wydziałowej. Jednak takiego działania nie było.
Stan wojenny był dla mnie pełnym zaskoczeniem. Nie było jakichś wyraźnych oznak, że będzie wprowadzony. W niedzielę wstałem rano, przeglądałem solidarnościowe gazety i wtedy z radia dowiedziałem się, że w Polsce jest stan wojenny. W poniedziałek przyszedłem do pracy, a właściwie przyjechałem z Majówki autobusem – bo autobusy kursowały normalnie – poszedłem do szatni przebrałem się, zszedłem na wydział i natknąłem się na kierownika Śliwę. Porozmawialiśmy trochę i to było wszystko, bo ani ja ani on nie za bardzo wiedzieliśmy, co to jest ten stan wojenny.
No dobrze, ale co robiła Komisja Wydziałowa? Czy spotkaliście się, aby omówić zaistniałą sytuację?
Nie, nie spotkaliśmy się. Trzeba powiedzieć, że pracowaliśmy na różnych zmianach. W tym dniu na pierwszej zmianie z Komisji Wydziałowej to byłem chyba tylko ja.
No, ale na sąsiednim wydziale, czyli na S5 a więc na galwanizerni był krótki, bo chyba dwugodzinny strajk. Chyba trzy osoby zamknęły się na świetlicy i nie podejmowały pracy.
Prawdę mówiąc to ja sobie takiego strajku nie przypominam. Spotkałem się w tym dniu z przewodniczącym wydziału S5, ale on nic na ten temat nie mówił.
A jednak taki krótki strajk był.
Trudno mi w to uwierzyć, bo przecież galwanizernia był przez ścianę z hartownią, więc gdyby się tam coś działo to przecież musiał bym o tym wiedzieć.
Jak powiedziałem strajk jednak był. Ale wróćmy do mojego pytania.
No cóż do tego, że będzie stan wojenny nie byliśmy przygotowani. Nikt nie wiedział, co by należało w takim wypadku robić. Prezydium Komisji Fabrycznej było aresztowane, nie było żadnych wytycznych i praktycznie komisje wydziałowe były pozostawione same sobie.
Jeżeli chodzi o działalność w stanie wojennym, to mnie się wydawało, że Pan się żadną działalnością nie zajmował, a z tego, co Pan pisze to jednak wynika coś innego.
Miałem kontakty, ale musiałem uważać, bo dostałem ostrzeżenie, że jestem obserwowany. Ta obserwacja utrudniała wychodzenie na inne wydziały, bo trzeba się było meldować, że się gdzieś idzie. W takiej sytuacji uzgodniliśmy z Adamem Mazurem, że on będzie się zajmował przynoszeniem gazetek i ulotek. Skontaktowałem go z kimś z wydziału S7 i on zajął się kolportażem prasy podziemnej. Ja się już tym nie zajmowałem, bo jak powiedziałem byłem obserwowany.
Od Adama Mazura kilkakrotnie brałem gazetki, ale wydaje mi się, że jeszcze ktoś inny na wydział gazetki przynosił.  
Nic mi o tym nie wiadomo. Być może tak było.
A czy może Pan coś powiedzieć o ankiecie, która oczywiście konspiracyjnie była robiona? W ankiecie tej były pytania czy jesteś za strajkiem, ile ten strajk powinien trwać itp. Próbuję ustalić, kto tę ankietę przeprowadzał, ale nikt na ten temat nic nie wie.
Niestety ja też nic na ten temat nie mogę powiedzieć. Po prostu nie pamiętam. Jeżeli chodzi o konspirację, to ja miałem na ten temat własne zdanie. Uważałem, że w zaistniałej sytuacji nie należało tej władzy drażnić, bo to skutkowało aresztowaniami działaczy i zwalnianiem ich z pracy. A to z kolei osłabiało Związek, bo gdy na wydziale zabrakło kogoś, kto rzeczywiście działał, to wszystko się rozsypywało. Dobrze, że na naszym wydziale został pan i działał dalej, ale na innych wydziałach po tych aresztowaniach nic się już nie działo. Przynajmniej ja o tym nic nie słyszałem.
Kim dla Pana jest Jolanta Krzyżowska? Jej nazwisko przewija się w wypowiedziach różnych osób, z którymi przeprowadzam wywiady.
To jest moja ciotka. Jest ona żoną brata mojego ojca.
Z różnych wypowiedzi wynika, że ona też brała udział w działalności konspiracyjnej. U niej w domu drukowane były ulotki.
Z domu nazywa się Bargiełowska. Jej bracia Marek i Daniel są aktorami. O tym, że ona konspirowała dowiedziałem się dużo później, ponieważ ona nic na ten temat nie mówiła. Okazało się także, że jej bratanek Paweł Bargiełowski też brał udział w drukowaniu ulotek, co odbywało się u niej w domu.  
W swoich wspomnieniach pisze Pan, że zawiódł się Pan na działaczach „Solidarności”. O co właściwie chodzi?
Chodzi o to, że ja miałem problemy ze znalezieniem pracy, a inni nie. Gdy rozstałem się z FSC to ktoś pilnował abym pracy nie miał. Byłem w PKS i już tam miałem pracować, a tu następnego dnia okazało się, że nie mogą mnie przyjąć. To samo było w Polmozbycie przy ulicy Ostrowieckiej. Był także problem, o czym nie wspomniałem, ze zwolnieniem mnie z FSC. Jak mówiłem z S4 zostałem oddelegowany na P5 i tam złożyłem wymówienie. Kończyło się ono 31 stycznia 1983 roku. Od 1 stycznia wziąłem sobie urlop. 3 lub 4 lutego poszedłem do Działu Kadr do pani Decowej po świadectwo pracy i inne dokumenty. A ona mi mówi, że dokumentów mi nie wyda i żebym przyszedł do pracy. Powiedziałem, że jak ja mogę przyjść do pracy skoro skończyło mi się już wypowiedzenie. Złapała za telefon i zadzwoniła do dyrektora i powiedziała mu, że po co się ludzi zwalnia skoro potrzeba ludzi do pracy. Zaoferowała mi inną pracę i kazała iść w tej sprawie do dyrektora, ale ja powiedziałem, że nie pójdę, niech dyrektor przyjdzie do mnie i zażądałem wydania dokumentów. Ostatecznie dokumentów mi nie wydała. Poszedłem do Urzędu Pracy, aby się zarejestrować a tam mi mówią, że muszę mieć dokument z poprzedniego miejsca pracy, bo inaczej mnie nie zarejestrują. Taka sytuacja trwała jakiś tydzień. W końcu poszedłem do prawnika zakładowego po pomoc. On zadzwonił do Decowej i dopiero po jego interwencji dokumenty zostały mi wydane. Zatrudniłem się w WZEC-u.
Chyba odbiegliśmy od tematu.
Do czego zmierzam. W 1992 roku WZEC się rozpadł i powstał ZEC, który podlegał pod Urząd Miasta. Prezydentem miasta był wtedy mój kolega ze szkoły Grzegorz Walendzik, wiceprezydentem był Edward Imiela, natomiast Aleksander Paniec był wiceprzewodniczący Rady Miasta, a właśnie wtedy w naszym zakładzie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Odszedł stary dyrektor, nowa władza powołała nowego dyrektora faceta, który nigdy się do „Solidarności” nie zapisał. Jako jedyny w firmie. W ZEC-u zatrudniani byli komuniści, między innymi Zenon Krzeszowski. Co jeszcze. Gdy byliśmy w dotychczasowych strukturach to mieliśmy wiele przywilejów socjalnych takich jak: fundusz socjalny, zupy regeneracyjne, mleko itp. Jak się okazało w umowie, która była podpisana o ustanowieniu samodzielnego zakładu to wszystko się nie znalazło! Po prostu nam to zabrali. Wcześniej w Radzie Nadzorczej WZEC mieliśmy swoich przedstawicieli, a później okazało się, że w ZEC-u żadnych przedstawicieli pracowników nie mamy. Zostaliśmy pozbawieni miejsca w Radzie Nadzorczej. I to robili nasi koledzy czyli Walendzik, Imiela i Paniec. Szlak mnie trafiał, gdy na to patrzyłem.  Podjęliśmy walkę, o to co nam zabrano. W Urzędzie Miasta odbyło się bardzo ostre spotkanie z Radą Nadzorczą i po dwóch latach udało nam się doprowadzić do tego, że te nasze sprawy socjalne zostały przywrócone. Dla mnie było niepojęte, że wcześniej walczyłem z komunistami, a teraz musiałem walczyć z kolegami, którzy z tym starym układem też kiedyś walczyli. To było coś niezrozumiałego, że komuniści dostawali ciepłe posadki, a cała masa ludzi była bez pracy.   
Z tego, co Pan mówi wynika, że miał Pan zastrzeżenia, co do poczynań Pańskich kolegów.
Tak. Miałem także duże zastrzeżenia, co do działalności delegatury „Solidarności”. Według mnie niezależnie od tego czy szefem delegatury był Stanisław Kosior, czy Adam Krupa, czy Zbigniew Rafalski to delegatura źle działała. Oni to wszystko rozłożyli. A co do Urzędu Miasta to przecież to za rządów naszych padały zakłady. Tak ja to widzę. Myślę, że pan też to tak widzi.
Owszem mam na te sprawy podobny pogląd jak Pan. Co niektórych uważało się za naszych, a okazywało się, że zachowują się, tak jakby nasi nie byli. Przykre to.  
Chciałbym się pana zapytać o tę tajną Komisję Fabryczną, którą jak pan pisał stworzył przewodniczący Edward Dajewski. Jak mówiłem nic o tej Komisji nie wiedziałem. Ciekaw jestem kto wchodził w jej skład.
Niestety Dajewski nie chciał ujawnić, kto wchodził w skład tajnej Komisji, bo jak powiedział bardzo się na tych ludziach zawiódł. Wymienił tylko nazwisko Andrzeja Witka. Po wydaniu mojej książki „Solidarność Starachowicka” ten Witek dzwonił do mnie z pretensjami, że na liście członków Komisji, którą w tej książce opublikowałem przy jego nazwisku jest, że był on członkiem PZPR. A on jak to stwierdził nigdy członkiem PZPR nie był, należał tylko do ZSMP.
No, śmieszna sprawa. Dodam, że w pańskiej książce jest pewna nieścisłość dotycząca mojej osoby. Napisał pan, że z FSC przeszedłem do wodociągów, a prawda jest taka, że wylądowałem w ZEC-u.
No, ale teraz jest okazja, aby te nieścisłości wyprostować.
Gdy nas, czyli Komisji Wydziałowej wydziału S4 zabrakło, to jak się pan odnalazł w tej sytuacji?
Ja nigdy nie miałem ciągot, aby być przywódcą. Zawsze uważałem, że są lepsi ode mnie i nigdy nie pchałem się, aby rządzić. Uważałem, że nadaję się do takiej zwykłej związkowej roboty. W stanie wojennym w wydziale niewiele się działo. Ja zajmowałem się rozprowadzaniem gazetek i ulotek – jeżeli oczywiście skądś je dostałem. Tak na poważnie w działalność zaangażowałem się w roku 1988. Zmontowałem grupę, z którą chodziłem na półtajne spotkania, które odbywały się w salce katechetycznej przy kościele Wszystkich Świętych u księdza Jędry. W tej grupie byli Piotr Guzak, Stanisław Moroń i Zdzisław Jałocha z hartowni. Pamięta pan Jałochę?
Tak oczywiście, że pamiętam.
Na jednym z tych spotkań zaproponowałem, żeby Jałocha był przewodniczącym „Solidarności” w naszym wydziale. Niestety na Jałosze – gdy „Solidarność” była już jawna - zawiedliśmy się i doprowadziłem do tego, że został on z funkcji przewodniczącego odwołany. Na jego miejsce zaproponowałem Cezarego Zająca. Ale Zając był krótko, bo zakład się podzielił. On został w INVEST STAR-ze, a ja przeszedłem do MAN-a. Tam trzeba było wybrać przewodniczącego. Znów nie widziałem się w tej roli i postawiłem na Andrzeja Prusia. No na tym to się zawiodłem bardzo. Po różnych perypetiach doprowadziłem do jego odwołania i postanowiłem, że wezmę sprawy w swoje ręce. Zostałem przewodniczącym Komisji Zakładowej. Oczywiście zostałem na Walnym Zebraniu Delegatów prawomocnie wybrany. I okazało się, że potrafię sobie jako przewodniczący, dać radę.
Ciekaw jestem czy obecnie jest tak jak za naszych czasów, że Komisja duża, a do roboty jest niewielu.
Oczywiście, że tak jest jak Pan mówi. Mamy prawie 900 członków, a jak trzeba iść ze sztandarem na jakąś uroczystość to nie ma kto. Taka jest niestety rzeczywistość.
A jak sobie radziliście na wydziale w stanie wojny?
Tak, jak mówiłem nie było jakiejś większej działalności. Rozdawało się ulotki, gazetki, pisało na ścianach różne antykomunistyczne hasła jak na przykład „PZPR barany” i tyle. Działalność zaczęła się dopiero w 1988 roku. Wtedy chodziliśmy na spotkania do kościoła Wszystkich Świętych, na wydziale prowadzony był jawny kolportaż prasy niezależnej. Prasa to była moja działka. Ja się tym kolportażem zajmowałem. Później było zapisywanie do „Solidarności”, ale powiem Panu, że to nie było tak jak w roku 1980. Wtedy zapisywali się wszyscy, a w 1988 i 1989 był duży dystans. Nie wszyscy się zapisywali. Niektórzy czekali, niektórzy nie chcieli. Były obawy, czy nie powtórzy się stan wojenny.
Jeżeli chodzi o stan wojenny to według mnie każdy miał inne pomysły, co w tym czasie robić. Jedni nie robili nic, a inni chcieli dokuczać komunistom. Jakieś ulotki, plakaty, jakieś akcje. Ja jednak byłem za tym, aby nie afiszować się z tą działalnością. Uważałem, że należy się dokształcać, tworzyć jakieś grupy, ale tak, aby komuniści nie wiedzieli, że coś się dzieje. Były w tej sprawie najróżniejsze pomysły, ale zgody nie było, co do jednego kierunku. Odbyło kilka spotkań w tej sprawie w kościele, ale jak powiedziałem opinie i poglądy były rozbieżne. No weźmy na przykład Edwarda Dudka. Sam mówił, że pod nim mieszka UB-ek, a on w swoim mieszkaniu robi spotkania. Wiadomo było przecież, że wcześniej czy później będzie wpadka. A wracając do wydziału. To przecież na wydziałach było dużo partyjnych i ORMO-wców i oni wszystko obserwowali, tak więc działalność była poważnie zagrożona.
ORMO-wcy i partyjni to był według mnie najmniejszy problem. Wszyscy wiedzieli, że na tego czy tamtego należy uważać i się uważało. Najgorsi byli tajni współpracownicy. To byli nasi koledzy, którym się ufało i z którymi rozmawiało się o wszystkim. Nie podejrzewało się nawet, że ten zaufany był szpiclem.
Najlepiej by było, żeby ściągnąć dokumenty i sprawdzić, kto szpiegował.
Niestety większość dokumentów została zniszczona, więc chyba nigdy nie dowiemy się, kto był kim. A te dokumenty, które są w wielu przypadkach są mocno przetrzebione, być może po to, aby ukryć sprawki niektórych działaczy.
Powiem, że po aresztowaniu Adama Mazura i innych ja też obawiałem się, że mogą mnie aresztować. Przecież też byłem umoczony w różne nielegalne sprawy. Dlatego nie wszystkie noce były spokojnie przespane. Gdy uprzątaliśmy mieszkanie Adama Mazura to również uprzątnąłem swoje mieszkanie. Miałem też dużo różnych materiałów. To wszystko zostało schowane, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Muszę przetrząsnąć piwnice u mamy i u siebie to może coś znajdę.
No szkoda, że Pan nie pamięta, bo materiały te są w tej chwili bardzo cenne. Ja w swoich zbiorach mam wiele, zarówno z okresu legalnej działalności jak i ze stanu wojennego, ale pewnie są rzeczy, których nie mam. Więc niech Pan szuka.
Pamiętam, że był u mnie Michał Pytlarz, gdy wyszedł z internowania i zostawił mi sporo różnych materiałów. Też to gdzieś schowałem, ale nie wiem gdzie.
Dla mnie byłoby bardzo ciekawe, kto był agentem i kto donosił do SB. Powiem Panu, że dla mnie jest niepojęte, to że w Starachowicach jest tak jakby agentów w ogóle nie było. Nikt nie działa w kierunku ich ujawnienia. Jest to bardzo dziwne by nie powiedzieć, że podejrzane.
Ja nie mogę zrozumieć dlaczego ORMO-wcy czy partyjni nie informowali o tym, co się na wydziale dzieje. Weźmy na przykład tego Guzaka czy Matyjasika. Jak mówiłem, oni widzieli ulotki a nie donieśli.
A skąd Pan wie, że nie donieśli? A może donieśli, ale SB uznało, że nie należy interweniować, ale obserwować. Może to, co my uważaliśmy, że robimy tajnie było wiadome SB? Różnie można przypuszczać. Weźmy taki przykład. Ja dopiero później zastanowiłem się, co zrobiłem, gdy dałem gazetkę jednemu z kolegów. On się nazywał Waldemar Bojara. Dopiero później dowiedziałem się, że jego brat Jerzy Bojara był porucznikiem SB! Ten Waldek pracował na kołach zębatych na maszynach, które nazywały się Churchile. On tę moją gazetkę wyjął i czytał ją tak jakby chciał, aby wszyscy widzieli, że on tę gazetkę ma. On nawet mówił, że powiedział bratu, że u nas na wydziale są gazetki i że ten brat nie jest w stanie złapać wszystkich, którzy te gazetki mają. Może nie powiedział personalnie, kto gazetki rozdaje, ale dla takiego SB-eka to była ważna informacja.
Jak powiedziałem uważam, że dla komunistycznej władzy to z naszej Komisji Fabrycznej najniebezpieczniejsi byli Jacek Sadowski i Jerzy Nobis. Oni wyrastali ponad przeciętność. To byli ludzie utalentowani, jeżeli chodzi o cechy przywódcze. Był kiedyś taki program w telewizji w którym wypowiadali się działacze „Solidarności”, którzy musieli wyjechali na emigrację. Oni mieli żal, że musieli z Polski wyjechać.
No, niestety zarówno dla Sadowskiego jak i dla Nobisa w ówczesnej Polsce nie było miejsca. Tak jak nie było miejsca dla tysięcy innych działaczy „Solidarności”.
Według mnie nie powinno być żadnej „grubej kreski”.
Też uważam, że nie powinno być, ale dzisiaj wiadomo, kto był przy tych przemianach, które odbywały się w roku 1988 i 1989. Było dużo agentów i szpicli. Ponadto czołową rolę odgrywali byli członkowie PZPR. Kto więc miał rozliczać komunistów, agentów i w ogóle cały system komunistyczny? Oni sami? Przecież oni robili wszystko, aby żadnych rozliczeń nie było. Stąd tak zwana „gruba kreska”.
Zgadza się. Wałęsa parę klas szkoły podstawowej, dwie klasy szkoły zawodowej i wielki przywódca. Obok siebie ma taksówkarza. Mam na myśli Wachowskiego.
Na dodatek to obaj są uważani za tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Co do Wałęsy to ten człowiek wręcz niszczy „Solidarność”. Mówi o pałowaniu manifestantów i o odebraniu Związkowi znaku „Solidarności”. Tak mu się w głowie poprzestawiało. Jeżeli chodzi o agentów w Komisji Fabrycznej to są podejrzenia co do niektórych osób, ale twardych dowodów nie ma. Powiem Panu, że są podejrzenia, że agent był nawet w Prezydium Komisji Fabrycznej.
A czy w naszej Komisji Wydziałowej wydziału S4 też byli szpicle?
Na ten temat nie mam niestety żadnych wiadomości. Pewnie byli. Tak jak wszędzie.
Można coś powiedzieć na Gałęzę bo był partyjny. Ale jak fakty wskazują on najwięcej ucierpiał za swoje zaangażowanie w „Solidarność”. Nie sądzę, że on był z tak zwanego nadania.
Jak powiedziałem najbardziej niebezpieczni byli ci, których w ogóle nie podejrzewało się o agenturalną działalność. Oni nie należeli do PZPR i do ORMO ale robili swoje. Co do Gałęzy nie ma żadnych poszlak, że on działał na niekorzyść „Solidarności”, ale jego postępowanie wobec podległych mu pracowników dyskwalifikowało go jako działacza związkowego. On wypowiadał się, że jest komunistą z krwi i kości. Gałęza prywatnie zajmował się robieniem zdjęć. Między innymi fotografował śluby. Proszę sobie wyobrazić, że podczas ślubu swojego kolegi nie wszedł do kościoła, ale zdjęcia zaczął robić dopiero przed kościołem.
No rzeczywiście jest to dziwne, ale jak mówiłem został legalnie wybrany do Komisji Wydziałowej. Kto na niego głosował nie wiem, ale faktem jest, że nie był mianowany, ale wybrany.
Oczywiście, że był wybrany, ale ja uważam, że to był zły wybór. On według mnie niewiele miał wspólnego z „Solidarnością”.
Może i tak, ale ja co do niego nie miałem żadnych zastrzeżeń.
Ja jednak tak jak powiedziałem uważam, że on się nie nadawał na działacza związkowego. No, ale wybrano go, chociaż ten wybór był według mnie niewłaściwy. Pewnie Pan wie, że do Imieli też różni ludzie mają zastrzeżenia.
No tak, Imiela wyszedł z internowania jako pierwszy. On był w tym PAX-ie i zakładał „Solidarność”. Można mieć co do tego wiele zastrzeżeń, ale dzięki tym spotkaniom, my z FSC mogliśmy się spotkać, poznać i tworzyć niezależny związek zawodowy.
Z dokumentów wynika, że miał być to związek niezwiązany z „Solidarnością”.
Ja wtedy nie widziałem, że tak to wygląda. Myśmy chcieli tworzyć to, co tworzono w Gdańsku. I tworzyliśmy.
Tak, ale to dzięki różnym ludziom powstała „Solidarność”, a nie jakiś związek przemysłu motoryzacyjnego.
Jeżeli chodzi o Związek, to w późniejszym okresie zarówno Adam Krupa jak i Zbigniew Rafalski, jako szefowie delegatury nie przyczynili się do jego właściwego działania. I to nie jest tylko moje zdanie.
Zgadzam się, że oni za bardzo angażowali się w politykę, a z tego Związek nic nie miał. Po co Rafalskiemu było przewodniczenie Radzie Miasta? Ja uważam, że albo Związek albo samorząd.
Jak mówiłem byłem w szoku, gdy już w demokracji komuniści znajdowali miejsca pracy, a ci którzy z nimi walczyli pracy nie mogli znaleźć.
Powiem Panu, że w dzisiejszych czasach „Solidarność” nie ma wcale lepiej niż w latach 1980-1981. Myślę, że wtedy było nawet łatwiej, bo ogłaszało się strajk i załatwiało problemy występujące w zakładzie. Teraz jest dużo trudniej, bo prawo pracy i prawo związkowe znacznie ogranicza i utrudnia działalność związkową.
To o czym pan mówi jest skutkiem tego, że wyjechał na przykład Jacek Sadowski, a nie wyjechał Lech Wałęsa. Prawdę mówiąc to o wielu sprawach dowiedziałem się dopiero z pańskiej książki. W tej chwili jestem ciekawy jak to naprawdę przebiegało. Kto nas śledził. Kto donosił?
Najlepszym wyjściem byłoby wystąpienie do IPN o udostępnienie akt osobowych. Być może takie są.  
Ja postaram się odzyskać to co schowałem. Może te dokumenty, które ukryliśmy w stanie wojennym coś wyjaśnią. 
Co Pan chciałby powiedzieć na zakończenie?
To, że po moim odejściu z wydziału pan kontynuował to, co ja zacząłem. I robił pan to bardzo dobrze. Ważne dla mnie jest także to, że dzięki panu dowiedziałem się o rzeczach, o których nie miałem pojęcia między innymi o tym, że w FSC była jakaś tajna komisja „Solidarności”.
Dziękuję za rozmowę.  
29.10.2009 
Michał Krzyżowski zmarł 1.02.2013