Zmień na ciemny motyw
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2018-06-03T14:42:16+02:00
Nie 3 Cze, 14:42
Operacja "Ulotka"
Operacja „Ulotka”
Po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego solidarnościowe podziemie organizowało trzynastego każdego miesiąca manifestacje a nawet podejmowano próby zorganizowania strajku. Z reguły każdą taka akcję poprzedzała akcja ulotkowa, która co oczywiste miała na celu poinformowanie społeczeństwa o tym gdzie i w jakich godzinach będzie się to odbywało. W różnych miastach różny był odzew na apele działającej w podziemiu „Solidarności”. Najwięcej działo się w dużych miastach takich jak Gdańsk, Kraków, Wrocław, Warszawa, ale i w miastach mniejszych dochodziło do różnego rodzaju demonstracji. Również w Starachowicach odbyła się tak manifestacja, co miało miejsce w dniu 13 sierpnia 1982 roku. Dla starachowickich władz miasta a także dla milicji i Służby Bezpieczeństwa było to całkowitym zaskoczeniem, bo nikt nie przypuszczał, że w takim mieście jak Starachowice może do czegoś takiego dojść. To, że udało się manifestację zorganizować było efektem działań starachowickiego podziemia, które chociaż bardzo słabe próbowało organizować opór na wzór miast, które były bastionami „Solidarności”. Próby zorganizowania manifestacji podejmowane we wcześniejszych miesiącach nie udawały się. Kilkakrotnie próbowano zorganizować tak zwane spacery na Alei Manifestu Lipcowego (obecnie Aleja Armii Krajowej), ale wielkiego odzewu starachowickiej społeczności nie było.
W dniu 12 maja 1982 roku w Starachowickim Przedsiębiorstwie Przemysłu Drzewnego – popularnie zwanym Tartakiem – pojawiły się ulotki, w których między innymi wzywano do piętnastominutowego strajku. Bardzo szybko informacja o tym dotarła do starachowickiej Służby Bezpieczeństwa, która podjęła działania operacyjne mające na celu ujawnienie sprawców tego czynu. Już w tym samym dniu milicja, SB i tajni współpracownicy próbowali ustalić, kto ulotki rozkleił. Niestety oprócz agentów, którzy wykonywali można by powiedzieć zadania służbowe byli też tacy, którzy formalnie nie będąc tajnymi współpracownikami przekazywali w sposób nieoficjalny, bo na przykład w prywatnych rozmowach z funkcjonariuszami MO czy SB, to, co się w ich otoczeniu dzieje. Inną sprawa jest to, że niektórzy z działaczy „Solidarności” jak na przykład Janina Mazurek nie kryli się ze swoimi poglądami, co sprawiało, że automatycznie stawali się oni osobami, które poddawano obserwacji. Nie ulega wątpliwości, że ułatwiało to służbom specjalny typowanie osób, które mogły być zaangażowane w różne działania w tym w kolportaż ulotek. Osoby takie w zasadzie nie powinny się były zajmować pracą konspiracyjną, bo ich wpadka była tylko kwestią czasu.
Ciekawą notatkę dotyczą zachowania się Janiny Mazurek sporządził w dniu 15.05.1982 roku sierżant Skwiara Bogusław z KM MO w Starachowicach”.
 
Notatka urzędowa
W dniu 12 maja 1982r. podczas rozmowy z osobą zaufaną znajomą uzyskałem informację, że ob. Mazurek Janina prac. Krzesła-montaż SPPD w dniu dzisiejszym na II zmianie rozpowszechniała i rozdawała ulotki nawołujące do strajku w dniu 13.05.1982r. Wymieniona otrzymała te ulotki od obywatela Jędrzejczyka Andrzeja prac. Wydz. Krzeseł-mechaniczny, który schodził z pierwszej zmiany. Nadmieniam, że ob. Mazurek Janina i Andrzej Jędrzejczyk byli przewodniczącymi „Solidarności” swoich wydziałów. Ob. Mazurek w dniu 30.04.82r. obok portierni donośnym głosem wyrażała się, że na tych co pójdą na pochód 1-majowy spadnie stalowy deszcz. Wymieniona ostatnio rozmawia tylko z byłymi swoimi przełożonymi z „Solidarność” lub przewodniczącymi poszczególnych wydziałów. Wymieniona ma szafkę na montażu obok swojego stanowiska pracy, jest podejrzenie, że wszystkich mogła nie rozdać i może mieć w szafce. Do niniejszej notatki dołączam ulotkę, którą dawała Mazurkowa.  
 
Mając takie informacje Milicja i Służba Bezpieczeństwa przystąpiły do działania. W dniu 13 maja 1982 roku dokonano przeszukania mieszkania Andrzeja Jędrzejczyka a jego samego i Janinę Mazurek aresztowano w miejscu pracy. W domu Jędrzejczyka znaleziono plik ulotek – takich samych jak te, które ujawniono w SPPD. Wydawało się, że sprawa jest oczywista i że sprawca kolportażu został ujawniony. Jednak Jędrzejczyk do kolportażu się nie przyznawał twierdził jedynie, że ulotki znalazł przypadkowo na swoim stanowisku pracy. Następnego dnia (14.05.1982r.) Julian Kwiecień z KM MO w Starachowicach o godzinie 14.25 przesłuchał w charakterze świadka Andrzeja Jędrzejczyka.
 
„(…) Po czym świadek zeznał co następuje: (…) W starachowickim Przedsiębiorstwie Przemysłu Drzewnego pracuję ponad pięć lat. Od chwili podjęcia pracy do dnia dzisiejszego zatrudniony jestem na Wydziale Zakład Nr. 4 Produkcja Krzeseł w charakterze ślusarza. Moja praca polega na ustawianiu maszyn, narzędzi oraz drobne naprawy. Praca a odbywa się na dwie zmiany tj. I i II przez okres jednego tygodnia pracuję na zmianę pierwszą a następnie na zmianę drugą. Przeciętne moje zarobki bez rekompensat wynoszą około 7000zł. miesięcznie. Do roku 1980 należałem do Związków Zawodowych Branżowych następnie od miesiąca listopada 1980 należę do NSZZ „Solidarność”. Dokładnie nie pamiętam, ale w miesiącu wrześniu 1980r. na terenie SPPD zaczęło się organizowanie „Solidarności”. Początkowo organizowaniem „Solidarności” na terenie SPPD zajmowali się Bogusław Kowalski, Płatek – imienia jej nie znam, Bałtowski. Podczas wyborów na których byli przedstawiciele każdego wydziału zostałem wybrany do Tymczasowego Zarządu Komisji Zakładowej „Solidarności” i pełniłem funkcje z-cy przewodniczącego. Funkcję tę pełniłem do wyborów, które odbyły się w miesiącu marcu lub lutym 1981r. Po przeprowadzonych wyborach pełniłem funkcje członka Prezydium Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Natomiast na Zakładzie Krzeseł byłem przewodniczącym Koła NSZZ „Solidarność” na wydziale obróbki. Byłem obecny przy podejmowaniu wszystkich uchwał przez Komisję Zakładową. Z dniem ogłoszenia stanu wojennego, co wiąże się z zakończeniem działalności wszystkich związków zawodowych zawiesiłem swoją działalność. Obecnie nie podejmuję żadnej działalności związkowej. W dniu 12.05.1982r. pracowałem na I zmianę. W dniu tym gdy przyszedłem do pracy w szufladzie warsztatu mojego zauważyłem, że znajdują się ulotki wypisane czerwonym drukiem. Czytałem ich treść. Było w nich nawoływanie do strajku, zniesienia stanu wojennego, zwolnienia internowanych i inne żądania. Miałem ich w szufladzie około 10 sztuk. Ulotki te włożyłem do swojej teczki, aby zabrać je do domu. W pracy ulotek nikomu nie przekazywałem ani też nie mówiłem nikomu, że posiadam je. Nie widziałem czy ulotki takie były gdzieś rozklejone na terenie zakładu. Nie wiem kto mi ulotki te wsunął do szuflady i nie wiem o jakiej porze. W ogóle na zakładzie pracuje nas około dwudziestu ślusarzy i każdy ma swoją szufladę. Czy któryś z kolegów miał również wsunięte ulotki nie wiem. Na ten temat w zakładzie nie rozmawialiśmy. Wydaje mi się, że osoba, która wsunęła mi ulotki miała na celu, abym je porozdawał innym pracownikom. Nie dawałem ich nikomu gdyż bałem się. Ulotki te jak już wspomniałem włożyłem do swojej teczki i zawiozłem do domu mojego zamieszkania Kuczów 117. W domu pokazywałem ulotki ojcu i siostrze, gdyż nikogo więcej nie było. Następnie zabrałem je zaniosłem do domu gdzie mieszkam tj. do domu teściów. W domu pokazałem je tylko mojej żonie Teresie i położyłem na albo na półce biblioteczki albo na stole. Miałem zamiar ulotki te zniszczyć, ale nie zrobiłem tego, gdyż rano pojechałem do pracy. Nie wiem czy żona je zniszczyła. Nadmieniam, że żona moja nigdzie nie pracuje. Mamy na utrzymaniu dwoje dzieci w wieku 20 i 4 miesiące. Po pracy zajmuję się remontem budynku, który chcę przystosować na mieszkanie. Budynek ten znajduje się na posesji ojca. Z tego też względu nie mam czasu na zajmowanie się innymi sprawami. To wszystko co miałem do zeznania w tej sprawie”.
 
W tym samym dniu to jest 14.05.1982r. o godzinie 15.10 przesłuchana została żona Andrzeja Jędrzejczyka Teresa Jędrzejczyk. Przesłuchującym był Zbigniew Bednarczyk z KM MO w Starachowicach. Teresa Jędrzejczyk zeznała:
 
„W dniu 12.05.1982r. mąż mój Andrzej Jędrzejczyk pracował na I zmianę od godz. 6.15 do 14.15. Z pracy nie wrócił prosto do domu, a udał się do swojego ojca Józefa Jędrzejczyka zam. Kuczów 117 gdzie pomagał przy budowie obory. Do domu przyszedł około godz. 23.00. Ja w tym czasie jeszcze nie spałam. Po wejściu męża do mieszkania po chwili zauważyłam, że na stole leży kilka ulotek – około 10 sztuk, nie wiem dokładnie gdyż nie liczyłam. Nie wiem w jakim momencie mąż położył te ulotki na stole i skąd je wziął gdyż tego nie zauważyłam. Ponieważ zła byłam na męża, że tak późno przyszedł nie odzywałam się do niego i gdy zobaczyłam ulotki na stole wzięłam jedną i przeczytałam. Była to taka ulotka podpisana przez „Solidarność” jaką okazał mi przesłuchujący, która wzywała do 15-minutowego strajku ogólnopolskiego w dniu 13.05.82r. w godz. 12.00-12.15 oraz zawierała żądania. Po przeczytaniu położyłam z powrotem ulotkę (…) spać. Nie wiem kiedy mąż położył się spać, gdyż ja już usnęłam. W dniu następny 13.05.1982r. ponieważ zaspaliśmy, mąż wstał szybko, ubrał się i poszedł do pracy. Gdy ja wstałam ulotek na stole nie było. Nie wiem czy mąż ulotki schował wieczorem po moim położeniu się spać czy rano. Zobaczyłam później, że leżą na szafce obok radia. Nie wiem dlaczego, lecz ulotki te wzięłam z półki i włożyłam do dzbanka w kredensie. Około godz. 13.00 przyjechałam autobusem do Starachowic po rekompensatę w FSC. W Starachowicach nie widziałam się z mężem. Po pobraniu rekompensaty około godz. 16.00 powróciłam do domu i dowiedziałam się, że w domu było przeszukanie i coś było znalezione, lecz co tato nie wiedział. Wówczas powiedziałam rodzicom, że mąż mój Andrzej w dniu wczorajszym przyniósł ulotki, które włożyłam do dzbanka. Nadmieniam, że na temat przyniesienia przez męża ulotek, ani na temat strajku w dniu 13.05.1982r. z mężem nie rozmawiałam, ani w dniu 12 ani 13.05.1982r. gdyż jak wcześniej zeznałam mąż zaspał do pracy, szybko się ubrał i wyszedł z domu. Poprzednio również na temat strajków oraz sytuacji w Polsce z mężem nigdy nie rozmawiałam, a szczególnie dotyczy to ostatniego okresu czasu, gdyż mąż zaraz po pracy pomaga przy budowie swoim rodzicom i do domu przychodzi późno. Nie widziałam również nigdy, aby w okresie trwania stanu wojennego, mąż mój przynosił do domu jakieś ulotki”. 
 
W dniu 15.05.1982r. o tej samej godzinie (9.00) przesłuchani zostali ojciec Andrzeja Jędrzejczyka Józef Jędrzejczyk i jego siostra Halina Jędrzejczyk. Obydwoje twierdzili, że widzieli tylko jedną ulotkę, którą prawdopodobnie Andrzej zostawił na stole w domu swojego ojca. Ponadto Halina Jędrzejczyk utrzymywała, że wprawdzie ulotkę widziała, ale jej nie czytała. Ojciec Andrzeja utrzymywał, że ulotkę przeczytała, ale przestraszył się tego, co w niej było napisane i natychmiast spalił ją w piecu.
 
Pierwsza notatka dotycząca działań operacyjnych zmierzających do ujawnienia sprawców kolportażu ulotek pojawiła się w dniu 24.05.1982 roku. Sporządził ją kapitan Henryk Chrapek jeden z oficerów, którzy się tą sprawą zajmowali. Kapitan Chrapek pisze:
„W dniu 24.05.1982r. założono sprawę operacyjnego sprawdzenia nr KI-021162/82 na fakt rozklejenia ulotek na terenie Starachowickiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego w Starachowicach. (…) Nieznani sprawcy rozplakatowali łącznie 6 jednakowych ulotek, które zostały ujawnione i zdjęte dnia 12.05.1982r. na II zmianie z drzwi wydziałów produkcyjnych: Frezarni, Deszczułkowni, Tapicerni, Hala Burt, Montowni i szatni Składu Tarcicy. Wszystkie naklejone były przy użyciu lakieru bezbarwnego znajdującego się w Wydziale Krzeseł, a w treści swej nawoływały do:
- strajku w dniu 13.05.1982r. w godzinach od 12.00 – 12.30,
- zniesienia stanu wojennego,
- wolnienia wszystkich internowanych,
- żądania wznowienia działalności Związków Zawodowych.
Ulotki kończą się podpisem „Solidarność”, a wykonane są w drukarni czerwoną farbą.
Czynności w sprawie zmierzać będą do ujawnienia osób rozprowadzających ulotki, ustalenia źródła pochodzenia i wyciągnięcia odpowiednich wniosków karnych”.  
 Już następnego dnia, czyli 25.05.1982 roku major Henryk Chrapek zatwierdził opracowany przez majora Edmunda Kateusza  obszerny i szczegółowy plan działania.
 
Plan
czynności operacyjnych w sprawie operacyjnego sprawdzenia Nr rejestr – KI-021162/82
  1. Analiza sytuacji operacyjnej:
Dnia 13.05.1982r. uzyskano informację od KS „A.K” o rozplakatowaniu pięciu ulotek o treści wrogiej na terenie niektórych wydziałów produkcyjnych Starachowickiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego. Rozplakatowanie ulotek miało miejsce dnia 12.05.1982r. na drugiej zmianie w godzinach wieczornych. Pojawiły się one między godziną 2130 a 2310. Do naklejenia ich użyto zamiast kleju lakieru bezbarwnego jaki znajduje się w Wydziale Montażu Krzeseł. Ulotki naklejone były na drzwiach wejściowych do następujących działów produkcyjnych (po jednej):
- Wydział Frezarni
- Wydział Deszczułkowni
- Wydział Tapicerni
- Hala Burt
- Skład Tarcicy
Wszystkie wspomniane ulotki były jednakowe wykonane prawdopodobnie w drukarni czerwoną farbą a w treści nawoływały do:
- strajku w dniu 13.05.1982r. w godzinach od 12.00 – 12.30,
- zniesienia stanu wojennego,
- wolnienia wszystkich internowanych,
- żądania wznowienia działalności Związków Zawodowych.
Kończą się podpisem „Solidarność”.
A wcześniejszych informacji uzyskanych w dniu 28.04.1982r. wynika, że była przewodnicząca wydziałowej grupy „Solidarności” z wydziału Montażu Krzeseł prowadzi rozmowy z niektórymi pracownikami SPPD i namawia, aby nie uczestniczyli w zbliżającym się pochodzie 1-majowy. Informacji tych nie zdołano potwierdzić do czasu rozplakatowania ulotek.
Takie same ulotki o których mowa powyżej i inne pojawiły się również w licznych miejscach na terenie miasta Starachowic, co stało się przedmiotem wszczęcia postępowania przygotowawczego przez Sekcję Dochodzeniową KM MO Starachowice za Nr RSD -131/82 l. dz.. 680/82 z dnia13.05.1982r.
Mając na uwadze ujawnienie osób, które przyniosły ulotki na teren SPPD i osób, które naklejały je założono sprawę operacyjnego sprawdzenia Nr rej. KI-021161/82.
  1. Cel i ogólne kierunki prowadzonej sprawy:
  1. Ustalenie osoby lub osób, które przyniosły na teren SPPD ulotki, skąd, kiedy i od kogo otrzymały je.
  2. Ustalenie osób zajmujących się naklejaniem ulotek w dniu 12.05.1982r.
  3. Ujawnienie wszystkich okoliczności sprzyjających i pozwalających osobom naklejającym ulotki do swobodnego poruszania się po obiekcie i korzystania z lakieru bezbarwnego itp.
  4. Podjęcie czynności profilaktycznych na przyszłość.
  5. Zebranie dostatecznych dowodów i przekazanie materiałów do wykorzystania w prowadzonym postępowaniu przygotowawczym RSD-131/82/
  1. Przedsięwzięcia sprawdzające i operacyjne:
  1. Przekazać informację do Sekcji Dochodzeniowej o osobach, które zdejmowały lub czytały zawieszone ulotki z wnioskiem o przesłuchanie ich w charakterze świadków w prowadzonym dochodzeniu NR RSD-131/82. Z ciekawszych zeznań sporządzić odpisy i wykorzystać do podejmowania dalszych czynności operacyjnych w sprawie operacyjnego sprawdzenia. Wykona mjr. Edmund Kateusz w terminie do 15.06.1982r.
  2.  Nawiązać kontakty służbowe z kierownikiem i mistrzem Wydziału Montażu Krzeseł w celu zapewnienia dopływu informacji o podległych pracownikach, a szczególnie o zachowaniu byłej przewodniczącej wydziałowej NSZZ „Solidarność” Janinie Mazurek zmierzając do:
- potwierdzenia materiałów pierwiastkowych, że brała udział w rozkolportowaniu ulotek, kiedy i od kogo je otrzymała, komu przekazała do naklejenia.
- ustalenie kontaktów i ich charakteru z uwzględnieniem: kto przychodził do niej w dniu 12.05.1982r., w jakich godzinach, na jak długo, z kim odchodziła ze swojego stanowiska pracy, co przyniosła, gdzie chowała itp.
- kto i ile lakieru pobierał w dniu 12,05.1982r., kto wywoził ten lakier poza teren Montażu Krzeseł.
- Śledzenia bieżącego zachowania się Janiny Mazurek i innych osób, a w szczególności w dniach 13 każdego miesiąca – kiedy to nielegalna propaganda w treści ulotek nawołuje do organizowania ruchu oporu.
- ustalenie osób, które noszą odznaki ruchu oporu (znaczki, oporniki, aksamitki itp.)
- zbieranie innych bieżących informacji o wydarzeniach i zjawiskach będących w zainteresowaniu SB. Wykona mjr. E. Kateusz w terminie do 31.07.82r.
  1. W drodze wywiadu zebrać bieżące dane o Janinie Mazurek i Andrzeju Jędrzejczyku (jeden z kontaktów Janiny Mazurek) z miejsc zamieszkania, ich kontakty i charakter tych kontaktów, zachowanie się wśród otoczenia czy przychodzą lub przyjeżdżają obce osoby (ewentualne rysopisy, jakimi pojazdami, nr. rejestracyjne itp.) jak często itp. Wykona mjr. E. Kateusz w terminie.
  2. Wytypować, opracować i pozyskać od 1 do 3 KO, poprzez których dążyć do:
  - ustalenia osób podejrzanych o przyniesienie i rozplakatowanie ulotek,
  - badania skutków wrogiej propagandy zawartej w treści ulotek,
  - zbieranie informacji o zachowaniu się interesujących nas osób, ich kontaktach i wzajemnych powiązaniach, prowadzonych dyskusjach itp.
- obserwacji zachowań się załóg robotniczych na co dzień a w szczególności w dniach 13 każdego miesiąca – z uwzględnieniem czy i kto stosuje się do treści ulotek i organizuje ruch oporu poprzez przerwy w pracy od godziny 1200, noszenie znaczków, oporników, aksamitek lub kto nawołuje do takiej działalności. Wykona mjr. E. Kateusz w terminie do 20.07.1982r.
  1. Wykonywać na bieżąco i. wszystkie inne czynności wynikłe w toku prowadzenia sprawy i realizacji planu czynności. Wykona mjr. E. Kateusz w terminie do 10.08.1982r.
  2. Zakończyć sprawę i w zależności od wyników skierować ją do Wydziału Śledczego celem wszczęcia postępowania przygotowawczego, wykorzystać w prowadzonym postępowaniu przygotowawczym poprzez KM MO Starachowice Nr RSD 131.82 bądź do pracy profilaktycznej. Wykona mjr. E. Kateusz w terminie 31.08.1982r.
  1. Współdziałanie z innymi jednostkami.
  1. Nawiązać kontakt z Sekcją do Walki z Przestępstwami Gospodarczymi KM MO Starachowice w celu wymiany informacji i wykorzystania posiadanych źródeł osobowych, mając na uwadze poszerzenie informacji o osobach przechodzących w sprawie, ustalenia nowych osób podejrzanych o przynoszenie na teren zakładu ulotek, rozpowszechniania ich treści lub o inną działalność interesującą SB.
  2. Poprzez kontakt z Referatem do Spraw Dzielnicowych KM MO Starachowice zbierać bieżące dane w drodze wywiadów o osobach przechodzących w sprawie z miejsca zamieszkania.
  3. Te same dane co w pkt. 2 uzyskać o Andrzeju Jędrzejczyku zam. w Kuczowie poprzez nawiązanie współdziałania z Posterunkiem MO w Brodach.
  4. Utrzymywać stały kontakt z Sekcją Dochodzeniową KM MO Starachowice w celu wymiany informacji i włączenia się do niektórych czynności procesowych w prowadzonym dochodzeniu RSD -131/82. O nawiązaniu powyższych kontaktów i współdziałaniu powiadomić Komendantów Miejskiej MO w Starachowicach i Posterunku w Brodach.
  1. Uwagi końcowe: Warunkiem zakończenia sprawy jest wykonanie zaplanowanych czynności i ustalenia sprawców kolportażu ulotek oraz przekazania materiałów do organów ścigania.
Opracował
mjr. E. Kateusz 
 
Zarówno Andrzej Jędrzejczyk jak i Janina Mazurek byli cały czas pod obserwacją. W dniu 29.06.1982r. mł. chor. Teodor Świca sporządził wyciąg z informacji jaką przekazał TW ps. „ Kasztan”. Czytamy w niej między innymi:
 
„Mazurek nadal kontaktuje się z Jędrzejczykiem. Prowadzą po za wydziałem często rozmowy w czasie pracy na I zmianę. Mazurek Janina wsiada do autobusu po zakończeniu pracy i wysiada na przystanku koło „Zegarów” po czym wraca się do kościoła Wszystkich Świętych przy ul. Radomskiej. Podobnie robi Jędrzejczyk udając się do kościoła. Czy ktoś więcej z członków byłej „Solidarności” również wraz z nimi chodzą do kościoła tego informator nie może ustalić. Mazurek była zatrzymana w KM MO Starachowice w związku z podejmowaniem kolportażu ulotek. Po zwolnieniu mówiła w rozmowach z pracownikami wydziału lakierni, że nic jej nie zrobią, a jeżeli ją zamkną to będzie cierpieć za ojczyznę. W czasie rozmów wypowiadała się, że widziała jak była zatrzymana w Komendzie jak dobrze mają teraz milicjanci, jakie mają wygody w pokojach oraz, że mogą kupić w swoim sklepie rzeczy o których się ludziom nawet nie śniło. Zdaniem byłych członków Związków Zawodowych Branżowych ulotki, które się ukazują na terenie zakładu drukowane są terenie SPPD a następnie przekazywane na teren miasta. Jednak nikt dokładnie na ten temat nie potrafi powiedzieć”.
 
Chociaż majowe zatrzymanie A. Jędrzejczyka i. J Mazurek było poważnym ostrzeżeniem dla wszystkich działaczy „Solidarności” w SPPD to jednak zarówno Jędrzejczyk jak i inni działalności nie zaprzestali. Wprost przeciwnie – spotykali się po pracy w kościele Wszystkich Świętych na ulicy Radomskiej. Nie przypuszczali chyba jednak, że są bacznie obserwowani przez różnego rodzaju szpicli. Janina Mazurek prezentowała bardzo radykalną postawę wobec komunistycznej władzy i jak wynika z dokumentów wcale się z tym nie kryła. Jednak wszystko to co mówiła znajdowało odzwierciedlenie w raportach tajnych współpracowników. Mówi o tym notatka sporządzona w dniu 21.07.1982r. przez majora Edmunda Kateusza.
 
Notatka służbowa
„W dniu 20 lipca 1982r. uzyskałem informacje od KO „Z”, że Janina Mazurek w dalszym ciągu przechwala się wśród pracowników, że nienawidzi bolszewików z UB, którzy chcą ją posadzić za działalność w „Solidarności”. Mówiła, że działała dla „Solidarności”, działa i będzie działała bez względu na sankcje. Jeżeli będzie siedziała w więzieniu, to wnuczka kiedyś powie, że miała babcię, która cierpiała za Polskę. Pracownica Montażu Krzeseł Jadwiga Gawlik wypowiadała się, że Janina Mazurek utrzymuje ścisłe kontakty z byłymi działaczami „Solidarności”, a między innymi ze Zbigniewem Cieleckim - wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej, Andrzejem Religą – kolegą przewodniczącego Zarządu Tadeusza Sikorskiego i Andrzejem Jędrzejczykiem. Raz w tygodniu odbywają się (w środy) zebrania byłych członków „Solidarności” około godziny 15.00 w małym starym kościółku przy ul. Radomskiej. Na zebrania te uczęszczają wszyscy wymienieni wyżej i inni, których nie zna. Janina Mazurek idąc na takie spotkania nie wysiada na przystanku obok kościoła, lecz na następnym przy zegarach, a potem wraca się i piechotą idzie do kościoła.
Ciekawe jest zachowanie się kierownika Wydziału Krzeseł – Miernika. Jeżeli ktoś z robotników ma jakieś nieuzasadnione przerwy w pracy, pisze mu uwagę w karcie pracy. Za takie uwagi potrąca się pracownikowi dniówkę. Nigdy jednak nie wpisał takiej uwagi Janinie Mazurek, która po całych dniach opuszcza stanowisko pracy i biega na rozmowy z byłymi członkami „Solidarności”. Niektórzy podejrzewają, że kierownik boi się Janiny Mazurek, bądź popiera jej działalność. Podobno Janina Mazurek ma gdzieś ukryta maszynę do pisania i pisze na niej różne odezwy i ulotki. O tym gdzie ukrytą ma maszynę do pisania i o ulotkach udzielić ma informacji Jan Pasternak – były mistrz Wydziału Montażu Krzeseł, a obecnie pracuje na innym wydziale. W rozmowie z KO „S” Jan Pasternak powiedział, że gdyby wezwał go ktoś z MO na rozmowę i pytał o Janinę Mazurek, to on wszystko by opowiedział. Przechwalał się, że wszystko o niej wie, gdzie chodzi, czym się zajmuje itp. Do Mazurkowej ma żal, bo przed stanem wojennym Janina Mazurek doprowadziła przez intrygę do przeniesienia go do innego wydziału. Początkowo Jan Pasternak był członkiem „Solidarności” i współdziałał z Janiną Mazurek w zarządzie Wydziału Montażu Krzeseł. Później jednak nie godząc się ze wszystkimi zaleceniami a w szczególności organizowaniem strajków wystąpił z „Solidarności” – przez co naraził się Janinie Mazurek. Gdyby umiejętnie porozmawiać z Heleną Stąporek, pracownicą Montażu Krzeseł mogłaby dużo powiedzieć o Janinie Mazurek. Często denerwuje się na Mazurkową bo wychodzi od stanowiska pracy i zajmuje się niedozwolonymi sprawami. Również należałoby porozmawiać z pracownicą Montażu Krzeseł o pseudonimie „Pipi” (nazwisko do ustalenia). Często Janina Mazurek zleca jej różne czynności ale ostrzegała ją, aby nie powiedziała o tym skurwysynom z UB, jeżeli ją zatrzymają”.
Normą było, że pracownicy Służby Bezpieczeństwa wykorzystywali niesnaski pomiędzy pracownikami do uzyskiwania informacji na temat interesujących ich osób. Tak było w przypadku Janiny Mazurek. Nie zawsze oczywiście rachuby na uzyskanie w ten sposób informacji przynosiły oczekiwane efekty bo nawet jeżeli ktoś miał do danej osoby jakieś pretensje to nie mścił się donosząc na nią na milicję. Co by jednak nie mówić to przypadki wyrównywania rachunków w ten sposób się zdarzały. Jak było w tym przypadku nie wiadomo.
Bardzo ciekawa jest kolejna notatka służbowa sporządzona przez majora Edmunda Kateusza w dniu 24.07. 1982r. w notatce tej mowa jest o innym aktywnym działaczu „Solidarności” Krzysztofie Pytlarzu bracie internowanego 13 grudnia Michała Pytlarza bardzo zaangażowanego w działalność związkową a szczególnie w starachowickie wydawnictwa niezależne. 
 
Notatka służbowa
„W dniu 23.07.1982r. gdy przebywałem na terenie zakładu SPPD w Starachowicach, poprosił mnie na rozmowę sekretarz KZ PZPR inż. Benedykt Kostecki i prosił, aby pod byle jakimkolwiek pretekstem dokonać sprawdzenia pomieszczeń biurowych inż. Krzysztofa Pytlarza – kierownika inspektoratu BHP – byłego aktywnego działacza NSZZ „Solidarność”. Sekretarz twierdzi, że obserwacja Krzysztofa Pytlarza i jego zachowanie się wskazują na kontynuowanie działalności propagandowej „Solidarności”. W biurze u siebie może mieć różne broszury i inne nielegalne wydawnictwa „Solidarności”, może prowadzić kronikę aktualnej działalności „Solidarności” lub wykazy tych członków „Solidarności”, którym zleca zadania. Jeżeli wyniknie jakiś konflikt między pracownikami i dyrekcją, pracownicy ci udają się do Krzysztofa Pytlarza, a ten instruuje ich, pisze im obrony, podpowiada co mają zrobić, aby konflikt przedłużać. Ostatnio kiedy dostała wymówienie  z pracy za niewykonywanie obowiązków służbowych  była członkini „Solidarności” – kierowniczka kuchni Barbara Sobolewska-Mazur – pisał jej odwołanie i obronę aż do odwołania się do Sądu Pracy. Wymieniona miała być zwolniona z pracy z dniem 31.06.1982r., a w rezultacie pozostała w pracy nadal – jedynie zdjęta ze stanowiska kierownika kuchni z dniem 1.08.1982r. Również bardzo często Krzysztof Pytlarz wypożycza maszyny do pisania i osobiście pisz (bez udziału maszynistki) różne pisma – nie zawsze wykorzystywane w zakładzie.
Ponadto inż. Krzysztof Pytlarz w dalszym ciągu utrzymuje stały kontakt z byłymi działaczami „Solidarności”, bardzo często odbywają jakieś narady i załatwiają potajemnie.. Do osób z którymi najczęściej utrzymuje kontakty i załatwia różne sprawy należą:
- Zbigniew Cielecki zastępca - przewodniczącego komitety zakładowego NSZZ „Solidarność”
- mgr. Andrzej Jędrzejewski – radca prawny SPPD członek Komisji NSZZ „Solidarność”
- mgr. Krzysztof Radzikowski – zastępca Kierownika Wydziału Skrzynkarni. Formalnie wystąpił on z „Solidarności” ale w rzeczywistości w dalszym ciągu utrzymuje stałe kontakty z Pytlarzem i Jędrzejewskim (z radcą Jędrzejewskim częściej).
- Wiesław Kucharski – członek Prezydium Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”, zatrudniony w wydziale Skrzynkarni ( z Radzikowskim). W 1970 karany za zabór mienia społecznego z art. 200§1KK na karę 4,5 roku pozbawienia wolności. Jego żona Maria jest członkiem PZPR i pełni funkcję kierownika drukarni w Starachowicach przy ul. Kopalnianej.
- Lipiec (kobieta) – z Wydziału Skrzynkarni – członek Prezydium Komisji Zakładowej „Solidarności”. Jest żoną kierowcy z Pogotowia Ratunkowego – wspólnie przygotowywali rozróbkę w Szpitalu Miejskim w Starachowicach.
- Kowalczyk – członek Prezydium Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” – zatrudniony jako mechanik w Tartaku „Bugaj”.
- Andrzej Jędrzejczyk i Janina Mazurek – figuranci sprawy operacyjnego sprawdzenia KI – 021162.
- Maria Głodek – magazynier w magazynie materiałów budowlanych i złomu – członek NSZZ „Solidarność”. Pracownikom SPPD znana jest z pseudonimu „Pipi””.
 
Jak widzimy towarzysz sekretarz Benedykt Kostecki dokładnie obserwował co robią czołowi działacze „Solidarności” w SPPD. Nie miał też żadnych skrupułów aby meldować o tym funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa. Najpewniej robił to z przekonania, że walczy w ten sposób o socjalistyczną Polskę, którą chcieli zniszczyć ekstremiści z „Solidarności”. To, że postępując w ten sposób skazywał ludzi o których meldował na przynajmniej utratę pracy było dla niego bez znaczenia.
W dniu 10.08.1982r. starszy sierżant sztabowy P. Rapcia spotkał się z informatorem o pseudonimie „LAS” z dokumentów nie wynika czy był on TW faktem jednak jest, że przekazał on bardzo ważne informacje. Z tego, o czym rozmawiano Rapcia sporządził bardzo interesującą notatkę:
„Jeżeli chodzi o wspomnianego kuriera „Solidarności” to prawdopodobnie jest nim ob. Kowalski, który pracował w Zakładach Drzewnych w charakterze robotnika głównego magazynu. Po strajku w Zakładach zwolniony i obecnie mieszka prawdopodobnie w Kielcach. W/w ma kontakt z Rzeszowem i Warszawą, jeździ pociągiem „San”. Jego dane personalne powinny znajdować się w Dziale Kadr Zakładów Drzewnych. Kowalski prawdopodobnie kontaktuje się z ob. Mazurek i ob. Jędrzejczykiem prac. Zakładów Drzewnych. Z informacji przekazanych przez „Lasa” wynika ponadto, że Kowalski był członkiem KOR-u. Z zakładów Drzewnych zwolnił się na własną prośbę twierdząc, że to co miał do zrobienia w tych zakładach to już zrobił”.    
 
Obserwacja działaczy związkowych to było jedno, ale SB prowadziło także inne działania, które miały na celu zniechęcenie ich do działalności. Jedną z metod było wzywanie ich na przesłuchania do Komendy MO. Mówi o tym kolejna notatka sporządzona przez prowadzącego sprawę majora Edmunda Kateusza:
 
Notatka służbowa
Dnia 2 września 1982r. wezwałem do KM MO w Starachowicach pokój nr. 56 Janinę Mazurek (…) celem przeprowadzenia rozmowy profilaktycznej oraz ewentualnego wyegzekwowania od niej oświadczenia w którym zobowiązałaby się nie podejmować działalności szkodliwej dla PRL. W rozmowie chętnie rozmawiała o powstaniu w SPPD w Starachowicach NSZZ „Solidarność”, o składach poszczególnych. itp. Między innymi powiedziała co następuje:
Po założeniu w SPPD związków zawodowych NSZZ „Solidarność” najpierw odbyły się wybory do komisji poszczególnych komórek organizacyjnych a następnie do Komisji Zakładowej. Zakład nr. 4 SPPD w Starachowicach występujący na prawach wydziału obejmuje działy: Obróbki  Elementów Krzeseł, Obróbki Pomocniczej, Montażu Krzeseł, Lakierni i Tapicerni. W skład Komisji Zakładu nr. 4 wchodził przewodniczący i zastępca oraz członkowie Komisji – po dwie lub jednej osobie z poszczególnych działów. Personalnie skład był następujący:
  1. Janina Mazurek (rozmówczyni) – przewodnicząca
  2. Zbigniew Gonciarz – z-ca przewodniczącego
  3. Andrzej Jędrzejczyk – członek Komisji – przedstawiciel Obróbki Elementów
    Krzeseł.
  4. Stanisława z d. Gębura - członek Komisji – przedstawiciel Obróbki Elementów Krzeseł.
  5. Halina Haber – z Obróbki Pomocniczej i Montażu Krzeseł (jedna z dwóch, ponieważ Janina Mazurek jako przewodnicząca reprezentuje jednocześnie Montaż Krzeseł).
  6. Józef Różycki – z lakierni
  7. Hanna Majer – z lakierni
  8. Janina Luszowska – z tapicerni
  9. Helena Ziewiecka – z tapicerni
W skład Komisji Zakładowej SPPD w Starachowicach wchodziło 11 osób lecz wszystkich nazwisk i imion Janina Mazurek nie pamięta (spisałem jedynie tyle ile pamiętała):
  1. Przewodniczący – Tadeusz Sikorski
  2. Wiceprzewodniczący – Zbigniew Cielecki
  3. Członek Zarządu – Janina Mazurek
  4. Członek Zarząd – Andrzej Jędrzejczyk
  5. Członek Zarządu – Dziemba
  6. Członek Zarządu – Pytlarz
  7. Członek Zarządu – Anna Sasal lub Spasak
  8. Członek Zarządu – Wiesław Kucharski
  9. Członek Zarządu – nie pamięta ani nazwiska ani imienia
  10. Członek Zarządu – nie pamięta ani nazwiska ani imienia
Daty dokładnie nie pamięta, ale było to w połowie sierpnia 1982r. w SPPD St-ce odbyło się otwarte zebranie KZ PZPR, na które przybyli przedstawiciele z Kielc i z Handlu Starachowickiego. Na zebranie to przybyli przedstawiciele ze wszystkich wydziałów produkcyjnych i administracji. Ob. Janina Mazurek stwierdziła, że została również wytypowana na to zebranie przez mistrza Montażu Krzeseł – Kazimierza Kaczmarczyka i zobowiązana przez niego do zabrania głosu w imieniu całej załogi Zakładu nr. 4. Ogółem wytypowanych na to zebranie 5 osób z Montażu Krzeseł a to:
- Janina Mazurek
- Janina Loranta
- Zbigniew Gonciarz
- Wiesława Pikua
- jednej osoby nie pamięta
Treść wystąpienia w imieniu załogi była uzgodniona i wytyczona przez mistrza Kazimierza Kaczmarczyka. W dyskusji poruszała między innymi sprawy złego zaopatrzenia w sklepach (brak obuwia, odzieży i podstawowych artykułów żywnościowych) oraz niskich zarobków w przedsiębiorstwie.
Na pytanie jakie powinny być przyszłe związki zawodowe po odwieszeniu ich działalności odpowiedziała, że ta sprawa nie interesuje ją, nie wierzy ani stronie rządowej, ani stronie reprezentującej „Solidarność” i ona nie będzie już należała do innych związków. Początkowo wierzyła związkom zawodowym „Solidarność”, ale kiedy stwierdziła, że niektórzy również dążyli tylko do bogacenia się, straciła do nich zaufanie. Bliższych szczegółów nie chciała wyjaśnić. Na zakończenie rozmowy zaproponowałem jej podpisanie oświadczenia o niepodejmowaniu jakiejkolwiek działalności szkodliwej dla PRL (…). Proponując dałem jej do przeczytania treść oświadczenia - działo się to w obecności st. Insp. KW MO kpt. Stanisława Zarzyckiego. Treść przeczytała i powiedziała, że zgodna jest z jego postępowaniem, lecz nic nie podpisze, ponieważ nikomu nie wierzy a pracownikom SB w szczególności".
To co mówiła Janina Mazurek to jedno a co czyniła to drugie. Oczywiście nie mogła powiedzieć, że zaangażowana jest w działalność opozycyjną. Nie mogła także jednoznacznie potępić systemu komunistycznego siedząc naprzeciwko wysokich rangą oficerów SB ale jej wypowiedzi odnotowane w różnego rodzaju raportach i doniesieniach mówiły co innego. Znamienne jest to, że pomimo przyznania racji zapisom dawanego jej do podpisania oświadczenia zdecydowanie odmówiła złożenia pod nim swojego podpisu. Świadczy to jednoznacznie, że zupełnie nie zgadzała się z jego treścią. Co ciekawe to, że pomimo tego, że znajdowała się pod presją sytuacji w jakiej się znalazła – przesłuchanie w KM MO, przynajmniej dwóch funkcjonariuszy SB w pokoju – oświadczył, że SB-ekom nie wierzy. Wymagało to nie lada odwagi, bo przecież SB-ecy zachowywali się niejednokrotnie bardzo brutalnie.
 
Chociaż major Kateusz prowadził intensywne śledztwo to jednak w Starachowickim Przedsiębiorstwie Przemysłu Drzewnego ulotki ciągle się pojawiały. Mówią o tym kolejne meldunki:
 
„W uzupełnieniu sprawy operacyjnego sprawdzenia KI-21162/82 informuję, że w dniu 25 sierpnia 1982r. w godz. 5.45 – 7.30 ujawniono na terenie wydziału gospodarki samochodowej i hali tartacznej Starachowickiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego w Starachowicach /H31/0-KISM/ 10 rozrzuconych ulotek. Wszystkie ulotki sporządzone zostały drukiem koloru czerwonego na papierze formatu A-5 o następującej treści:
Rodacy Sierpień 80r. dał nam „Solidarność”. Krwawy 13 grudzień przyniósł przemoc i zniewolenie społeczeństwa. Więzienia, zaniżone zarobki i straszenie utratą pracy to broń hunty. Sile przeciwstawmy naszą jedność i patriotyzm. Władza nie pokona całego narodu. Do ogólnopolskich akcji protestu przyłączamy się i my. 31.08.82r. od godz. 19.00 spacerujemy po al.. Manifestu Lipcowego. Tak uczcimy śmierć i cierpienie polskich robotników lat 1956, 70, 76, 81. Niech prawda, sprawiedliwość i wolność zwyciężą. Domagamy się uwolnienia J. Nobisa i S.T. Kosiora.
Ulotkę podpisano: Solidarność Starachowice
Dalsze czynności w sprawie zmierzać będą do ustalenia wykonawcy i kolportera ulotek”.
 
W kolejnym meldunku czytamy:
 
„W nawiązaniu do sprawy operacyjnego sprawdzenia KI-21161/82 informuję:
W dniu 26.08.1982r. o godz. 6.00 na terenie Starachowickiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego w Starachowicach /H31/0-KISM/ ujawniono 16 ulotek z czego 11 leżało zwiniętych w rulon na tacce w stołówce Wydziału Tarcicy, 4 sztuki w palarni Wydziału Mechanicznego a 1 szt. przed tą palarnią. Treść ulotek podana została w meldunku sprawy z dnia 25.08.82r.
Dalsze czynności zmierzać będą do ustalenia osób kolportujących ulotki oraz źródła ich pochodzenia”.  
 
Następny meldunek – tym razem zastępcy naczelnika wydziału V KWMO w Kielcach kpt. mgr. Henryka Chrapka – potwierdza tylko, że pomimo prowadzonych działań w SPPD opozycja prowadził wciąż kolportaż ulotek nawet pozwala sobie na coraz więcej, bo na kominie zakładowej kotłowni pojawiła się biało-czerwona flaga z czarną wstążką symbolizującą żałobę. W meldunku czytamy:
 
„ W nawiązaniu do sprawy operacyjnego sprawdzenia nr KI-21162/82 informuję:
Na terenie Starachowickiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego w Starachowicach /H31/0-KISM/ ujawniono i zabezpieczono:
W dniu 9.11.1982r. obok kiosku spożywczego przy Wydziale Frezarni o godz. 21.30 ulotki o następującej treści:
- „Solidarność” tak związki partyjne nie” – szt. 3 wszystkie na białym papierze o wym. 10,5 cm x 14,5 cm (wykonane) gumowymi stemplami tuszem do stempli koloru fioletowo-granatowego.
- „Strajk 13 listop. godz. 10 Solidarność”. „Solidarność” wykonana pieczęcią gumową. Druk, wymiary, papier i technika wykonania jak wyżej.
W dniu 9.11.1982r. o godz. 22.10 na kominie kotłowni zakładowej wysokości około 35m wywieszono flagę biało-czerwoną z czarną wstążką.
Czynności w sprawie zmierzają do ustalenia sprawców kolportażu ulotek oraz wywieszenia flagi.”
 
Osobą, która wywiesiła flagę na kominie zakładowej kotłowni był Andrzej Jędrzejczyk. Dokonując tego kaskaderskiego wyczynu zagrał on na nosie całej starachowickiej SB-ecji co być może skłoniło oficerów zajmujących się tym, co się w SPPD dzieje do bardziej radykalnych posunięć wobec osób podejrzewanych o działalność konspiracyjną. Kolejna notatka dotyczy Andrzeja Jędrzejczyka jednego z najbardziej podejrzewanych (słusznie zresztą). W tym przypadku mamy najprawdopodobniej do czynienie z prowokacją SB mającą na celu pozbycie się tego działacza z SPPD. Wcześniejsze działania SB nie przyniosły żadnego rezultatu, bo chociaż donosy agentów mówiły jednoznacznie, że to Andrzej Jędrzejczyk i Janina Mazurek kolportują w tym zakładzie ulotki to jednak brakowało konkretnych dowodów, które można by było wykorzystać procesowo. Podejrzanych – bo tak ich należało traktować – nie można było zwolnić z pracy ani ich tym bardziej skazać na więzienie. Wydaje się, że wobec takiego stanu sprawy SB-cy uznali, że jedynym wyjście było sprowokowanie takich zdarzeń, które można było wykorzystać do legalnego pozbycia się Jędrzejczyka z firmy. Zdarzenie takie miało miejsce w dniu 13.04.1983r. Mówi o tym następna notatka sporządzona przez majora Edmunda Kateusza:
 
Starachowice dnia 13.04.83
Notatka służbowa
Dnia 13 kwietnia 1983r. około godziny 15.00 zobaczyłem, że do KM MO w Starachowicach st. sierż. Sobieraj doprowadził pijanego Andrzeja Jędrzejczyka – pracownika Wydziału Mechanicznego Krzeseł. Ponieważ doprowadzony jest figurantem sprawy nr. KI-21162/83 zapytałem funkcjonariusza MO co się stało. Odpowiedział, że Andrzej Jędrzejczyk zatrzymany został na terenie SPPD w Starachowicach za to, że podczas pracy doprowadził się do stanu upojenia alkoholowego. Po pijanemu ubliżał słowami wulgarnymi interweniującemu wartownikowi Straży Przemysłowej Adamowi Robaczkiewiczkowi i pracownicy Działu Kadr Janinie Bzinkowskiej. W czasie konwojowania go do Komendy MO w chwili gdy przejeżdżali samochodem służbowym obok kościoła przy ul. Radomskiej, począł odgrażać się st. sierż. Sobierajowi, że za zatrzymanie będzie go przepraszał w tym kościółku na kolanach. O godzinie 16.00 Andrzej Jędrzejczyk dowieziony został do Izby Wytrzeźwień i zastrzeżony do sporządzenia wniosku do Kolegium Karno-Administracyjnego. Informacja wykorzystana zostanie w sprawie operacyjnego sprawdzenia nr. KI-21162/83 a czynności zmierzać będą do sporządzenia dyscyplinarnego zwolnienia figuranta z pracy”.
 
Jest faktem, że Andrzej Jędrzejczyk napił się w pracy wódki. Sam to zresztą przyznaje w swoich wspomnieniach. Twierdzi jednak, że wypił dosłownie jeden kieliszek alkoholu, bo były akurat imieniny kolegi. Jest rzeczą oczywistą, że taka ilość alkoholu nie mogła skutkować całkowitą utratą świadomości a tak się właśnie w tym przypadku stało. Jędrzejczyk podejrzewa, że do alkoholu mógł zostać dodany jakiś preparat, który doprowadził go utraty świadomości. Mógł to zrobić jeden z tajnych współpracowników, którymi ten związkowiec był otoczony. Inną sprawą jest to, że angażując się w działalność opozycyjną Jędrzejczyk nie miał prawa zachowywać się nierozsądnie. A w tym przypadku wypicie nawet kieliszka wódki było bardzo nierozsądne delikatnie mówiąc. O tym, że sprawa mogła być operacją przeprowadzoną przez SB przemawia fakt, że E. Kateusz bardzo interesował się rozwojem wypadów o czym mówią kolejne sporządzane przez niego notatki służbowe. 
 
Starachowice dnia 15.04.1983r.
Notatka służbowa
Dnia 15 kwietnia 1983r. przeprowadziłem rozmowę z kierownikiem Działu Kadr SPPD w Starachowicach Zygmuntem Wiencławem na temat Andrzeja Jędrzejczyka. W Dziale Kadr w związku z zajściem z dnia 13.04.1983r. przeprowadzone zostało postępowanie dyscyplinarne na podstawie raportu komendanta straży z dnia 13.04.1983r., pisemnego meldunku mistrza Wydziału Mechanicznego Krzeseł Stanisława Abramczyka i oświadczenia prac. Działu Kadr Janiny Bzinkowskiej. Z meldunku i pozostałych dokumentów jasno wynika, że Andrzej Jędrzejczyk będąc w pracy wprowadził się około godz. 11,50 w stan zamroczenia alkoholowego. Widząc to mistrz zmiany Stanisława Abramczyk polecił Jędrzejczykowi odstąpić od wiertarki, przebrać się i pójść do domu. Ponieważ wymieniony nie chciał wykonać polecenia, mistrz prosił o interwencję strażnika Straży Przemysłowej Adama Robaczkiewicza. Kiedy został doprowadzony do dyżurki Straży Przemysłowej gdzie poproszono z Kadr Janinę Bzinkowską, Jędrzejczyk począł awanturować się i ubliżać obecnym słowami wulgarnymi. Nie było innej rady, jak poprosić o interwencję MO, co zostało wykonane. Po zapoznaniu się z materiałami dyrektor SPPD podjął decyzję o rozwiązaniu pracy z Andrzejem Jędrzejczykiem w trybie natychmiastowym. O decyzji tej powiadomił pisemnie zarząd NSZZ przy SPPD pismem z dnia 13.04.1983r. (…). Następnie pismem z dnia 14.04.1983r. Andrzej Jędrzejczyk powiadomiony został o rozwiązaniu z nim umowy o pracę w trybie natychmiastowym. (…). Dnia 15.04.1983r. zgłosiła się do Działu Kadr żona Andrzeja Jędrzejczyka, która przyniosła zwolnienie lekarskie męża na 9 dni od dnia 14.04.1983r. Zwolnienia lekarskiego nie przyjęto wówczas od niej, jako że dotyczyło ono byłego pracownika SPPD w Starachowicach. Zwolnienie lekarskie wydane zostało przez lekarza medycyny Mroczkowskiego”.
 
Zwolniony związkowiec nie pogodził się ze zwolnieniem z pracy i podjął walkę o przywrócenie pracy. Rozwój wypadków bacznie śledzi E. Kateusz.
 
Starachowice dnia 25.04.1983r.
Notatka służbowa
Kierownik Działu Kadr Zygmunt Wiencław poinformował mnie, że dnia 18.04.1984r. zgłosił się osobiście do niego (po raz pierwszy od zajścia dnia 13.04.1983r.) pokazując nałożony na nodze gips. Począł opowiadać, że ma pękniętą kość w nodze, ponieważ miał wypadek przy pracy w dniu 13,04.1983r. przed zatrzymaniem go w MO. Mianowice stwierdził, że spadło mu na nogę imadło, a świadkiem tego jest współpracownik Czesław Kończak. W rozmowie wnosił pretensję, że zamiast udzielić mu pomocy po wypadku przy pracy, przekazano go do MO i Izby Wytrzeźwień. W związku z tym będzie skarżył zakład do sądu. Kierownik Działu dał mu w związku z tym papier i kazał opisać okoliczności wypadku przy pracy o którym nic nie wiedział do tej pory. Andrzej Jędrzejczyk w oświadczeniu swoim z dnia 18.04.1983r., które zatytułował, że dotyczy wypadku w dniu  13.04.1983r. napisał zupełnie co innego. Treść oświadczenia jego cytuję w całości i dosłownie:
W dniu 13.04.1983r. pracowałem na wiertarce stołowej na polecenie mechanika pana Abramczyka. Wierciłem odlewy żeliwne, które mocowałem w dużym imadle maszynowym. Tego dnia nie czułem się zbyt dobrze. Byłem zmęczony i bolała mnie bardzo głowa. Poprzedniego dnia piłem wódkę. Możliwe, że z tego powodu. Po przerwie obiadowej coś mi się stało. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Nie wiem co było tego powodem. Gdy odzyskałem świadomość, byłem już na komendzie MO.
Niezależnie od tego, że Andrzej Jędrzejczyk nie potwierdził na piśmie o wypadku przy pracy, kierownik Działu Kadr wezwał na rozmowę Czesława Kończaka, który w ustnej wersji Jędrzejczyka miał być świadkiem wypadku. W rozmowie Czesław Kończak potwierdził, że Jędrzejczykowi spadło imadło na nogę i że widział to osobiście. Kiedy jednak kierownik Kadr poprosił o opisanie okoliczności wypadku w oświadczeniu, Kończak wycofał się i nie chciał napisać. Nasuwa się stąd wniosek, że Jędrzejczyk mógł namówić Kończaka do fałszywych zeznań, a ten ostatni w obawie o konsekwencje, wycofał się od poświadczenia na piśmie. Związki zawodowe nie zgłaszają zastrzeżeń do chwili obecnej w sprawie zwolnienia z pracy Andrzeja Jędrzejczyka. (…)
Dokonałem sprawdzenia w Izbie Wytrzeźwień i stwierdziłem, że Andrzej Jędrzejczyk przebywał tam w okresie od 13.04.1983r. godz. 16.00 do dnia 14.04.1983r. godz. 8.10. (…) W karcie przyjętego do Izby Wytrzeźwień jest opinia lekarza ob. Jeśko, że Andrzej Jędrzejczyk jest w średnim stanie upojenia alkoholowego”.
 
Czytając powyższą notatkę od razu rzuca się w oczy, że Jędrzejczyk nie został przebadany na obecność alkoholu. To, że uznano, że znajduje się on pod jego wpływem oparte było na ocenie jego wyglądu i zachowania. Jeżeli prawdą jest to, co twierdzi związkowiec a więc, że podano mu jakieś środki, których działanie przypominało działanie alkoholu to badanie takie podważyłoby cel, który ci, którzy to uczynili sobie postawili.  Andrzej Jędrzejczyk podjął walkę o uznanie wypadku przy pracy i powrót do pracy. Pierwszym etapem było złożenie wniosku do Zakładowej Komisji Odwoławczej. To, co się działo bacznie śledził major E. Kateusz. Powstawały kolejne sporządzane przez niego notatki. Z notatki z dnia 18.05.2015r. wynika, że posiedzenie Komisji Odwoławczej odbyło się w dniu 11 maj 1883r. Jędrzejczyk przedstawił zaświadczenie lekarskie, z którego wynikało, że od 5 do 10.05.1983r. przebywał na obserwacji w szpitalu na oddziale neurologicznym. Utrzymywał także, że jest chory na chorobę, która powoduje, że traci pamięć a jego zachowanie sprawia wrażenie, że jest pijany. W związku z tym Komisja odroczyła rozprawę i zdecydowała o zasięgnięciu opinii lekarza neurologa Piotra Adamczaka. Co by nie mówić to Jędrzejczyk nie miał żadnych szans na udowodnienie, że był pod działaniem jakichś środków, które spowodowały jego zachowanie w dniu 13 kwietnia. Dlatego aby osiągnąć cel, którym było przywrócenie do pracy imał się różnych sposobów, aby udowodnić swoje racje. I co dziwne i ciekawe to sprawę wygrał, bo przyznano mu rację. Świadczyć to może tylko o jednym, że nie było żadnych podstaw, aby związkowiec mógł być zwolniony. Jędrzejczyk nie chciał już jednak w SPPD pracować i zwolnił się sam na porozumienie stron.    
W dniu 16 sierpnia 1983r. Andrzej Jędrzejczyk podjął pracę w zakładzie w Brodach będącym oddziałem Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Terenowego w Kielcach. Co ciekawe to również tam otoczony był szpiclami, którzy natychmiast przystąpili do jego obserwacji. Inną równie ciekawą sprawą było to, że od razu zaproponowano mu wstąpienie do tworzonych przez PZPR … związków zawodowych. O sprawie tej mówi notatka sporządzona przez ppor. Jerzego Bojarę.
 
Starachowice 23.08.1983r
Notatka służbowa
W dniu dzisiejszym tw. ps. „Krystian” udostępnił mi dokumenty Andrzeja Jędrzejczyka oraz przekazał następujące uwagi.
W dniu 23.08.1983r. kierownik Zakładu Metalowego oraz przewodniczący Rady Zakładowej Jerzy C…(?) zaproponowali Andrzejowi Jędrzejczykowi wstąpienie do związków zawodowych. Propozycja ta była dla niego dużym zaskoczeniem lecz przyjął dość spokojnie. Poprosił o udostępnienie mu statutu który studiował przez dłuższy czas, a następnie sporządził sobie notatki. Po przemyśleniu propozycji oświadczył, że (…..)(?) ordynacji wyborczej na co otrzymał odpowiedź iż dokument taki znajduje się w Kielcach i można się z nim w każdej chwili zapoznać oraz wyjaśniono mu struktury związku. Po czym Jędrzejczyk oświadczył, że poczeka jeszcze z decyzją gdyż chce zobaczyć jak związki działają w zakładzie (…). Nie ujawnił swojej przynależności do NSZZ „Solidarność”. 
 
Chociaż z SPPD Andrzej Jędrzejczyk odszedł to działalność opozycyjna w zakładzie dalej była prowadzona. Wciąż pojawiały się ulotki a SB i szpicle próbowali dojść do tego, kto się tym zajmuje. Z notatki sporządzonej przez majora Edmunda Kateusza wynika, że SB wciąż obracała się w kręgu przypuszczeń i podejrzeć, ale nikomu nic udowodnić nie była w stanie.
 
Starachowice dnia 29.08.1983r.
 
Wyciąg
z informacji nr. 7/83 z dnia 25.08.1983r. tw. ps. „Bonikowski” sporządzonej ze słów tw. przez mjr. Edmunda Kateusza.
Mając na uwadze ustalenie osób zajmujących się kolportażem ulotek o wrogiej treści na terenie SPPD w Starachowicach tw. ps. „Bonikowski” zaobserwował, że może zajmować się tym ob. Ludwik Świerszcz. W przeszłości był on zagorzałym członkiem NSZZ „Solidarność”, zamieszkuje gdzieś k/Wąchocka w lesie, zatrudniony w SPPD Starachowice jak giętarz przy produkcji krzeseł (wygina elementy krzeseł – oparcia). Od około 1,5 miesiąca przebywa zwolnieniu lekarski, a mimo to bardzo często przyjeżdża rano pod zakład i kontaktuje się z różnymi pracownikami SPPD, przesiaduje na ławce w pobliżu zakładu w godzinach od 6.00 do 8.00. W dniu 24.08.1983r. również widział go tw. ps. „Bonikowski” przed zakładem SPPD w godzinach 6.00 do 8.00, na teren zakładu nie wchodził, lecz mógł komuś przekazać ulotki, które ujawnione zostały w dniu dzisiejszym rano, tj. 25.08.1983r. na Wydziale Frezarni. Wymieniony Ludwik Świerszcz może mieć kontakty z klerem z Wąchocka.
Tw. ps. „Bonikowski” sugeruje, iż ulotki pt. „APEL” mógł pisać Andrzej Jędrzejczyk były aktywny działacz NSZZ „Solidarność”, który niedawno został zwolniony z pracy dyscyplinarnie za upilstwo. Mogła to napisać również jego żona. Obydwoje zamieszkują w Kuczowie i prowadzą punkt katechetyczny (nauki dla młodych małżeństw). Ulotki może on przekazywać Janinie Mazurek zatrudnionej w Wydziale Krzeseł – byłej przewodniczącej wydziałowej NSZZ „Solidarność”.
 
 Warto zauważyć, że w SPPD esbecka agentura działała w miarę sprawnie na co wskazuje fakt, że ulotki natychmiast po ich rozrzuceniu czy naklejeniu znajdowały się w posiadaniu SB. Nie widomo jaka ilość ulotek znalazła się w posiadaniu pracowników firmy. Jednak co by nie mówić to szpiclom nie udawało się ustalić, którzy pracownicy SPPD zaangażowani byli w kolportaż ulotek. Agenci wskazywali osoby, które jak przypuszczali mogły się taką działalnością zajmować, ale konkretnych dowodów tej działalności nie byli w stanie przedstawić. Zniechęci brakiem sukcesów pracownicy SB po ponad półtorarocznym śledztwie dokonali analizy zgromadzonego materiału i uznali, że należy kontynuować sprawę, której w międzyczasie nadano kryptonim „Ulotka”.
 
Kielce dnia 25 listopada 1983r.
ANALIZA
Sprawy operacyjnego sprawdzenia kryptonim „Ulotka” nr ewidencyjny KI-21162 prowadzonej przez RUSW w Starachowicach.
 
Po zapoznaniu się z całością materiałów obejmujących okres od 28.04.1982r. stwierdzam następujący stan faktyczny:
Na terenie Starachowickiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego kolportowane są sporadycznie i w niewielkich ilościach ulotki o różnej treści. (…) Oceniając całość materiałów należy stwierdzić, że czynności zmierzające do ustalenia sprawców kolportażu ulotek oparte są na przypuszczeniach i domniemaniach oraz doniesieniach agenturalnych, które również nie wskazują na żadne źródła dowodowe. Doniesienia te sugerują jedynie poszczególne osoby, jako możliwych ewentualnie sprawców, nie podając przy tym żadnych konkretnych faktów, które mogłyby to potwierdzić. Tym samym nie można ich traktować, jako dowodów możliwych do wykorzystania w formie procesowej. (…).
Opracował:
Inspektor Wydz. Śledczego
WUSW w Kielcach
sierż. R. Mazur 
 
W dniu 1 kwietnia 1985 roku funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa poddali się. Pomimo prowadzenia różnorakich działań nie udało się ostatecznie ustalić, kto ulotki kolportował, chociaż trzeba przyznać, że trafnie typowano osoby, które tę działalność prowadziły. Jednak przeciwko Andrzejowi Jędrzejczykowi i Janinie Mazurek nie udało im się zgromadzić dostatecznie mocnych dowodów, które pozwalałyby na postawienie im zarzutów, skierowanie sprawy do sądu i skazanie na więzienie. O zakończeniu sprawy mówi meldunek sporządzony przez majora Tadeusza Sędka.
 
„W dniu 01.04.1985r. zakończono sprawę operacyjnego sprawdzenia krypt. „ULOTKA” nr ew. 21162/82 założona na zagrożenie wrogą działalność w środowiskach, kolportaż wrogich ulotek w Starachowickim Przedsiębiorstwie Przemysłu Drzewnego w Starachowicach.
Sprawę nadzorował Wydział VI Departamentu V MSW. Na terenie Starachowickiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego w Starachowicach w okresie od 12.05.82 do 9.11.1982r. były sporadycznie i w niewielkiej ilości ulotki o różnej treści. Treść ich wyczerpuje znamiona przestępstwa z art. 282 i 271§1 kk. Prowadzone postępowanie przygotowawcze w tej sprawie nie doprowadziło do wykrycia kolporterów.
Podjęte czynności operacyjne w sprawie ujawniły, że osobami podejrzanymi o kolportaż są: Andrzej Jędrzejczyk (…) zam. Kuczów nr. 171 oraz Janina Mazurek (…) zam. Starachowice ul. Miła 24B. W/w byli bardzo aktywnymi działaczami „Solidarności” przed wprowadzeniem sanu wojennego. Zainspirowano wyciągnięcie wniosków dyscyplinarnych w stosunku do w/w przez Dyrekcję SPPD w Starachowicach. Andrzej Jędrzejczyk ukarany został zwolnieniem dyscyplinarnym z pracy za przebywanie na terenie zakładu pod wpływem alkoholu a Janina Mazurek przeniesiona z biura do pracy w bezpośredniej produkcji. Zainspirowano również przeprowadzenie przez straż przemysłową i BHP kontrolę szafek ubraniowych, narzędziowych oraz stanowisk pracy. Kontrolą objęto około 100 osób. Powtarzano je wielokrotnie na różnych wydziałach. Zobowiązano kierowników wydziałów produkcyjnych do zaostrzenia dyscypliny pracy a straż przemysłową do dokonywania częstych wyrywkowych kontroli osobistych osób wchodzących na zakład.
W wyniku podjętych czynności i przeprowadzeniu rozmów ostrzegawczych z byłymi aktywnymi działaczami „Solidarności” doprowadzono do zaprzestania kolportażu wrogich ulotek na tym zakładzie. Biorąc pod uwagę, że od miesiąca kwietnia 1983r. nie odnotowano faktu kolportażu wrogich ulotek postanowiono sprawę operacyjnego sprawdzenia zakończyć, a materiały złożyć w archiwum Wydziału C. WUSW w Kielcach”.  
W sprawie o kryptonimie „Ulotka” wykorzystano Tajnych Współpracowników o pseudonimach: „Kasztan”, „Bonikowski”, „Brzoza”, „Maron”, „Antek” i „Krystian”.     
  
2018-06-03T14:30:01+02:00
Nie 3 Cze, 14:30
Andrzej Jędrzejczyk
2018-06-03T14:29:37+02:00
Nie 3 Cze, 14:29
Wywiad Jana Seweryna z Andrzejem Jędrzejczykiem
2018-06-03T14:28:04+02:00
Nie 3 Cze, 14:28
Wywiad Jana Seweryna Andrzejem Jędrzejczykiem
Wywiad
Jana Seweryna
z
Andrzejem Jędrzejczykiem
 
Zacznijmy od początku, czyli od roku 1980. Pamiętam, że w Starachowickim Przedsiębiorstwie Przemysłu Drzewnego (SPPD) potocznie zwanym „tartakiem” na początku września wybuch strajk.
Tak wybuch strajk. Ja podczas tego strajku byłem jednym z najaktywniejszych, którzy w nim brali udział. Dlatego od razu zostałem wybrany do ochrony zakładu.
Jaki był cel tego strajku?
Chodziło o podwyżkę płac. To był typowy strajk ekonomiczny.
Jak rozumiem strajkiem tym nie kierował związek zawodowy, ale to załoga podjęła strajk a prowadzili go wybrani przez załogę ludzie.
Tak. Na szefa, który tym wszystkim kierował wybrano Tadeusza Sikorskiego a do niego dobrano jeszcze kilku czy kilkunastu młodych aktywnych ludzi, którzy chcieli się tym zająć. Wśród nich byłem oczywiście i ja. Powiem, że podczas strajku ludzie zachowywali się bardzo różnie. Jedni działali aktywnie, inni po prostu strajkowali, ale bez jakiegoś większego zaangażowania, ale byli i tacy, którzy nie strajkowali, lecz poszli do domu. Zadaniem grupy powołanej do ochrony zakładu było przejęcie zadań straży przemysłowej. Wartownicy już nie ochraniali zakładu, ale my. Dostaliśmy nawet urządzenia do komunikowania się takie przenośne telefony czy krótkofalówki. Mnie wybrano także w skład grupy negocjacyjnej, na która miała rozmawiać z dyrekcją o podwyżkach płac.
Jak duża była tak grupa?
Dokładnie nie pamiętam, ale była to duża grupa, bo z każdego wydziału był delegat. Rozmowy odbywały się podczas strajku, ale także po zawieszeniu strajku, bo po dwu albo trzech dniach strajk został zawieszony. Nie pamiętam, kiedy to było, ale pewnie po strajku, zakład odwiedził Ignacy Kordelewski który podczas przerw śniadaniowych informował ludzi o tym, że mogą założyć sobie niezależny związek zawodowy „Solidarność”. Od razu zaczęły powstawać wydziałowe komisje założycielskie, które wysuwały swoich przedstawicieli do tymczasowej zakładowej komisji założycielskiej. Ja w tej komisji reprezentowałem dział obróbki. Na pierwszym zebraniu na przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w SPPD wybrano Sikorskiego a mnie wybrano na wiceprzewodniczącego, czyli jego zastępcę. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat i zostałem wiceprzewodniczącym związku w zakładzie, który zatrudniał ponad dwa i pół tysiąca ludzi.
Czym zajmowaliście jako związkowcy?
W pierwszej kolejności organizowaliśmy związek na wydziałach gdzie jeszcze go nie było. Bo były wydziały, na których działano prężnie, ale były i takie, na których nie było chętnych do działania. Szliśmy na taki wydział robiliśmy zebranie i przekonywaliśmy ludzi o tym, że związek jest im potrzebny i żeby się do niego zapisywali. W międzyczasie doszło do pewnych nieporozumień z przewodniczącym Sikorskiem który był delegatem załogi na rozmowy ze zjednoczeniem. Sikorski jeździł na te spotkania, ale nie informował ani nas ani załogi jak te spotkania przebiegały i co podczas nich było załatwione. Gdy przebrała się miarka Komisja Zakładowa zdecydowała o odwołaniu Sikorskiego z delegata na rozmowy ze zjednoczeniem a na jego miejsce powołano mnie. Było to jakoś tak pod koniec listopada a na początku grudnia.
Ale chyba nie byłeś sam.
Z naszego zakładu byłem tylko ja.
Jak to, to nie były to rozmowy przedstawicieli SPPD ze zjednoczeniem, ale brały w nim udział również  reprezentacje innych zakładów?
Tak. W rozmowach brały udział wszystkie większe firmy przemysłu drzewnego z całej Polski.
No i o czym były te rozmowy?
O wszystkim. O produkcji, o płacach.
Jakie były efekty tych rozmów?
Na pewno jakieś były, ale dzisiaj już nie pamiętam szczegółów. Podczas tych spotkań wiele się nauczyłem, bo przecież o wielu rzeczach nie wiedziałem.
Myślę, że błędem było wciąganie się w jakieś zbiorcze rozmowy. Na pewno lepiej by było gdyby negocjował czy rozmawiał jeden zakład wtedy można by było mówić o problemach tego jednego zakładu. A tak to każdy zakład zgłaszał swoje problemy i każdy ciągnął do siebie.  
Wtedy była tak struktura organizacyjna i tak to chyba musiało być.
Jak się rozwijał związek w SPPD?
Bardzo dynamicznie się rozwijał. Było w nim ponad 90% załogi. Istniał wprawdzie jeszcze komunistyczny związek z CRZZ-u, ale zupełnie się on nie liczył. Liczyła się tylko „Solidarność”.
Ale wróćmy jeszcze do strajku. Czy udało się wtedy wystrajkować podwyżkę?
Tak. Przecież tylko dlatego został zawieszony strajk.
Jak przebiegała działalność nowopowstałego związku?
Działaliśmy dość prężnie. W skład Komisji Zakładowej wchodzili ludzie, którym chciało się coś robić. Oprócz Sikorskiego i mnie w Komisji Zakładowej byli między innymi: Zbigniew Cielecki, Janina Mazurek, Krzysztof Pytlarz, Kowalczyk. Spotykaliśmy się regularnie raz w tygodniu i omawialiśmy aktualne sprawy. Tu dodam, że gdy zostałem wybrany na delegata do rozmów z dyrekcją firmy to zaczęła się mną interesować milicja. Dowiedziałem się o tym od Sikorskiego. Powiedział mi, że nasz dzielnicowy bardzo się mną interesuje. Dopiero później okazało się skąd on o tym wiedział. Nie mogłem zrozumieć, o co im chodzi, bo przecież związek był legalny ja też legalnie działałem a tu milicja ma coś do tego. Z dzisiejszego punktu widzenia to milicja mogła się mną interesować jeszcze wcześniej, bo ja bardzo ściśle współpracowałem z kościołem a konkretnie z księżmi Murawskimi. Oni byli w parafii w kościele Wszystkich Świętych w Rynku. To byli bracia. Ksiądz Czesław Murawski prowadził kursy dla osób, które miały prowadzić kursy przedmałżeńskie i ja taki kurs ukończyłem, a później kursy przedmałżeńskie prowadziłem. To się mogło komunistycznej władzy nie podobać. A jeszcze wcześniej w wieku siedemnastu lat wraz z Kostkiem Koszarskim zbierałem podpisy pod prośbą o zgodę na budowę kościoła w Stykowie. To były lata siedemdziesiąte. Działałem też w ruchu OAZO-wym. Jak wiadomo milicja interesowała się tym, co robi kościół a więc na pewno i ludźmi, którzy przy kościele działali.
Wróćmy jednak do działalności związkowej. Czy jako zarząd związku mieliście jakieś utrudnienia w działalności ze strony dyrekcji zakładu?
Jakichś większych przeszkód nie mieliśmy bo przecież działaliśmy legalnie. Utrzymywaliśmy stały kontakt ze starachowicką delegaturą „Solidarności”. Sikorski mniej się w te kontakty angażował, ale ja starałem się raz w tygodniu być w delegaturze, aby zasięgnąć informacji, co się w związku dzieje.
Jak się dowiedziałeś o wprowadzeni stanu wojennego?
Dowiedziałem się jak chyba wszyscy z radia. Ale jeżeli chodzi o mnie to nic specjalnego się nie działo. Milicja mnie nie odwiedziła. Nie internowali mnie.
To w poniedziałek rano 14 grudnia poszedłeś normalnie do pracy.
Tak. Poszedłem do naszego związkowego biura. Ale było on zamknięte. Więc poszedłem na swój wydział, z którego byłem do pracy związkowej oddelegowany.
To ty byłeś na etacie związkowym?
Tak.
No, to czemu tego nie mówisz? Poszedłeś do związkowego biura, ale jak mówisz było ono zamknięte.
Było zamknięte, więc zanim poszedłem na wydział to wróciłem się na bramę i pytam wartownika gdzie są klucze. Wtedy on powiedział mi, że mam się zgłosić do kadr. Gdy poszedłem do kadr to tam polecono mi się zgłosić na wydział. Tam podjąłem tę samą pracę, co przed oddelegowaniem. Po pierwszym szoku musieliśmy się dostosować do nowej sytuacji. Dowiedzieliśmy się także, że nasz przewodniczący, Tadeusz Sikorski, przed stanem wojennym bardzo często bywał na komendzie milicji. To był dla nas szok. Inną sprawą była postawa pracowników. Część z nich zachowywała się w stosunku do mnie dziwnie, bo jeszcze wczoraj traktowali mnie jak kogoś bardzo ważnego a już następnego dnia udawali, że mnie nie znają. I to głównie tak zwani zwykli pracownicy. Natomiast przełożeni zachowywali się normalnie. Myślę, że po prostu nie wiedzieli, co się będzie dalej działo i przezornie starali się przeczekać nie określając się, po której są stronie. Na pewno stan wojenny był dla wszystkich wielkim przeżyciem, bo tak naprawdę to nie było wiadomo z czym się ten stan wojenny kojarzy. Czy z wojną, czy zamachem stanu czy jeszcze z czymś inny? Nie wiadomo był, jakie przepisy obowiązują a jakie nie. Czy rządzi rząd czy wojsko? No nic nie było wiadomo. Były wprowadzone różnego rodzaju rygory jak chociażby godzina milicyjna. Wszyscy dostaliśmy przepustki, które umożliwiały przyjście do pracy i powrót z pracy w godzinach obowiązywania godziny milicyjnej.
Czy spotkałeś się z przewodniczącym Komisji Zakładowej Sikorskim i z innymi członkami Komisji?
Nie z Sikorskim się nie spotkałem, ale spotykałem się członkami Komisji między innymi ze Zbigniewem Cieleckim i panią Janiną Mazurek. Przeważnie spotykaliśmy się po pracy w kościele na ulicy Radomskiej. Były to takie nieoficjalne spotkania. Dzisiaj wiem, że byliśmy obserwowani a o naszych spotkaniach wiedziała Służba Bezpieczeństwa. Wtedy jednak wydawało nam się, że dobrze konspirujemy.
A czy nie myśleliście o zorganizowaniu strajku?
Nie, bo w zakładzie zupełnie nie było warunków ku temu. Było zastraszenie, więc nikt nawet o strajkowaniu nie myślał. Mnie od razu powiedziano, że mam zakaz wychodzenia na inny wydział bez zgody i powiadomienia mojego majstra, co był o tyle dziwne, że ja jako pracownik wydziału remontowego musiałem chodzić po wszystkich wydziałach. Gdy była awaria jakiejś maszyny to musiał mnie tam wysłać majster. Miałem tam iść zrobić swoje i po powrocie zameldować majstrowi, że już wróciłem.
I tak robiłeś?
Tak robiłem, bo powiedziano mi, że jeżeli się do tych poleceń nie zastosuję to na mocy przepisów stanu wojennego zostanę zwolniony z pracy.
Co się działo po pierwszych dniach stanu wojennego?
Gdy wszystko się już jako tako „unormowało” zacząłem myśleć nawiązaniu kontaktów z innymi działaczami związkowymi. Poprzez ludzi związanych z delegaturą poznałem Zbigniewa Rafalskiego, doktora ……….. On mieszkał koło kościoła w rynku i tam u niego w domu spotykaliśmy się. Przychodziło tam kilka czy kilkanaście osób, ale w tej chwili nie pamiętam, kto to był. Nawiązałem także kontakt z Ewą Markowską. To właśnie od niej dostałem maszynę do pisania. Ta maszyna to była z delegatury. Jeszcze przed stanem wojenny popsuła się, więc ją dali do naprawy i dzięki temu się ona uratowała. Później Ewa Markowska przyjeżdżała do mnie i na tej maszynie pisała ulotki. U mnie w domu też odbywały się tajne spotkania między innymi z udziałem Ewy Markowskiej i Zbigniewa Cieleckiego. Nawiązałem też kontakt z Edwardem Dudkiem. Z Edwardem Dudkiem i Piotrem Krysiakiem, który pracuje w „Tygodniku Starachowickim” byliśmy na spotkaniu z Lechem Wałęsą w Racławicach tuż po jego wyjściu z internowania. Jeszcze powiem, że już w styczniu 1982 nosiłem w klapie ubrania opornik.
Oporniki jak gdyby zastępowały znaczki „Solidarność”. Nie miałeś z tego powodu jakichś problemów?
Nie, żadnych problemów nie miałem.
Skąd się pojawiły pierwsze ulotki w SPPD?
Ja je przyniosłem.
A skąd je miałeś?
Były wydrukowane u mnie w domu przez Ewę Markowską. Drukowała je na maszynie.
Co Ewa Markowska miała wspólnego z SPPD?
No nic nie miała, ale myśmy się znali jeszcze z legalnej działalności, bo spotykaliśmy się w delegaturze.
Myślę, że pisząc na maszynie nie można było tych ulotek zbyt wiele wydrukować.
Pierwsze ulotki to były pisane ręcznie
Nie było to chyba zbyt bezpieczne, bo przecież pismo bardzo łatwo można zidentyfikować.
Tak, ale dla bezpieczeństwa pisał te ulotki ktoś, kto z naszym zakładem nie był związany. I tak samo było z innymi zakładami. Ja pisałem ulotki, które były rozprowadzane w innym zakładzie.
No dobrze. Jak były rozprowadzane ulotki, które przynosiłeś do SPPD?
Początkowo ulotki były robione na 13 każdego miesiąca, czyli na dzień wprowadzenia stanu wojennego. Rozprowadzały je osoby, do których miałem zaufanie a więc Zbigniew Cielecki, Janina Mazurek, Kowalczyk. Ja osobiście podkładałem ulotki na palarni, rozkładałem w szatni wkładałem kolegom do szuflad. Bezpośrednio nikomu do ręki nie dawałem, bo wiedziałem, że nie każdemu można ufać. Sparzyłem się na Sikorskim więc stałem się bardzo ostrożny.
A co się działo z tym Sikorskim?
Pracował normalnie. Wrócił na to samo stanowisko, które zajmował przed stanem wojenny. Był mistrzem na lakierni.
Jednak tym, że w SPPD pojawiają się ulotki zainteresowała się Służba Bezpieczeństwa. Ty o tym nie mogłeś oczywiście wiedzieć.
Nie wiedziałem, ale dowiedziałem się 13 maja, gdy mnie i panią Mazurek aresztowano w pracy. Wieźli nas na komendę osobnymi samochodami abyśmy się nie mogli kontaktować. Było to około godziny dziewiątej rano. Kazali mi się przebrać z roboczego ubrania i w mojej obecności przetrząsnęli moją szafkę narzędziową. Dopiero później dowiedziałem się, że zrobili mi rewizję w domu a także u teścia i ojca. Na komendzie trzymali mnie do 15 maja do godziny dwudziestej. Jeden z oficerów podczas przesłuchania pokazał mi ulotkę i powiedział, że to jest ulotka, którą znaleźli u mnie w domu. Myślałem jak z tego wybrnąć, aby nie wkopać mojej rodziny. Powiedziałem więc, że dzień wcześniej, czyli 12 maja znalazłem ulotki w pracy w mojej szufladzie. Że ktoś mi je tam podrzucił a ja bojąc się, że może je ktoś zauważyć zabrałem je do domu i zamierzałem zniszczyć. Naprawdę jednak było tak, że w domu zostały te ulotki, których nie zabrałem, gdy szedłem do pracy. Moja żona Teresa zauważyła je i schowała do wazonu na kwiaty a maszynę wyniosła do komórki i przykryła ją porąbanym drewnem. Tak, więc ani u mnie w domu ani u ojca ulotek nie znaleźli.
Jak to nie znaleźli skoro w dokumentach SB jest, że twoja żona, a także ojciec i siostra przyznali się, że w domu ulotki były?
Nie było, ale oni tak zeznali po zapoznaniu się z protokółem mojego zeznania. Powiedzieli tak, aby mnie ratować. Ja natomiast zeznałem, że ulotki były, ale ja ich nie drukowałem tylko przyniosłem z zakładu. Ojciec zeznał, że ja przyniosłem do niego ulotkę, ale on ją spalił, bo się bał.
Dziwne to jest i ja z tego mało rozumiem. Twoja, żona szczegółowo zeznała, że ulotki przyniosłeś, że leżały na stole a ty twierdzisz, że były a teraz mówisz, że nic nie znaleźli.
Bo nie znaleźli. Oni mieli tylko te, które znaleźli u mnie w pracy, ale chcieli, aby ktoś z rodziny zaplątał się w zeznaniach i powiedział, że ulotki drukowane były u mnie w domu. Ale nikt się wygadał.
No, ale przecież zeznając, że dostali od ciebie ulotki oni cię „wkopywali”.
„Wkopywali” mnie w przywiezienie ulotek, ale nie w drukowanie i kolportowanie. A to było najważniejsze. Ja kreowałem siebie na takiego, który wziął ulotki, ale ani ich nie czytał ani tym bardziej ich nie kolportował. I to mi się udało. Później ze Zbigniewem Cieleckim nawiązaliśmy kontakty z Nową Hutą i jeździliśmy tam i przywoziliśmy różne materiały. Przywoziliśmy także coś z Katowic. Ktoś inny miał kontakt z Warszawą i też jakieś gazetki przywoził. Niestety Cielecki wyemigrował do Kanady i zostałem sam. Później jakoś tak to wszystko samoczynnie wygasło a kiedy w 1983 roku zniesiono stan wojenny to już nie było sensu robić ulotek.
Nie uważam, że nie było sensu robienia ulotek, bo ulotki były w Polsce drukowane do 1989 roku. Z akt SB wynika, że zostałeś zwolniony z pracy.
Było to 13 kwietnia 1983 roku. Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje mi się, że ktoś mi czegoś dolał podczas obchodzenia imienin. Był to prawdopodobnie tajny współpracownik „Brzoza”. Dawniej imieniny w zakładzie obchodzone był z alkoholem. Nie piło się oczywiście na umór a symbolicznego kielicha. Po tym kielichu dostałem takiego zamroczenia, ze zupełnie nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. W tym czasie na stopę spadło mi imadło przemysłowe i zmiażdżyło mi palec. Gdy straciłem świadomość przyjechała milicja i jako pijanego zabrali mnie z tym zmiażdżonym palcem i obtłuczoną stopą na izbę wytrzeźwień. Nie poddano mnie próbie na zawartość alkoholu. Nie mieli żadnego dowodu, że byłem pod wpływem alkoholu.
W raporcie lekarza jest wpisane, że wyglądałeś na pijanego.
Ale to było stwierdzone „na oko”. Z izby wytrzeźwień przewieźli mnie na komendę. W sumie trwało to dwa dni. Gdy mnie wypuścili z komendy poszedłem piechotą do szpitala. Noga strasznie mnie bolała.
Jeżeli mówisz, że imadło spadło ci na stopę to, dlaczego nie zgłosiłeś wypadku do swojego przełożonego?
Nie miałem możliwości, bo po pierwsze nie wiedziałem, co się ze mną dzieje a po drugie to błyskawicznie zostałem zabrany przez milicję. Ale przecież wszyscy widzieli, że uległem wypadkowi.
Tak wszyscy widzieli tylko nikt tego nie chciał potwierdzić. Wprawdzie jeden z pracowników poświadczył to, ale później się z tego wycofał.
Nie chciał tylko podpisać tego, co wcześniej zeznał. SB miało doskonałą okazję, aby się mnie z zakładu pozbyć, dlatego nie czekali na wyjaśnienie sprawy, ale już 14 kwietnia zostałem z pracy dyscyplinarnie zwolniony. Byli pewni, że się mnie pozbędą, ale jak się później okazało sąd pracy to wszystko podważył. Musieli się z karnego zwolnienia wycofać i odszedłem z firmy na zasadzie porozumienia stron z dniem 31 lipca. Zatrudniłem się w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Przemysłu Terenowego w Kielcach odział w Brodach. Zakład znajdował się tuż obok komendy Milicji Obywatelskiej. Tylko w tym zakładzie wolno mi było pracować. W żadnym innym na terenie Starachowic i najbliższej okolicy.
Próbowałeś się zatrudnić w jakichś innych zakładach?
Tak próbowałem. To, że mogę podjąć pracę tylko w tym zakładzie powiedziano mi w Biurze Pracy, które znajdowało się w Urzędzie Miasta
Ale jeszcze wróćmy do tego momentu, gdy zabrano ci z zakładu. Mówisz, że były imieniny i że co nieco wypiłeś.
Wtedy normą było, że podczas imienin należało coś wypić.
Głupotą z twojej strony było wypicie nawet symbolicznego kieliszka, gdy zajmowałeś się kolportowaniem ulotek a wcześniej byłeś jednym z czołowych związkowców w SPPD.
Tego dnia nie miałem ulotek a nie wypicie kielicha byłoby ubliżeniem solenizantowi! Gdyby to był zwykły kielich to nic by się nie stało, ale ten, który wypiłem musiał być czymś doprawiony, bo tak na mnie podziałał, że jak już powiedziałem nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.
No, ale podczas zeznań wyparłeś się tego, że jednak trochę się napiłeś.
Wyparłem się, bo musiałem walczyć o swoje. Zresztą gdybym się przyznał to byłoby na rękę tym, którzy chcieli się mnie pozbyć. A przecież oni popełnili kardynalne błędy podczas zwalniania mnie. Potwierdził to później sąd pracy. Głównie dział kadr się splamił.
Z akt wynika, że w dziale kadr zrobiłeś im porządną awanturę.
Nie tylko w dziale kadr, ale oberwało się też i wartownikowi a nawet milicjantowi, który mnie wiózł. Gdy przejeżdżaliśmy koło kościoła Wszystkich Świętych powiedziałem mu, że niedługo na kolanach będzie mnie przepraszał za to, co mi w tej chwili robi. Jak mówię byli tacy niekompetentni, że nawet nie umieli mnie zgodnie prawem zwolnić. Jednego razu, gdy mogłem już jako tako chodzić, chociaż nogę w dalszym ciągu miałem w gipsie, zaszedłem do działu kadr a tam kadrowiec mówi mi: Panie, co pan wyrabia, pana losem interesuje się cała załoga.
Gdy poszedłeś do nowej pracy to tam miałeś już spokój?
A skąd nie miałem żadnego spokoju. Niejaki porucznik Jerzy Bojara przyjeżdżał, co miesiąc do zakładu i robił na mój temat raport. Zaraz po przyjęciu się do nowego zakładu musiałem zameldować się u komendanta Dudy. Firma w której zacząłem pracować przez płot sąsiadowała z komendą milicji. U komendanta Dudy miałem się obowiązek meldować raz w miesiącu a oprócz tego u gminnego pierwszego sekretarza PZPR, który urzędował w Urzędzie Gminy znajdującym się po drugiej stronie ulicy. Sekretarzem tym był Marian Mróz. Jak widać moją skromną osobą zajmował się nie tylko Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych Wydział „C”, ale także organizacja polityczna czyli PZPR.
Niestety nie ma o tym śladu w aktach, które otrzymałeś z IPN-u.
Nie ma, ale przecież część akt spłonęła podczas pożaru w Kielcach.
Jakieś akta spalono także w Starachowicach. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że były wśród nich i twoje. Teraz inna sprawa. Podobno zawiesiłeś na kominie kotłowni w SPPD flagę „Solidarności”. Powiedz jak to z tym było.
Nie pamiętam, którego dnia, ale też na którąś z rocznic postanowiłem wywiesić związkową flagę na kominie zakładowej kotłowni. W nocy dostałem się na teren zakładu, wszedłem na komin i flagę zawiesiłem.
Jak wysoki był ten komin?
O był wysoki, bo miał jakieś trzydzieści metrów.
To rzeczywiście wysoki. Nie bałeś się tam wchodzić?
Ja jestem z tych, którzy strachu nie czują przed niczym.
Jak długo wisiała ta flaga?
Nie długo. Jak tylko zauważyli, że wisi to ją zdjęli. Było to z samego rana.
Co jeszcze możesz powiedzieć o swojej działalności?
Brałem udział w kolportowaniu ulotek wzywających do manifestacji w Starachowicach w dniu 31 sierpnia 1982 roku a później uczestniczyłem w tej manifestacji. Manifestacja bardzo się udała. Brało w niej udział bardzo wielu mieszkańców Starachowic. Widziałem jak ORMO-wcy i jacyś partyjni działacze biegali obok tego pochodu i próbowali poznawać, kto w nim idzie. Wiem, że to byli ORMO-wcy i partyjniacy, bo niektórych z nich znałem. Doszło nawet do tego, że z bloku, który znajduje się prawie na wprost komendy milicji ktoś rzucał w manifestantów torbami foliowymi z wodą. Prawdopodobnie w bloku tym mieszkali sami partyjniacy stąd takie a nie inne ich zachowanie.
Nie pamiętam takiego incydentu, chociaż też w tej manifestacji uczestniczyłem.
Były takie incydenty, a powiem też, że i wyzwiska padały z tego bloku.
Ty jak zwykle gonisz do przodu. Wróćmy jednak do tej flagi wywieszonej na kominie. Skąd ci się wziął taki pomysł.
Byłem młody, bo miałem dwadzieścia pięć lat, byłem odważny i miałem też różne przebojowe pomysły.
Czy w zakładzie komentowano twój wyczyn?
Nikt nie wiedział, że to ja zrobiłem, ale ludzie o tym, że była wywieszona flaga „Solidarności” rozmawiali między sobą.
No dobrze. Powiedz jak przebiegało twoje comiesięczne meldowanie się na komendzie MO.
Przychodziłem powiedziałem, że jestem i tyle.
Czy o coś cię pytano?
Zadawali mi jakieś pytania, ale nie pamiętam, o co im chodziło. Były to takie rutynowe pytania. Proponowano mi także zapisanie do nowych komunistycznych związków zawodowych. Zwodziłem ich twierdząc, że się zastanowię, ale tak naprawdę to nawet nie pomyślałem, żeby się zapisać.
No i nie zapisałeś się.
Nie. Dodam, że chociaż tak się starali mnie kontrolować to jednak sami popełnili w stosunku do mnie poważne błędy prawne. I później musieli się z pewnych spraw wycofać. Chodzi mi o to, że w nowym moim miejscu pracy zapomnieli podpisać ze mną umowy o pracę. Zaproponowali mi podpisanie umowy dopiero po piętnastu czy szesnastu dniach pracy.
Nie miało to chyba dla ciebie jakiegoś specjalnego znaczenia.
A właśnie, że miało, bo wiedząc, że oni nie dotrzymali terminów i procedur nie przyjąłem płacy, jaką mi zaproponowano, ale zażądałem najwyższej stawki jak była w zakładzie.
I dali ci?
A jakie mieli wyjście? Oczywiście, że dali.
A gdy chodziłeś do sekretarza PZPR Mariana Mroza to, o co on cię pytał?
Pan książę udzielny Marian Mróz, który czuł się władzą w gminie Brody chciał wiedzieć, jakiego to ma na swoim terenie wroga. Wzywając mnie do siebie chciał mi dać do zrozumienia, że on tu rządzi a po za tym, że ma mnie na oku. Podczas mojej pierwszej wizyty u towarzysza sekretarza był tam też i komendant MO. Później już do każdego z nich chodziłem oddzielnie.
Jak długo trwało  twoje meldowanie się u pana Mroza?
Nie bardzo pamiętam, ale do czasu, gdy pracowałem w tej firmie. Później, gdy podjąłem prywatną działalność już nie chodziłem. Założyłem własną firmę i zacząłem budowę kościoła w Stykowie. Jako właściciel prywatnej firmy nie musiałem nikogo słuchać.
A co to miało za znaczenie? Przecież mogli cię wzywać i wtedy.
Wcześniej, gdy pracowałem w WPPT przychodził do mnie mój przełożony i mówił, że wzywa mnie pan Mróz i że mam się do niego zgłosić. Więc musiałem iść. A teraz to, kto mi mógł kazać?
Czy z założeniem tej firmy miałeś jakieś problemy?
Nie. Wtedy nastała już taka „moda” na rozwój działalności prywatnej i było to przez ówczesną władzę nawet dobrze widziane.
A co z działalnością polityczną?
W roku 1989 włączyłem się aktywnie w tworzenie Komitetów Obywatelskich. W gminie Brody byłem pierwszym, który się tym zajął. Później zostałem wybrany na radnego w Kuczowie a następnie na członka zarządu gminy Brody. W skład zarządu wchodził wójt Andrzej Śliwa, ja czyli Andrzej Jędrzejczyk, Andrzej Mąka z „Solidarności” z narzędziowni FSC z Dziurowa, Krzysztof Gębura z „Solidarności” leśników z Połągwi, Mazur (nie pamiętam imienia) z zakładu energetycznego też z „Solidarności”. Można powiedzieć, że „Solidarność” wtedy rządziła gminą Brody. Oczywiście musieliśmy się nauczyć jak działa samorząd, bo przecież było to dla nas nowe doświadczenie. Ale uważam, że podołaliśmy nowym wyzwaniom. Praktycznie przegłosowywaliśmy wszystko to cośmy chcieli. Ja jako człowiek bezkompromisowy byłem niewygodny dla wójta Śliwy, dlatego gdy minęła kadencja i doszło do następnych wyborów wójt podjął działania abym nie był ponownie wybrany. Jako mojego kontrkandydata zgłosił mojego sąsiad, członka mojej rodziny, i jeszcze kilku członków mojej rodziny tak, że w efekcie głosy się rozbiły i nie zostałem na drugą kadencje wybrany. Cel został osiągnięty. Wójt mógł działać swobodnie, bo nikt mu się już nie sprzeciwiał. Ja jednak nie zaprzestałem działalności, chociaż nie mogłem już działać we władzach gminy. Zaangażowałem się w działalność w Lidze Polskich Rodzin. Udało nam się stworzyć prężną gminną organizację z którą wójt musiał się liczyć. Nasze działania doprowadziły do ujawnieniu wielu nieprawidłowości w gminie, co między innymi przyczyniło się do tego, że pan Śliwa wójtem już nie jest. Muszę powiedzieć, że chęć do działalności społecznej miałem od zawsze, dlatego po zakończeniu działalności w LPR założyłem Stowarzyszenie Razem, które w tej chwili liczy około pięćdziesięciu członków. Całe moje życie związane jest z ideami wyższego rzędu. Uważam, że życie ma tylko wtedy jakiś sens, gdy robi się coś dla celów wyższych. Nasze Stowarzyszenie zajmuje się pomocą ludziom, którzy nie potrafią sobie w dzisiejszych czasach poradzić. Są to ludzie dotknięci różnymi chorobami, mało sprawni intelektualnie itp. Trzem rodzinom udało się założyć wodę do mieszkań, do posesji jednej z osób (jest kaleką, bo nie ma nóg) doprowadzony został wodociąg.
Co możesz jeszcze o sobie powiedzieć?
Dużo mojej pracy zostało włożone przy budowie sanktuarium w Kałkowie. Głównie metaloplastyka i ołtarze. Ołtarz księdza Wyszyńskiego, ołtarz księdza Popiełuszki, bram wejściowa to moje dzieła. Mojej konstrukcji była winda, którą wciągano kamienie podczas budowy Golgoty. Od dawna jestem członkiem rady sołeckiej i jak mówiłem działam w Stowarzyszeniu Razem.
Jak oceniasz to, co się działo w latach 1980-1981?
Gdy wybuch ten strajk w SPPD to poczułem się tak jakby mi skrzydła urosły. Poczułem się w pełni obywatelem tego kraju. Zobaczyłem, że coś ode mnie zależy, że mogę się swobodnie wypowiedzieć. Do strajku to właściwie należałem do grupy tych, z którymi nikt się nie liczył. Potrzebni byliśmy tylko do roboty. Byliśmy ludźmi drugiej kategorii. A podczas strajku i już później wszystko zupełnie się zmieniło. Rozmawiali z nami, liczyli się z naszym zdaniem i co najważniejsze musieli przychylać się do naszych postulatów.
A co sądzisz o stanie wojennym?
Stan wojenny to było sprawdzenie charakterów. Było sprawdzeniem tego, co kto jest wart. Ten wielki bohater, który podczas strajku zabłysną jak gwiazda okazał się niegodnym ludzkiego zaufania. Działał, bo tak mu kazali.
Chodzi ci o Tadeusza Sikorskiego?
Tak. Ale nie sprawdzili się także i inni ludzie.
Co możesz powiedzieć o Krzysztofie Pytlarzu?
Tak znałem Krzysztofa Pytlarza, bo był jednym z członków Komisji Zakładowej w naszym zakładzie i reprezentował tam administrację. Z tej racji współpracowaliśmy. Pytlarz był chyba jedynym członkiem Komisji Zakładowej, który wywodził się ze środowiska pracowników biurowych i to właśnie o interesy tych pracowników dbał szczególnie. Nie zrozum mnie źle. Nie mówię, że on źle działał, lecz wprost przeciwnie, ale skupiał się głównie na interesach pracowników umysłowych. Było to naturalne, bo przecież w „Solidarności” byli różni ludzie i trzeba było dbać o wszystkich a nie tylko o jedną wybraną grupę. Większość członków Komisji Zakładowej wywodziła się z wydziałów produkcyjnych i tak Kowalczyk był mechanikiem, ja też byłem mechanikiem, Cielecki był mistrzem na jednym z wydziałów, Sikorski był mistrzem na lakierni, Mazurek była brygadzistką. Krzysztof Pytlarz był inżynierem i pracował jako kierownik inspektoratu BHP.
Z tych dokumentów, które dostałeś z IPN-u wynika, że Pytlarz też był pod obserwacją.
No tak z tych dokumentów wynika. Myślę, że każdy, kto się „wychylał” był pod obserwacją. Ale przecież o tym wtedy nie wiedzieliśmy. Działaliśmy jawnie i nikt nie przypuszczał nawet, że ktoś do naszej działalności może mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Okazuje się, że jednak mieli, chociaż oficjalnie niczego nam nie zarzucali. Dopiero w stanie wojennym pokazali, co potrafią. Jak powiedziałem Krzysztof Pytlarz dbał głównie o interesy pracowników umysłowych a ja bardziej dbałem o fizycznych.
No to, co to była za „Solidarność”, gdy każdy ciągnął w swoją stronę?
Ja uważałem, że najbardziej wykorzystywani są pracownicy fizyczni, bo ciężko pracowali i byli najmniej opłacani. Dlatego starałem się, aby gdy jest okazja, chociaż trochę poprawić ich los. Na pewno pracownicy umysłowi też uważali, że za mało zarabiają, dlatego też upominali się o swoje. Mieli do tego prawo, bo przecież nie wszystkim dobrze się powodziło. Mieli w „Solidarności” swojego reprezentanta, który o nich dbał. To było właściwe.
Wróćmy jeszcze na chwilę do tego czasu, gdy zwalniali cię z pracy w SPPD.
Próbowali mnie zwolnić, bo chociaż mnie zwolnili to zrobili to tak nieudolnie, że musieli się z tego wycofać i odszedłem z zakładu na porozumienie stron. W tym czasie dużo mi pomagał radca prawny zakładu Andrzej Jędrzejewski. On więcej pomagał mnie niż zakładowi. Był porządnym człowiekiem. Nie musiał mi pomagać, ale pomagał a mógł mi pewnie poważnie zaszkodzić. Tak prawdę mówiąc to i zakładowy dział kadr też mi nie bardzo szkodził. Jedynym, który tak bardzo zaangażował się w sprawę zwolnienia mnie to był mój bezpośredni przełożony Stanisław Abramczyk. To on sprokurował wszystko. Z dzisiejszego punktu widzenia to rozumiem dużo więcej niż wtedy. Dzisiaj wiem, dlaczego ktoś zachowywał się tak a nie inaczej. Wtedy tego nie rozumiałem i dziwiłem się, dlaczego ta czy inna osoba zachowuje się w sposób dla mnie niezrozumiały.
W tych aktach pojawia się kilka pseudonimów tajnych współpracowników. Czy domyślasz się, kto się za nimi kryje?
Mam prawie pewność, co do dwóch. Pierwszy to „Krystian” prawdopodobnie mieszkał w Krynkach a drugi to „Brzoza” z SPPD ten, który mi dolał czegoś do alkoholu. Powiem jeszcze coś o Stanisławie Abramczyku. Ten Abramczyk to był najtępszy partyjniak na zakładach drzewnych.
Nie był widoczne taki tępy skoro cię załatwił.
A nich tam. To wszystko i tak przyniosło pozytywny skutek. Gdyby mnie nie zwolnili to bym pracował pewnie w tych „drzewnych” i nie budowałbym kościołów. A tak to budowałem kościoły w Stykowie i w Michałowie i bardzo dużo w pracy włożyłem przy budowie sanktuarium i Golgoty w Kałkowie. Życie jest o wiele bardzie skomplikowane niż się to niektórym wydaje.
Dziękuję za rozmowę.        
       
Kwiecień 2010