Zmień na ciemny motyw
Zaloguj przez Facebook
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2014-09-17T20:06:26+02:00
Śr 17 Wrz 2014, 20:06
Z prasy
2014-09-11T21:20:47+02:00
Czw 11 Wrz 2014, 21:20
Zdjęcia
2014-09-11T21:19:35+02:00
Czw 11 Wrz 2014, 21:19
Dokumenty
2014-09-11T21:18:23+02:00
Czw 11 Wrz 2014, 21:18
Pobierz wywiad
2014-09-11T21:17:28+02:00
Czw 11 Wrz 2014, 21:17
Wywiad
Wywiad
Jana Seweryna z
Henrykiem Miernikiewiczem
 
Kto pierwszy zaczął tworzyć „Solidarność” w Starachowicach? Spotkałem się z kilkoma wersjami dotyczącymi tej sprawy, jedni mówili, że Imiela inni, że Pan, wymieniano również parę innych nazwisk.
W 1980 roku tuż po podpisaniu porozumień sierpniowych, bo następnego dnia udałem się do pracy i miałem z sobą przygotowany apel do załogi, w którym wzywałem do tworzenia wolnych związków zawodowych. Pracowałem wtedy na wydziale hamulców. Apel ten chciałem odczytać pracownikom fabryki. Kiedy ludzie wychodzili z pracy stanąłem na murku przed wydziałem S7 i zacząłem czytać. Koło mnie zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Ktoś jednak o tym, co się działo przed S7, powiadomił straż przemysłową. Wartownicy przyszli i pod eskortą zostałem wyprowadzony poza teren fabryki. Wręczono mi kartę urlopową i miałem udać się na przymusowy urlop. W tym czasie nawiązałem kontakt z Adamem Krupą,      Zbigniewem Dominikiem, (który już nie żyje) i z jeszcze jedną osobą z wydziału S7, której nazwiska już dzisiaj nie pamiętam. Spotkaliśmy się poza zakładem i uzgodniliśmy, że ja pojadę do Gdańska, aby poinformować Wałęsę, że pomimo podpisania porozumienia nie wolno tworzyć niezależnych związków zawodowych. Pojechałem do Gdańska na Grunwaldzką 103, tam mieściła się Komisja Krajowa. Rozmawiałem z Andrzejem Gwiazdą i z Anną Walentynowicz, do Wałęsy była bardzo długa kolejka, lecz pomimo to Wałęsa bardzo szybko mnie przyjął i pytał, co się dzieje w tych Starachowicach. Opowiedziałem mu o naszych problemach. Naszą rozmowę filmowała telewizja z Międzynarodowej Organizacji Pracy z Brukseli. Wałęsa przy mnie zadzwonił do ówczesnego wojewody gdańskiego Kołodziejskiego i zapytał, dlaczego łamane jest porozumienie i zagroził, że jeżeli dalej będzie tak się działo, to on znów ogłosi strajk. Pożegnałem się z Wałęsą i wróciłem do Starachowic. Jeszcze muszę dodać, że gdy wyszedłem od Wałęsy, jeden z tych belgijskich redaktorów, który trochę mówił po polsku, zapytał mnie, czy mogę mu podać mój adres domowy. Podałem mu ten adres, bo dlaczego nie miałem podać. Z Gdańska wziąłem mnóstwo literatury związkowej i także KOR-owskiej. Następnego dnia zamierzałem udać się do fabryki, pod pozorem udania się do lekarza, który przyjmował na jednym z wydziałów. Na bramie zostałem jednak zatrzymany przez straż przemysłową, a wartownicy kazali mi zostawić teczkę, lecz ja powiedziałem, że nie zostawię. Nagle pojawił się Wolak, komendant straży przemysłowej, i polecił wartownikom zaprowadzić mnie na górę wartowni. Wkrótce pojawiło się dwóch panów, jak ja ich nazywałem, o smutnych twarzach i polecili mi abym udał się z nimi. Zostałem zakuty w kajdanki i wyprowadzony za bramę. Kiedy mnie prowadzili, spostrzegłem mojego kolegę, który znał numer telefonu do Jacka Kuronia. Powiedziałem do tego kolegi, którego nazwiska nie chcę dzisiaj ujawniać, aby powiadomił, kogo należy. Zawieziony zostałem na komendę, a w międzyczasie w moim domu przeprowadzano rewizję. Podczas tej rewizji zabrano pisemka Świadków Jehowy, które zostały po wizycie, jaką mi oni kiedyś złożyli, bo zostały one uznane za literaturę antysocjalistyczną. Zaglądali wszędzie do piwnicy, na strych, plądrowali nawet w tornistrach dzieci. Opowiadała mi o tym żona, która była wtedy w domu. Z komendy w Starachowicach zawieziono mnie do Kielc, gdzie poddano mnie przesłuchaniom, podczas których grożono mi i pytano, kto mi dał tę literaturę, którą przy mnie znaleziono. Odpowiedziałem im, że znalazłem to na dworcu w Warszawie. Widząc, że niczego się ode mnie nie dowiedzą, odwieźli mnie o pierwszej w nocy do domu. Następnego dnia spotkałem się z kolegą z Adamowa, który zapytał mnie, czy to prawda, że wczoraj byłem aresztowany. Z kolei ja zapytałem go, skąd on ma takie informacje, na co mi odpowiedział, że mówiło o tym Radio Wolna Europa. Okazało się, że Wolną Europę powiadomił Jacek Kuroń, który miał kontakty z dziennikarzami tej rozgłośni. Wszystko to działo się podczas tego mojego przymusowego urlopu. W tym czasie dowiedziałem się, że w Starachowicach na ulicy Marszałkowskiej niejaki Imiela robi zebranie w celu organizowania niezależnego związku zawodowego. Poszedłem na to spotkanie.
Gdzie ono się odbywało?
W siedzibie PAX-u, chociaż miałem, co do tego pewnego rodzaju uprzedzenia, ponieważ dobrze wiedziałem, jaką organizacją był PAX. Wiedziałem, że jest to rzekomo organizacja katolicka, ale która służyła do rozbijania Kościoła. Pomimo tych zastrzeżeń poszedłem i słuchałem, co mówił Imiela. A on mówił, że chce stworzyć naprawdę socjalistyczne związki zawodowe!
Naprawdę tak mówił?
Tak. Podczas tego spotkania najwięcej głosu zabierał Jerzy Głowacki, który, jak się później dowiedziałem, pełnił funkcję pierwszego sekretarza Komitetu Gminnego PZPR w Pawłowie. Po jakimś czasie opuściłem to spotkanie i pojechałem do domu.
Czy na tym zebraniu było dużo ludzi?
Było kilkanaście osób. Po skończonym urlopie wróciłem do pracy. Pewnego dnia, gdy wróciłem z pracy i odpoczywałem leżąc w kuchni na kozetce, usłyszałem na podwórku znajomy głos, który pytał, czy tu mieszka pan Miernikiewicz. Poznałem po głosie tego dziennikarza, z którym rozmawiałem w Gdańsku. Wyszedłem więc na podwórko i się z nim przywitałem. Oprócz niego byli jeszcze inni dziennikarze ze swoim sprzętem, który porozkładali koło domu. Wszystko to śledziła Służba Bezpieczeństwa, która urządziła sobie punkt obserwacyjny w zagonie kartofli sąsiada. Robili zdjęcia teleobiektywem i podczas tych czynności strasznie zdeptali te kartofle. Dziennikarze, którzy do mnie przyjechali, robili reportaż o mnie i o mojej rodzinie. Córka narysowała nawet jakiś obrazek dla dzieci belgijskich. Reportaż ten trwał po obróbce piętnaście minut i był wyemitowany przez zachodnie stacje telewizyjne. Belgijska ekipa pojechała także pod bramę FSC, którą sfilmowali. Podczas tego filmowania zainteresowała się nimi Służba Bezpieczeństwa i chciała im skonfiskować kasetę z nagranym materiałem. Ale oni się na to nie zgodzili.
Dlaczego nie chciał Pan brać udziału w komitecie Imieli?
Dlatego, że ja miałem uprzedzenie do PAX-u. Po pewnym czasie znów pojechałem do Gdańska i znów jak poprzednim razem przywiozłem mnóstwo literatury, między innymi „Robotnika”, było to pismo KOR-u. Imiela zabraniał mi kolportowania tego pisma na terenie fabryki.
No wie Pan na temat roli KOR-u w przemianach w Polsce są różne zdania, nie zawsze pochlebne.
Ja nie byłem członkiem KOR-u, ale czytając robotnika podpisywałem się obiema rękami pod tym, co czytałem i dlatego to kolportowałem. Muszę panu powiedzieć, że ja chronicznie nie cierpiałem tamtego ustroju i dlatego wszystko to, co było wymierzone w ten ustrój, było dla mnie wiarygodne i ja się z tym identyfikowałem.
Proszę Pana rozmawiałem z Edwardem Dajewskim i z jego wypowiedzi wynika, że nie było jakichś specjalnych problemów z tworzeniem związku, a Pan mi mówi, że spotykały Pana różne szykany z aresztowaniem włącznie.
Mnie podejrzewano o kontakty z Wolną Europą, z KOR-em i dlatego byłem traktowany inaczej niż inni. Inaczej również byłem traktowany przez tych, którzy zaczynali w Starachowicach tworzyć niezależne związki zawodowe. Powiem wprost, że odczuwałem od tych działaczy w stosunku do mojej osoby jakąś niechęć, a wynikała on z tego, że miałem pewne kontakty z KOR-em. W Gdańsku byłem cztery, czy pięć razy, natomiast wielokrotnie byłem w Warszawie u Jacka Kuronia. Nawet trzy razy u niego nocowałem.
No dobrze, chociaż mam, co do Pańskiej postawy pewne zastrzeżenia, bo tu w Starachowicach tworzy się związek, a pan stoi z boku. Czy to było w porządku?
Powiem tak. Chociaż mi się wtedy nie wszystko podobało, postanowiłem jednak wybrać mniejsze zło i wstąpić do tego nowotworzonego związku.
Ale nie brał Pan bezpośredniego udziału w jego tworzeniu.
Gdy się ukonstytuował Komitet Założycielski, nastąpiło pierwsze spotkanie z dyrektorem FSC, którym był wtedy Banach. Ja w tym spotkaniu uczestniczyłem. Ale dowiedziałem się później, że na polecenie dyrektora Banacha zostałem z tego Komitetu wykreślony.
Co miał Banach do tego?
Ten związek, który się wtedy tworzył, to był w pewnym sensie sterowany przez aparat partyjny. Pewnego razu widziałem jak Imiela, Paniec i Głowacki wychodzili z gabinetu pierwszego sekretarza Komitety Zakładowego PZPR, którym był niejaki Kowalski, uścisnęli sobie ręce i Kowalski powiedział, że spotkają się w nowej siedzibie.
Proszę Pana takie spotkanie, przecież o niczym nie świadczy i nie można z tego faktu wyciągać jakichś niewłaściwych wniosków, bo przecież wtedy z tą komuną należało jakieś kontakty utrzymywać, bo co by nie mówić, mieli oni wtedy bezwzględną władzę.
Dobrze, tylko, dlaczego jednemu, czyli mnie, ciągle rzucano kłody pod nogi i to tak jedna jak i druga strona, a inni byli faworyzowani. Ja nie chciałem niczego złego, ale miałem inną wizję tego związku. Chciałem, aby był to taki związek, o jaki walczyli stoczniowcy w Gdańsku.
Więc jest tak. Tworzy się związek, Imiela z Dajewskim działają, a Pan?
Mnie zlikwidowano miejsce pracy na wydziale hamulców (H1) gdzie pracowałem jako stolarz, dlatego postanowiłem przejść na Hutę, gdzie była praca dla hydraulika. Z tym przejściem to też były różnego rodzaju perypetie, gdyż pomimo tego, że wszystko było załatwione kierownik wydziału, na którym miałem pracować, nie chciał mnie do pracy przyjąć. Z tym przejściem zeszło mi 7 dni.
Interesuje mnie sprawa, czy zapisał się pan do „Solidarności”, bo Edward Dajewski twierdzi, że Pan do związku nigdy nie należał.
Składałem deklaracje, chyba ze trzy razy i dziwna rzecz, że te deklaracje ginęły.
Jak to ginęły, gdzie ginęły?
W Komisji Zakładowej ginęły. Gdy pracowałem już na Hucie, to chyba mi nawet potrącano składki członkowskie.
A więc kiedy zapisał się Pan po raz pierwszy.
Zapisałem się od razu, gdy związek zaczął się tworzyć. Pamiętam, że gdy trwała walka o rejestrację „Solidarności” poszedłem do Imieli, aby dał mi plakaty wzywające do rejestracji związku, ale bez kierowniczej roli partii. Dostałem od niego te plakaty i rozwieszałem je na mieście, między innymi na dworcu. Nie godziłem się z tym, aby PZPR miała coś do powiedzenia w „Solidarności”. Ja zawsze „stawałem okoniem”, gdy chodziło o PZPR. Nie wiem, czy to był mój błąd, czy coś, ale z tego powodu miałem ciągle jakieś problemy.
No i dobrze Pan postępował, przecież wtedy wszyscy „stawali okoniem” przeciw PZPR.
Nie wszyscy. Na przykład PAX, do którego należał Imiela był przecież satelitą PZPR. Podobna sytuacja miała miejsce w Ostrowcu. Tam PAX przejął kierownictwo nad tworzącym się związkiem, ale przyjechał ktoś z zewnątrz, nie wiem, czy nie Rozpłochowski, i rozgonili to towarzystwo i stworzyli nową komisję. O tym, co się dzieje w Starachowicach, ja mówiłem w Gdańsku do Lisa i Kołodzieja, ale oni mi mówili, że musimy swoje sprawy uporządkować sami.
Wynika z tego, że w swoich poglądach był Pan osamotniony, skoro nie mógł Pan nic zrobić. Bo przecież, jeżeli miał Pan inną wizję związku, to przecież mógł Pan zebrać grupę osób myślących tak jak Pana i próbować realizować to, o co Panu chodziło.
Panie Janku było wiele osób, które miały inne zdanie niż Imiela i spółka. Byli to między innymi: Andrzej Markowski, Leszek Nowak, Adam Krupa. Ja nie wszędzie byłem wpuszczany, pamiętam, że w Domu Kultury było zebranie przedstawicieli wszystkich wydziałów FSC, na które nie zostałem wpuszczony. Te moje problemy tak się ciągnęły i ciągnęły, ale ja ciałem i duszą czułem się członkiem „Solidarności”.
Niech Pan opowie jak to było z tym słynnym pana wyjazdem do Francji.
W 1981 roku dostałem zaproszenie od przedstawiciela francuskich związków zawodowych Patrica Liazza, który był dziennikarzem związkowym. W Paryżu miał być mityng związkowy, na którym mieli być przedstawiciele wolnych związków zawodowych z całej Europy. Otrzymałem od niego dwa zaproszenia, jedno było imienne na moje nazwisko, a drugie było czyste, a ja mogłem tam wpisać nazwisko osoby według mojego uznania. Dałem to zaproszenie Andrzejowi Pryciakowi i złożyliśmy obaj dokumenty o paszport. Na załatwienie wszelkich formalności związanych z wyjazdem mieliśmy 16 dni. Tuż przed wyjazdem otrzymałem telefon, że mam się zgłosić na komendę po paszport. Gdy dotarłem na komendę, to Andrzej już tam był. Paszport już mu wydali. Mnie natomiast urzędnik z biura paszportowego niejaki Chmielewski, powiedział, że ja paszportu nie dostanę. Zapytałem, dlaczego, na co otrzymałem odpowiedź, że dostanę uzasadnienie odmowy na piśmie w ciągu dwóch tygodni. Na taki rozwój sprawy Andrzej Pryciak oświadczył, że on paszportu nie bierze, lecz ja powiedziałem, żeby wziął, bo wszystko będzie w porządku i pojedziemy obaj. Na moje słowa, ten Chmielewski ordynarnie wyraził się, że pojadę w dupę, a nie do Francji. Bardzo mnie to zdenerwowało, więc powiedziałem do Andrzeja, aby przedzwonił do MPK, gdzie pracował, do swojego kolegi, który obsługiwał fax, że będę potrzebował tego fax-u, gdyż chcę wysłać w świat swoje oświadczenia, że nie mogę wyjechać z kraju. Ale zanim wysłałem komunikaty, udałem się do prokuratury, aby złożyć skargę na tego idiotę, Chmielewskiego, który tak po chamsku się do mnie odniósł. Chcę zaznaczyć, że ten Chmielewski był nałogowym pijakiem. Prokurator Boroniowa zadzwoniła do Chmielewskiego, ale okazało się, że jego już w biurze nie ma, bo poszedł do domu. Z prokuratury pojechaliśmy do MPK, do Heńka Gostomskiego, któremu podyktowałem treść mojego oświadczenia, które brzmiało mniej więcej tak: „W związku z tym, że władze PRL nie mając żadnych podstaw prawnych do pozbawienia mnie paszportu, ja od poniedziałku na znak sprzeciwu podejmuję akcję protestacyjną w postaci głodówki w miejscu pracy na Hucie w Starachowicach”. Podałem także numer telefonu. Mój fax otrzymało 14 instytucji. Najpierw moje oświadczenie zostało wysłane do francuskich związków zawodowych, a później do dziennikarzy zagranicznych akredytowanych w Polsce. Otrzymało nasz fax Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, „Solidarność” w Gdańsku, a także radziecka agencja prasowa TASS, ale oni zapytali, co mają z tym zrobić, na co ja powiedziałem, że mają zamieścić w prasie radzieckiej. Połączenie zostało natychmiast przerwane. Wszystko to działo się w piątek. W niedzielę, jak każdy porządny katolik poszedłem do kościoła i przystąpiłem do spowiedzi. W poniedziałek żona szykuje mi rano kanapki do pracy, a ja do niej mówię, że kanapek żadnych nie biorę, bo rozpoczynam strajk głodowy. Przewidywałem, że mój strajk nie potrwa dłużej niż dwa dni. Po przyjściu do pracy założyłem biało-czerwoną opaskę z napisem „Solidarność”, wywiesiłem biało-czerwoną flagę, którą mi przynieśli koledzy, a na stoliku postawiłem obrazek Pana Jezusa z Otwartym Sercem.
Gdzie się odbywał Pański strajk?
Na dyżurce hydraulików, gdzie pracowałem. O godzinie dziewiątej wieczorem przyszli do mnie pracownicy MPK, którzy dostali się do zakładu przeskakując przez płot i przynieśli mi telex z Francji. Z treści tych telex-ów wynikało, że francuskie związki zawodowe interweniowały w mojej sprawie u francuskiego ministra spraw zagranicznych, który z kolei interweniował u polskiego ministra spraw zagranicznych. Związki pracowników kultury i oświaty interweniowały w ambasadzie polskiej w Paryżu. Prasa francuska była poinformowana o mojej sytuacji. Te wiadomości bardzo podbudowały mnie na duchu. Poprzez nieżyjącą już panią Purską wysłałem list do kurii biskupiej. Poprzez ambasadę amerykańską w Warszawie wysłałem także list do byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Jimmy’ego Cartera, który był wtedy rzecznikiem obrony praw człowieka i obywatela. Siedziałem na tej dyżurce i głodowałem. Aby wszystko było jasne zażądałem opieki medycznej, co zostało spełnione. W nocy nie mogłem zasnąć, więc lekarz dał mi tabletkę, po zażyciu której zasnąłem. Gdy ja spałem, koledzy pilnowali, aby ktoś niepowołany nie wszedł do dyżurki. Jako ciekawostkę powiem, że wszystkie informacje, które otrzymywałem ze świata, wywieszałem przed drzwiami dyżurki. Aby je czytać przychodziło mnóstwo pracowników Huty.
Czy była jakaś reakcja na Pański protest ze strony Komisji Zakładowej „Solidarności”?
Nie wiem czy to prawda, ale podobno wydano oświadczenie, że ja nie reprezentuję NSZZ „Solidarność”. Takie oświadczenie podobno otrzymała Służba Bezpieczeństwa. Natomiast, jeżeli chodzi o Region, to dzwonił do mnie Jerzy Stępień i powiedział mi, że jeżeli jeszcze dzień potrwa ten strajk, to w stan gotowości strajkowej postawiony zostanie cały Region Świętokrzyski.
Czy odwiedzili Pana członkowie Prezydium Komisji Zakładowej?
Nikt mnie nie odwiedził. Była tylko Ewa Makowska, ale ze mną nie rozmawiała, tylko patrzyła, co się dzieje.
A czy miał Pan wsparcie ze strony „Solidarności” wydziału, na którym Pan pracował?
Tak, miałem wielkie wsparcie. Przynoszono mi napoje, bo napoje piłem, podtrzymywano na duchu.
Wróćmy jednak do poprzedniego pytania, chodzi mi o to, czy zainteresowali się Pana losem przedstawiciele najwyższych władz Komisji Zakładowej, tacy jak Dajewski, Imiela i inni.
Nic nie słyszałem o jakimś wsparciu.
Czy nie uważa Pan, że byłoby to naturalne i oczywiste gdyby tacy ludzie do Pana przyszli?. No, gdyby chcieli to tak, ale przecież nie musieli. Z tego, co wiem, to ze mną chciało głodować około stu pracowników Huty.
Pan twierdzi, że jest normalne, że Pan głoduje, że chęć głodówki deklaruje dalsze sto osób, a nie zjawia się nikt władz związku? To według Pana jest normalne?
Według mnie nie jest to normalne. Nie jest również normalne, że nikt z władz Komisji Zakładowej do mnie nie zadzwonił!
Edward Dajewski, powiedział, gdy go pytałem o Pański strajk, że Pan nie chciał od Komisji żadnej pomocy.
Nieprawda. Mnie pomoc, nawet moralna, była wtedy bardzo potrzebna. Pamiętam jak bardzo się ucieszyłem, gdy zadzwonił do mnie Jurek Stępień z Regionu Świętokrzyskiego. Jak wspomniałem na wstępie ja jako człowiek, który był jednym z bardziej „przebojowych” w Starachowicach, byłem przez niektórych niemile widziany.
Pomimo tego, że jak Pan twierdzi, był Pan niemile widziany, to jednak działo się coś, co było rzeczą niespotykaną w Starachowicach. Uważam, że jednak władze Komisji Zakładowej powinny być razem z Panem. Jeżeli tak nie było, to według mnie jest to karygodne.
Ja też tak uważam, ale przecież nic nie mogłem na to poradzić. Odwiedzali mnie za to inni. Był u mnie Adam Krupa, był Andrzej Pryciak, który przyniósł mi kanapki, abym je gdzieś pokątnie zjadł, ale ja się na to oczywiście nie zgodziłem.
To jednak koledzy pana odwiedzali.
Proszę pana na dyżurkę, na której głodowałem przychodziło około 40 osób.
No, widzi Pan przychodziło do Pana około 40 osób, a nie mogło przyjść dwie lub trzy osoby z Komisji Zakładowej? Nie podoba mi się to i nie mogę tego zrozumieć.
Wydaje mi się, że wielu z tych działaczy Komisji Zakładowej było po prostu podszytych tchórzem...
Przerwę Panu i zapytam, kiedy odbywał się ten Pański strajk?
To było w sierpniu 1981 roku.
Wtedy to „Solidarność” była u szczytu potęgi, a Pan twierdzi, że jej działacze byli podszyci tchórzem?
Takie odnosiłem wrażenie. Zresztą działy się inne niezrozumiałe dla mnie rzeczy. Po przyjeździe z Francji chciałem opowiedzieć o wrażeniach z tej podróży, a nadarzyła się ku temu dobra okazja, bo akurat w Domu Kultury odbywało się zebranie działaczy „Solidarności” z terenu całego miasta. Kiedy opowiadałem o przebiegu wizyty, to z zaskoczeniem stwierdziłem, że nie ma większego zainteresowania moją relacją. A ja podczas tej wizyty załatwiłem, że związki zawodowe, AFLSO miały przekazać w darze dla „Solidarności” mnóstwo maszyn poligraficznych. Widziałem te maszyny i gdyby nie stan wojenny, to by one dotarły do Polski.
Wróćmy jednak do strajku głodowego. A więc głoduje Pan i co się dalej dzieje?
Po przespanej nocy zamówiłem telefoniczną rozmowę z ministrem do spraw związków zawodowych Mieczysławem Rakowskim, ale w międzyczasie, było to po trzydziestu sześciu godzinach strajku, otrzymałem telefon od dyrektora Huty Wąsacza, który poinformował mnie, że paszport dla mnie jest już w drodze. W związku z takim rozwojem sytuacji odwołałem rozmowę z Rakowskim. Na dyżurce pojawił się jakiś nieznany mi wystraszony młody człowiek w towarzystwie szefa personalnego Huty Grudzińskiego, a na dyżurce było oprócz mnie ze trzydzieści osób i mówi, aby ci ludzie z dyżurki wyszli. Lecz ja się na to nie zgodziłem i powiedziałem, że ja robię wszystko przy otwartej kurtynie i nie mam przed ludźmi żadnych tajemnic. Wtedy on powiedział, abym dał swój dowód osobisty i pokwitował odbiór paszportu. Działo się to 16 września, a ja zaproszenie miałem od 15 września. W związku z tym odmówiłem odbioru paszportu i postawiłem kolejne żądanie, aby nazajutrz pod mój dom przyjechał samochód i abym został zawieziony pod ambasadę francuską w Warszawie, bo jestem o cały dzień spóźniony. Panowie wykonali telefon do dyrektora Jaworskiego, bo dyrektora Banacha akurat nie było, lecz on im powiedział, że kto zawinił, to ten niech daje samochód. Później zadzwonili do komendy wojewódzkiej do Kielc, skąd otrzymali informację, że komenda da samochód. Wtedy ja postawiłem kolejne żądanie, aby kierowcą nie był milicjant, ale ktoś z „Solidarności”, lecz tu wynikły jakieś problemy z dokumentami dla tego kierowcy. Aby nie przedłużać wycofałem się z żądania dostarczenia mi samochodu, na co oni kazali mi napisać oświadczenie, że wycofuję swoje żądanie. Napisałem, że rezygnuję z żądania, bo milicyjny samochód śmierdzi milicją i ja nie chcę jechać takim samochodem. Dostałem w końcu ten paszport i wyszedłem przed budynek, w którym się znajdowałem, a przed tym budynkiem był tłum ludzi. Pokazałem im ten mój paszport, a ludzie krzyknęli „hura!”. Wyszedłem z fabryki i wraz z żoną poszliśmy do banku kupić znaczki skarbowe, a także umówiłem się z Andrzejem Pryciakiem w sprawie naszego wyjazdu do Warszawy. Pojechaliśmy autobusem PKS-u. W Warszawie poszliśmy pod ambasadę francuską, a tam mój Boże tasiemcowa kolejka. Spytałem jedną ze stojących osób, czy jest tu jakiś komitet kolejkowy. Okazało się, że jest. Odnalazłem tego pana, który był kierownikiem tego komitetu i mówię mu, że jesteśmy zaproszeni przez francuskie związki zawodowe i koniecznie musimy jutro być w Paryżu. Zostaliśmy wpuszczeni na teren ambasady, a tam tak jak i przed ambasadą było mnóstwo ludzi. Co tu robić? Patrzę, a tam na jednych drzwiach wisi napis „tylko dla obywateli francuskich”, zapukałem do tych drzwi, nikt nie odpowiedział, ale wszedłem. Siedziała tam blondynka, która mówiła po polsku. Przedstawiłem jej naszą sprawę, a on spojrzała na mnie i pyta „Pan może jest Miernikiewicz ze Starachowic?” Kiedy odpowiedziałem, że tak – wybiegła i przyprowadziła takiego niskiego grubaska z czarnymi wąsami, który ściskał mi dłoń i powtarzał „o lala, o lala”. Ten człowiek powiedział, że wizę otrzymamy jutro. Natomiast blondynka spytała, czy mamy zarezerwowane miejsca na samolot,. Gdy odpowiedziałem, że nie, zapytała, czym chcemy lecieć LOT-em, czy Air France. Oczywiście, że Air France - odpowiedziałem, – bo LOT, to może skręcić do Moskwy. Załatwiwszy sprawę z wizą, poszliśmy zarezerwować sobie miejsce na noc w hotelu, a następnie do biura Air France. Tam okazało się, że na jutro wszystkie miejsca są zajęte, ale poinformowano nas, że będziemy pierwszymi w kolejce czekających na zwolnienie się jakichś miejsc. Nazajutrz okazało się, że miejsca dla nas były. Po przylocie do Paryża okazało się, że na lotnisku nikt na nas nie czekał. Andrzej Pryciak zaczął mieć stracha, bo znaleźliśmy się w obcym mieście i na dodatek nie znaliśmy języka. Szliśmy, więc przez to lotnisko, aż doszliśmy do automatu telefonicznego, z którego jakiś mężczyzna rozmawiał. Okazało się że jest Polakiem. Poprosiłem go, aby zadzwonił na numer telefonu, który miałem przy sobie, a był to numer do Patrica Liazza. Odpowiedziało jakieś dziecko. Byliśmy zmartwieni. Wtedy ten Polak zapytał, czy byliśmy po odbiór bagażu. Gdy odpowiedzieliśmy, że nie, on poradził nam abyśmy się tam udali, bo tam zazwyczaj ktoś oczekuje. Idziemy. Dochodzimy i widzimy, że jest tam kilkanaście osób z transparentami „Heni Miernikiewicz, Andrej Pryciak Starachowice” i witają nas. Pojechaliśmy na kolację, na której spotkaliśmy Annę Walentynowicz, Ryszarda Kusia z Jastrzębia, który podpisywał porozumienie z rządem i wielu innych, których nazwisk już dzisiaj nie pamiętam. Z Anką to dosyć długo rozmawialiśmy. Później poszliśmy na kwaterę prywatną do dziennikarzy, którzy nas zaprosili do siebie do domu. Następnego dnia pojechaliśmy na wiec. Na tym wiecu było prezydium, do którego w pierwszej kolejności zaproszono Annę Walentynowicz, a mnie jako drugiego. Andrzej Pryciak był w drugim rzędzie. Przewodniczący związku, który organizował ten wiec przedstawiał sylwetki osób, które były zaproszone. Przestawił Annę Walentynowicz, mówił, że to właśnie od niej wszystko się zaczęło. Anna dostała dużo oklasków i kwiatów. Następnie przedstawiony zostałem ja, jako twórca wolnych związków zawodowych w Starachowicach. Dostałem oklaski. Naraz słyszę, że znów wymieniane jest moje nazwisko. W tym momencie zerwał się huragan braw i oklasków. Zdziwiony, zapytałem tłumaczkę o co chodzi? Ona mi wyjaśniła, że zebrani zostali poinformowani, że musiałem prowadzić głodówkę, aby spotkać się z robotnikami francuskimi. Wtedy ja wstałem, podniosłem rękę do góry (wtedy zostało zrobione to słynne zdjęcie). Tłum skandował „Henri, Henri”, reporterzy robili zdjęcia, błyskały flesze. Myślałem, że oślepnę od tych błysków. Byłem bardzo wzruszony. Do oczu napłynęły mi łzy. Po wiecu ustawiła się do mnie kolejka po autografy. Przez tą głodówkę władze PRL-u narobiły mi reklamy. Podczas pobytu w Paryżu udzieliłem wywiadu Radiu Wolna Europa.
Mówi Pan, że we Francji odnieśliście wielki sukces, ale gdy wróciliście do kraju, to waszą wyprawą nie było wśród działaczy związkowych większego zainteresowania. Dlaczego?
Nie było. Tylko, w MPK było zainteresowanie, dlatego zawieźliśmy im różnego rodzaju plakaty francuskich związków zawodowych. Bo te francuskie związki chciały nawiązać z „Solidarnością” ścisłą współpracę. Proszę sobie wyobrazić, że oni chcieli wziąć do siebie, do Francji, dziesięciu działaczy związkowych na szkolenie związkowe i finansowali wszelkie koszty z tym związane. Oni wiedzieli, że nasi działacze byli wychowani w systemie totalitarnym i wielu z nich nie wiedziało jak działać na wolnym polu, dlatego chcieli ich przeszkolić. Te plakaty zostały rozwieszone w autobusach miejskich i przez dłuższy czas autobusy jeździły z tymi plakatami.
Doskonale pamiętam autobusy jeżdżące z plakatami reklamującym związek CGTFO. Mówi Pan, że nie było większego zainteresowania pańską wizytą we Francji, a ja pamiętam również, że w gazetce związkowej wydawanej przez Komisję Fabryczną FSC był wywiad z Panem ilustrowany zdjęciami.
W tym miejscu pragnę wyjaśnić, że niektórzy ludzie w Polsce sądzili, że CGTFO to są komunistyczne związki zawodowe. Otóż nic podobnego. Związek CGTFO powstał w 1948 roku w wyniku rozłamu, jaki zapoczątkował Andre Bergeron, gdyż nie zgadzał się, aby Francuska Partia Komunistyczna mieszała się do spraw związkowych. W tej chwili jest to druga z kolei, jeżeli chodzi o liczebność, centrala związkowa we Francji, do której należą ludzie o różnych orientacjach politycznych i religijnych. Głównym celem i zadaniem CGTFO jest obrona praw pracowniczych i godności ludzkiej. Komunistyczne związki francuskie nazywają się CGT i to właśnie one lansują politykę komunistyczną, a nie CGTFO.
 Jeżeli chodzi o prasę związkową, to wielkim moim zwolennikiem był Michał Pytlarz współpracownik Jacka Sadowskiego. Z Michałem Pytlarzem łączyły mnie dobre stosunki, do tego stopnia, że niejednokrotnie wraz z żoną odwiedzał mnie w domu. Michał bardzo się ucieszył, gdy mu powiedziałem, że wkrótce do Starachowic przyjdą z Francji maszyny poligraficzne. Jeszcze muszę wspomnieć, że gdy wyjeżdżałem do Francji, to zwróciłem się do starachowickiej służby zdrowia z pytaniem, jakie mają trudności, jeżeli chodzi o zaopatrzenie w leki w sprzęt i tym podobne. Dyrektor szpitala Religia dał mi wykaz najpotrzebniejszych rzeczy. Ja tę listę przekazałem przedstawicielowi francuskich związków zawodowych. Z tego, co mi wiadomo, to już w stanie wojennym przyszło do Starachowic dwa samochody leków. Niestety mnie o tym fakcie nikt ze szpitala nie poinformował, chociaż stało się to dzięki moim działaniom. W sprawie tych leków wysyłałem do Francji teleks, w którym upoważniałem do ich odbioru panią Olę Makowską. Leki te miały być dostarczone z Francji do Warszawy i stamtąd miały być przywiezione do Starachowic własnym transportem. Ale nastał stan wojenny i transportem zaopiekowali się komuniści.
Nie do końca jest prawdą, że nie interesował się Panem nikt z Komisji Fabrycznej. Jak już mówiłem w gazetce związkowej była relacja z Pańskiej wizyty we Francji, pamiętam również duży artykuł o Panu pod tytułem „Życiorys robotnika”.
Mnie chodziło o to, że działacze nie interesowali się efektami mojej wizyty we Francji. Z podróży tej przywiozłem wiele zdjęć i różnych pamiątek, ale wszystko to zostało mi zabrane przez milicję w stanie wojennym i nigdy do mnie nie wróciło, chociaż się tego później domagałem. We Francji do dzisiejszego dnia mam wielu przyjaciół, których poznałem podczas tej wizyty. Z pięcioma rodzinami utrzymuję stałe kontakty. Agens działaczka związków zawodowych z Bayone odwiedziła mnie nawet kiedyś w moim domu. Kiedy byłem we Francji ona miała wtedy dwadzieścia lat. Myślę, że podczas wizyt wywarłem na nich bardzo dobre wrażenie, dlatego do dnia dzisiejszego o mnie pamiętają. Jeszcze jedna uwaga na tym wiecu zapytano mnie, czy zechcę coś powiedzieć. Nie byłem przygotowany do wygłaszanie przemówień, więc powiedziałem tylko „Że uważam Francuzów za moich przyjaciół, a ponieważ nie wiem, co się ze mną stanie po powrocie do kraju, być może będę aresztowany, ja mam rodzinę, mam wspaniałe dzieci, dlatego pamiętajcie o mnie i o mojej rodzinie”. Tak powiedziałem. Wtedy zobaczyłem mnóstwo notesów wyciągniętych w moją stronę i wołanie o wpisanie adresu. Wiele osób zapisało sobie adres, który im podałem.
Wrócił Pan z Francji, a to już był przecież wrzesień i miało się ku stanowi wojennemu. Czy według Pana były jakieś oznaki, że stan wojenny się zbliża, czy nie?
Ja specjalnie tego nie odczuwałem ani nie dostrzegałem. Przypuszczałem, że coś takiego może nastąpić, ale kiedy, to nie wiedziałem. W grudniu otrzymałem drugie zaproszenie do Francji. Miałem jechać ja, mój najstarszy syn i Henryk Gostomski z MPK, który wysyłał teleksy podczas mojego strajku głodowego. Złożyliśmy wnioski o paszporty, bo jak pan wie, paszporty wtedy zabierano i przechowywano na komendzie milicji, a urzędnik, który te wnioski przyjmował, powiedział, tak jakby już coś o stanie wojennym wiedział, że tym razem to wyjazd chyba się nie uda. Mieliśmy przebywać we Francji od 18 grudnia do 2 stycznia. W planie tej drugiej wizyty, przygotowanej przez francuskie związki zawodowe, był przelot do Gujany Francuskiej, aby i tam zapoznać mieszkańców z polską „Solidarnością”. Były takie plany.
Ale się nie udały, bo wprowadzono stan wojenny. Jak się on dla Pana zaczął?
Pracowałem w ruchu ciągłym i wtedy pracowałem na nocną zmianę. Wziąłem z sobą, jak zwykle radio tranzystorowe, aby wiedzieć, co się w kraju dzieje. Idąc do pracy nie przeczuwałem niczego. Po przebraniu się, jak co dzień w robocze ubranie, przejrzałem książkę zgłoszeń usterek i awarii, które należało usunąć. Nic nowego nie było. Usiadłem, więc i czekałem na zgłoszenie felefoniczne. Razem ze mną dyżur pełnił kolega Pocheć Stanisław. Do godziny drugiej w nocy nic się nie działo. Około drugiej przyszło telefoniczne zgłoszenie, że na wartowni bramy głównej pękł kaloryfer i żebym ja przyszedł go naprawić. Poszedł Stasiu Pocheć, bo to był jego rejon. Po niedługim czasie do dyżurki wszedł pan Mandziak, dowódca zmiany straży przemysłowej i zapytał, dlaczego nie ja tylko inny hydraulik poszedł usunąć awarię grzejnika. Nie usłyszawszy ode mnie odpowiedzi, wyszedł. Teraz wypadki potoczyły się lawinowo. Na dyżurkę weszło czterech umundurowanych milicjantów z por. Dudą na czele. Por. Duda oświadczył mi, że żona moja i dzieci zaczadziały w domu, i że muszę niezwłocznie udać się z nimi. Wiedziałem, że to niemożliwe, i zapytałem, czy to nie wybieg i czy przypadkiem nie chcą mnie aresztować. Jeśli tak, to chciałem zobaczyć nakaz aresztowania. W tym momencie wykręcono mi ręce do tyłu, skuto kajdankami i dwóch drabów w mundurach zaczęło mnie wlec pod ręce, a trzeci trzymał mi rękę na ustach, abym nie krzyczał. Por. Duda wyciągnął z kabury pistolet i dowodził akcją. Pomimo strachu mój mózg pracował. Zastanawiałem się, co się dzieje. Czyżby brano mnie po cichu na „rozwałkę”? Po tych panach można się było spodziewać wszystkiego. Byłem przecież wcześniej we Francji i tam publicznie, wobec dziennikarzy oświadczyłem, że w PRL panuje „czerwony faszyzm”. Z półpiętra ciągnięto mnie po schodach w dół, na korytarz wydziału D7. Przypomniałem sobie, że obok korytarza mają dyżurkę elektrycy i być może są w pracy. Wykręciłem głowę, odetkałem sobie usta i zacząłem krzyczeć: „Kazik! Kazik!”, pracował tam, bowiem jako elektryk Kaziu Kucharski. Znów mi zaciśnięto dłoń na ustach, dowleczono do milicyjnej nyski i rzucono jak worek na podłogę. Zobaczyłem jednak, że z dyżurki elektryków wybiegł Stasiu Majzner i widział, kto mnie zabiera. To mnie trochę uspokoiło. W nysce widziałem por. SB Wójcika, który uchylił szybkę i powiedział: „ Po co ci to było?” Patrzyłem, gdzie mnie wiozą. Czy w las w ustronne miejsce, gdzie są doły, czy gdzie indziej. Zawieziono mnie na Komendę Milicji w Starachowicach. Po wyciągnięciu z samochodu, znów zatkano mi usta i zaprowadzono prosto do piwnicy komendy. Tam mnie rozkuto z kajdanek. Śmierdziało alkoholem, aż nos wykręcało. W galowych mundurach pracowali pan komendant Kwapisz, pan kapitan Sokół i inni pretoriańscy dostojnicy. Po zabraniu skromnego depozytu wsadzono mnie do ostatniej celi po prawej stronie. Byłem w niej sam. Znów zacząłem się zastanawiać, co jest grane. Może po pół, a może po godzinie siedzenia usłyszałem szczęki zamków w innych celach i jakieś głosy. Otworzyły się też drzwi mojej celi i rozkaz: „Wychodzić!”. Oddano mi depozyt i wyprowadzono na podwórko z tyłu za komendą. Stały tam dwie nyski. Podprowadzono mnie do jednej, ale usłyszałem, jak ktoś siedzący w niej powiedział: „Tu już pełno”. Gdy zobaczyłem pasażerów drugiej nyski, gdzie mnie wsadzono, humor zmienił się radykalnie. Zobaczyłem w niej znanego i cenionego lekarza ortopedę pana Purskiego, Edwarda Imielę, inżyniera Aleksandra Pańca w cienkim sweterku i pantoflach pokojowych i kierowcę z ZTS FSC Józka Wikierskiego. Dwie nyski z silną obstawą ruszyły w nieznanym nam początkowo kierunku. Józek Wikierski obserwował trasę, gdzie przypuszczalnie nas wiozą. Najważniejsze, że nie była to trasa na wschód. Ja już zacząłem żartować, że jestem przygotowany na Syberię, bo mam waciak i czapkę uszankę, a poza tym jest z nami lekarz. Doktor Purski odrzekł: „To może będziecie musieli opiekować się mną, bo jestem po dwóch zawałach serca”. Jak wyglądało z trasy, wieziono nas w kierunku Kielc. Gdzieś pod Kielcami zatrzymano się w lesie. Olek Paniec wystraszył się i powiedział: „Tu nas rozwalą”. Ale po kilku minutach ruszyliśmy dalej. Jak się okazało, celem naszej podróży było więzienie na Piaskach w Kielcach. Pod obstawą silnego, dwustronnego szpaleru weszliśmy poza bramę więzienia, a potem do cel tymczasowych. Idąc korytarzem zobaczyłem zatrzęsienie ludzi. Byli moi znajomi z Ostrowca, Skarżyska i Końskich. Ze Starachowic internowanych tego dnia było kilkanaście osób, w tym jedna kobieta. Jak mi wiadomo, z całego województwa internowano 494 mężczyzn i 11 kobiet.   
Zawieźli Pana do Kielc i co było dalej?
Po krótkim pobycie w celach tymczasowych, gdzie byliśmy upchani, jak śledzie w puszce, zabrano nas na świetlicę więzienną. Tam spisywano nasze dane osobowe. Później po pobieżnych oględzinach dokonanych przez osobnika w panterce, który rzekomo był lekarzem, skierowano nas z powrotem do cel. Gdy wszedłem do celi, cela była pusta. Zastanawiałem się, kto będzie moim współlokatorem. Obawiałem się, że mogą to być jacyś kryminaliści. Po pewnym czasie do celi przyprowadzono pojedynczo czterech mężczyzn. Patrzyliśmy na siebie z pewną rezerwą. W końcu zaczęliśmy wymieniać słowa i lody powoli zaczęły pękać. Okazało się, że byli to: Juliusz Braun dziennikarz „Echa Dnia”, Eugeniusz Gromada wykładowca Wyższej Szkoły Pedagogicznej i Antoni Jabłoński inżynier budowlany z Kielc. Po krótkim czasie zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Szczególnie ceniłem sobie Juliusza Brana, a to z tego powodu, że podczas rozmów okazało się, że mamy na wiele spraw takie same poglądy. Trochę rezerwy mieliśmy w stosunku do Gienka Gromady, ponieważ był on ateistą. Siedzieliśmy razem przez sześć tygodni. Przez więzienny radiowęzeł karmiono nas informacjami, które miały nas złamać psychicznie. Były to informacje takie, że prezydent Regan nawet nie przerwał sobie urlopu z powodu wprowadzenia stanu wojennego, że nikogo na świecie nie obchodzi to, co się w Polsce dzieje. Gienek Gromada miał u siebie 90 uli i cały czas opowiadał nam o swoich pszczołach, natomiast Julek Braun zaczął redagować gazetkę więzienną. Była ona przepisywana ręcznie i nosiła tytuł „Gryps” lub „Krata”, dzisiaj już dokładnie nie pamiętam. Rozprowadzana była podczas spacerów na spacerniku. Z rodziny Braunów aresztowanych było aż trzy osoby. Oprócz Juliusza aresztowany był jego ojciec i siostra. Ojciec, którego zwolniono wkrótce z powodu bardzo podeszłego wieku, bo był już po osiemdziesiątce, odwiedzał syna i przynosił mu paczki oraz różnego rodzaju informacje dotyczące tego, co się na świecie dzieje. Po sześciu tygodniach poprzenoszono nas do innych cel. Ja poszedłem na czwarte piętro do celi, w której siedzieli: Bogdan Ryś, Andrzej Minkiewicz i Michał Chałoński. Nie wiem dokładnie kiedy, ale postanowiłem napisać odręczne oświadczenie, że zobowiązuję się, że będę przestrzegał porządku prawnego ustanowionego przez WRON. Zrobiłem to z własne woli, ponieważ zmusiła mnie do tego sytuacja rodzinna. Żona była wtedy w ciąży i wychowywała troje małych dzieci. Postanowiłem machnąć ręką na politykę i wydostać się z więzienia, aby pomóc rodzinie. Ale w moim przypadku, to oświadczenie nie odniosło żadnego skutku. Zostałem wezwany na rozmowę do jakiegoś majora. Powiedział, że mnie uwolnią, ale pod warunkiem, że opiszę całą moją działalność, treść rozmów, jakie prowadziłem z Wałęsą, Kuroniem i innymi działaczami opozycji, a także szczegółową pisemną relację z mojego pobytu we Francji. Kiedy zdecydowanie odmówiłem, on powiedział do mnie, że pożałuję. Na tym rozmowa się skończyła. Później po jakimś czasie zostałem wezwany do innego, który nazywał się Adamczyk i zażądał tego samego, co ten pierwszy. Temu też odmówiłem i powiedziałem, że nie chcę z nim rozmawiać. Po jakichś dwóch tygodniach zostałem wezwany przez mojego osobistego „opiekuna” ze Starachowic pana Wójcika. Ten nie bawił się w jakieś uprzejmości, ale powiedział:, „Jeżeli nie powiesz mi tego, co od ciebie chcemy, to my cię zgnoimy. Ja cię zgnoję. Ty tu siedzisz dla jakichś głupich ideałów, a ja ci coś pokażę”. I pokazał. Nie chcę o tym mówić, ale to, co pokazał bardzo brzydko świadczyło o mojej żonie. Było to coś ohydnego. Strasznie się wtedy zdenerwowałem, doskoczyłem do biurka, złapałem jego notes i porwałem na strzępy. On wyciągnął pistolet i zaczął mi nim grozić i domagać się abym to, co porwałem, wyrzucił u niego w pokoju, ale ja zacisnąłem rękę i trzymałem. Następnie otworzyłem drzwi na korytarz i zacząłem głośno krzyczeć, wtedy przyszedł „klawisz” i zaprowadził mnie do celi. Ale ze mną zaczęło się dziać coś niedobrego, nerwy miałem poszarpane, zaczynała mi wysiadać psychika tak, że nie mogłem spać ani jeść. W tym stanie opiekował się mną Bogdan Ryś. Za co do dzisiaj jestem mu bardzo wdzięczny. To trwało do 8 marca. W tym dniu przyszli do celi funkcjonariusze więzienni i kazali mi się spakować. Koledzy z celi myśleli, że mnie zwalniają, ale jednak nie zostałem zwolniony, lecz zawieziony do szpitala psychiatrycznego w Morawicy. Lekarzowi, który mnie badał powiedziałem, że ja nie jestem żadnym wariatem, ale aby mój stan psychiczny wrócił do normy wystarczy, że zostanę zwolniony z więzienia. Lekarz powiedział, że jest to niemożliwe, gdyż dostał w mojej sprawie takie pismo, które kategorycznie wyklucza zwolnienie. Po badaniu zaprowadzono mnie na oddział drugi. Tu muszę wyjaśnić, że w szpitalu psychiatrycznym oddział drugi dzieli się na dwie części obserwacyjną i drugą pod specjalnym nadzorem, gdzie przebywają ludzie naprawdę obłąkani. Mnie zaprowadzono na część drugą. Widziałem jak jakiś młody pielęgniarz „leczył” kijem od szczotki jakiegoś nieszczęśnika. Bałem się, że ze mną będzie to samo. Mój wygląd był zupełnie inny niż dzisiaj, bo miałem długą brodę, która od razu zainteresowała tego pielęgniarza. „Co to Fidel Castro?” – zapytał mnie. „Nie –odpowiedziałem mu – ja jestem internowanym działaczem „Solidarności”. „Tak?” i od razu zaczął ze mną inaczej rozmawiać. To znaczy jak z normalnym człowiekiem. Zapytał, czy mam papierosy i zapowiedział, że jeżeli nie mam, to mi je zaraz skombinuje. Po jakimś czasie przyszła pielęgniarka i powiedziała, że dostanę zastrzyk. Strasznie się tego wystraszyłem, gdyż podejrzewałem, że mogą mi dać taki zastrzyk, który spowoduje zaburzenia świadomości i stanę się taki sam, jak ci, z którymi przebywam na oddziale. Po tym zastrzyku następnego dni przestałem mówić, z moich ust wydobywał się tylko niezrozumiały bełkot. Moja świadomość była przyćmiona. Gdy przyszła lekarka, nie mogłem się wysłowić. Wtedy ta lekarka zdecydowała, aby mnie przenieść na część obserwacyjną oddziału. Później dowiedziałem się, że była ona ordynatorem oddziału, a ponadto sekretarzem PZPR w szpitalu. Co ciekawe to pani sekretarz chodziła do kościoła, a mnie traktowała bardzo poprawnie. Kiedy przeniesiono mnie na część obserwacyjną, dostałem eleganckie ubranie, krawat, buty i mogłem poruszać się po terenie całego szpitala. Wtedy nawiązali ze mną kontakt państwo Janina i Jerzy Małeccy. On był lekarzem psychiatrą, a ona pielęgniarką i pracowali w szpitalu, w którym przebywałem. Ci państwo, często odwiedzali mnie i przynosili różne rzeczy do jedzenia. Jakoś tak w kwietniu na oddziale zrobiło się straszne zamieszanie, nie wiedziałem co się dzieje, ale wkrótce przyszła pani ordynator i oznajmiła mi, że przyjeżdża do mnie delegacja międzynarodowa z Czerwonego Krzyża. Pani ordynator powiedziała mi również, abym się właściwie zachował podczas tej wizyty. Odpowiedziałem pytaniem „czy ja się źle zachowuję?”. „No, nie, ale niech pan mówi prawdę, bo przecież chyba panu nie dokuczamy”?. Przyjechał doktor Frank, który był Szwajcarem, ale dobrze mówił po polsku. On powiedział, że ja tam jestem bezprawnie trzymany i będzie w mojej sprawie interweniował, aby mnie uwolniono. Po jego wyjeździe pani ordynator chciała się koniecznie dowiedzieć, o czym żeśmy rozmawiali. Ale ja nie chciałem jej tego powiedzieć, a jej nalegania sprawiły, że straciłem do niej sympatię. Na jednej wizycie przedstawicieli Czerwonego Krzyża nie skończyło się. Następnym razem przyjechał również doktor Frank, a z nim Francuz i Niemiec. Szwajcar pełnił rolę tłumacza a oni wypytywali mnie jaka jest moja sytuacja. 6 maja – było to chyba w piątek – przyjechali funkcjonariusze więzienni i oznajmili mi, że uchylono decyzję o moim internowaniu. Musiałem jednak jeszcze z nimi jechać do więzienia, aby odebrać mój depozyt. Po odebraniu depozytu opuściłem więzienie i taksówką wróciłem do Starachowic. Gdy podczas jazdy powiedziałem taksówkarzowi, że jestem zwolnionym z internowania działaczem „Solidarności”, to nie chciał ode mnie wziąć więcej niż tylko za benzynę. Nic na mnie nie chciał zarabiać.
Czy po wyjściu z więzienia utrzymywał pan kontakty z francuskimi działaczami związkowymi?
Tak. Wielokrotnie do mnie przyjeżdżali i udzielali różnego rodzaju pomocy. Raz nawet zaproponowali mi wyjazd do Francji dla podratowania mojego zdrowia.
Co pan jeszcze może powiedzieć o tym co się działo z Panem w następnych latach?
Nie wiem dokładnie w którym to było roku – może w 1986 lub 1987 – pod mój dom podjechała czarna wołga z SB-ekami. Jeden z nich wysiadł, poszedł do mnie i zapytał czy nazywam się Miernikiewicz. Gdy to potwierdziłem on zadał mi dziwne pytanie, które brzmiało: „Żyje pan?”, „A dlaczego mam nie żyć?” – odpowiedziałem pytaniem. Wtedy on powiedział, że koło Huty znaleziono pobitego i powieszonego człowieka i oni myśleli, że to jestem ja. Wówczas powiedziałem, że chyba są niepocieszeni, skoro widzą że ja jestem w dobrej kondycji. I na tym się ta dziwna sprawa skończyła.
Czy wie Pan, kim był ten powieszony człowiek?
Nie, nie wiem. Wiem tylko tyle, że to była w Starachowicach głośna sprawa, bo wszyscy myśleli, że to jestem ja. Wiem również to, że nigdy nie wykryto sprawców zabójstwa tego podobnego do mnie człowieka. W związku z tą sprawą zamierzam zwrócić się do Instytutu Pamięci Narodowej, do pionu śledczego, o przesłuchanie byłego prokuratora starachowickiego Jesionka. Myślę, że ten człowiek, który zajmował się między innymi prześladowaniem mnie i który wyrządził mi wiele krzywdy, może coś na temat tego zabójstwa wiedzieć. Bo przecież w tej sprawie musiało być kiedyś prowadzone jakieś śledztwo. Sprawa tego zabójstwa bardzo mnie nurtuje, ponieważ mogło być tak, że to ja miałem być zamordowany, ale ktoś się pomylił i zamordowano nie tego, kogo planowano.
Z tego, co Pan mówi wynika, że podejrzewa pan, że chcianoPana zamordować.
Tak. To właśnie podejrzewam. W tamtych czasach ja byłem dla komuny wrogiem numer jeden w Starachowicach. Być może chciano się mnie pozbyć definitywnie. Mam jeszcze szereg innych wątpliwości z tamtego czasu. Wiele takich dziwnych spraw było w moim życiu, dlatego czekam z utęsknieniem na moje akta z IPN-u. Być może wtedy dowiem się wszystkiego.
Jak Pan ocenia to, co się działo w latach 1980-81?
Uważam, że ten ruch społeczny trochę był nieskoordynowany. Do działania niejednokrotnie rwali się ludzie, którzy do działalności nie mieli jakichkolwiek predyspozycji, lecz ich celem było wypłynięcie na fali. Do „Solidarności” wstępowało mnóstwo ludzi, którzy z tym ruchem nie mieli zupełnie nic wspólnego. Może powiem to zbyt brutalnie, ale uważam, że znaczna część polskiego narodu dla pieniędzy gotowa byłaby zrobić niejedno świństwo. Uważam, że tych, którzy wstępowali do związku, należało przefiltrować i to dokładnie. Nie mogę się pogodzić z tym, że co potwierdza Dajewski, do „Solidarności” przyjmowani byli członkowie PZPR. Ci ludzie, to była piąta kolumna w „Solidarności” i to właśnie oni rozszarpali ten związek.
Jak Pan ocenia stan wojenny?
Było to cofnięcie Polski w rozwoju przynajmniej o dziesięć lat. Gdyby nie było stanu wojennego sytuacja gospodarcza Polski byłaby zupełnie inna i inny byłby również poziom życia obywateli. Uważam, że stan wojenny, to była zbrodnia na narodzie polskim.
Z tego, co Pan mówi wnioskuję, że jest Pan zwolennikiem ukarania winnych wprowadzenia stanu wojennego.
Tak. Wielu mówi dzisiaj, że oni wykonywali tylko rozkazy i nie są niczemu winni. Ja jednak uważam, że są winni.
Mnie chodzi głównie o tych, którzy bezpośrednio ponoszą odpowiedzialność za wprowadzenie stanu wojennego, między innymi o Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych.
Oczywiście powinni być ukarani i to surowo. Ja nie mogę się nadziwić, że Jaruzelski nic sobie nie robi z tego, że skutki wprowadzenia stanu wojennego były tak tragiczne dla Polski. Ja bym tego człowieka nie wsadzał do więzienia, ale bym go tak napiętnował, że byłoby to dla niego gorsze niż więzienie.
On już jest napiętnowany, ale niewiele sobie z tego robi.
Tak jest, dlatego, gdyż ludzie pokroju Jaruzelskiego nie mają po prostu sumienia. Człowiek, który ma sumienie, to analizuje swoje czyny i wyciąga ze swojego postępowania wnioski.
Proszę Pana on w dalszym ciągu uważa, że postąpił dobrze i nawet się tym szczyci i na pewno nie ma jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Gdy czasami słucham w telewizji rozmowy z nim, to mdło mi się robi na to, co on mówi.
Czy uważa Pan, że o taką Polskę, jaka jest dzisiaj walczyła „Solidarność”?
To jest zupełnie nie to, o co walczyła „Solidarność”. Nawet te dwadzieścia jeden postulatów z Gdańska nie zostało zrealizowanych, a co dopiero mówić o innych sprawach.
Dzisiaj „Solidarność” jest zupełnie innym związkiem, niż ta z lat 1980-81 roku. Jest to związek zawodowy i dlatego ma o wiele mniejszy wpływ na to, co się w kraju dzieje. Krótko mówiąc znaczenie „Solidarności” znacznie zmalało, a co za tym idzie i wpływ na różne sprawy między innymi na politykę.
W moim odczuciu to dzisiejsza „Solidarność” jest za mało bojowa. Ponadto nie ma autentycznej solidarności wśród członków „Solidarności”. Słowo „Solidarność” obliguje do tego, aby być solidarnym z drugim człowiekiem, gdy mu się dzieje krzywda, niestety dzisiaj tego nie ma. „Solidarność” to jest piękne słowo, które do czegoś zobowiązuje. Nie wystarczy złożyć deklarację członkowską, trzeba jednak z siebie dla związku i dla drugiego człowieka coś dać.
Też tak uważam i dlatego niejednokrotnie jest mi przykro, gdy nie mogę zebrać trzech osób, które stanowiłyby poczet sztandarowy na jakąś patriotyczną uroczystość.
Ja wrócę jeszcze do francuskich związków zawodowych. Podczas wizyty we Francji rozmawiałem z wieloma działaczami tamtejszych związków. Tam, gdy się dzieje krzywda członkowi związku, to wszyscy występują w jego obronie. Gdy to usłyszałem, to bardzo chciałem, aby przeszkolono naszych działaczy pod tym właśnie kątem.
Pan nie czytał moich wcześniejszych artykułów w „Wiadomościach Związkowych”, ale ja o tym, o czym Pan teraz mówi wielokrotnie pisałem.
Czytałem ostatnie kilka numerów „Wiadomości Związkowych” i uważam, że robi pan dobrą robotę uświadamiając pracowników, jaki powinien być prawdziwy związek zawodowy.
Nie mnie to oceniać. Niech to zrobią inni.
Ja tak to oceniam.
Muszę zapytać Pana jeszcze o jedno. Czy proponowano Panu wyjazd z kraju?
Tak i to wielokrotnie. Chcieli mnie się pozbyć wszelkimi sposobami. Po pewnym czasie doszło nawet do tego, że ja sam napisałem w tej sprawie list do konsulatu francuskiego w Krakowie z zapytaniem czy Republika Francuska przyjmie mnie pod swoje skrzydła?
Nie rozumiem. Pan pisał list, że chce pan wyjechać z kraju?
Tak, bo gdy wyszedłem z więzienia, byłem w dalszym ciągu prześladowany. Do 1989 roku nie dawali mi spokoju. Z konsulatu otrzymałem odpowiedź, żebym sobie i mojej rodzinie porobił zdjęcia i przesłał do nich, i oczekiwał na wezwanie na rozmowę.
To znaczy, że był Pan zdecydowany na wyjazd.
Tak, ale było to spowodowane prześladowaniami ze strony milicji.
Jeżeli dobrze rozumiem, to nie wytrzymał Pan tej presji, jaka była na pana wywierana.
Tak było. Ale nie wyjechałem ze względu na dzieci, które bardzo dobrze się uczyły. Obawiałem się, że zmiana środowiska i nieznajomość języka spowodują to, że mogą mieć problemy ze zdobyciem wykształcenia.
Decydując się na wyjazd, uznawał się Pan za pokonanego przez komunę.
Tak ja byłem pokonany. Dopiero w roku 1989 zacząłem się odradzać, zacząłem czuć twardy grunt pod nogami.
Nie był to jednak taki twardy grunt, jak się wydawało.
Gdy były tak zwane częściowo wolne wybory, to ja byłem mężem zaufania w Komisji Wyborczej w Michałowie i tam Komitet Obywatelski odniósł wielki sukces. Największy w Starachowicach.
Chodzi mi o to, że jednak społeczeństwo bardzo się zawiodło na tych tak zwanych „naszych ludziach”. Przecież to nie tak miało być.
Zgadzam się, nie tak miało być, ale ja wierzyłem wtedy w to, że będzie dobrze.
Większość z nas była przeświadczona, że to jest to, o co nam chodziło, ale nie trzeba było długo czekać, aby się przekonać, że to znowu nie jest to.
Co by nie mówić to ta moja działalność opozycyjna została w pewnym sensie doceniona, gdyż obecnie korzystam ze specjalnej emerytury przyznanej przez samego premiera Buzka Procedura przyznania mi tej emerytury trwała dwa lata. Zostałem gruntownie sprawdzony przez służby specjalne, w kraju i za granicą, i nie było, co do mojej osoby jakichkolwiek zastrzeżeń.
Jeżeli chodzi o Buzka, to ja tego człowieka nie bardzo cenię, a prawdę mówiąc uważam, że on i były przewodniczący „Solidarności” Marian Krzaklewski bardzo wiele złego zrobili, tak dla związku, jak i dla Polski. Według mnie ci dwaj ludzie rozwalili związek.
Ja mam zastrzeżenia i do Wałęsy. Gdyby ster władzy w 1980 roku przejął w związku Andrzej Gwiazda, to w związku byłoby zupełnie inaczej. Mam osobistą satysfakcję, że znam się z Andrzejem Gwiazdą. Powiem pewną ciekawostkę. Otóż Gwiazda dał mi makietę pomnika, jaki miał powstać w Gdańsku dla uczczenia stoczniowców zabitych w 1970 roku. To miał być zupełnie inny pomnik niż ten, który zbudowano.
Byłem na spotkaniu z Gwiazdą, gdy był w Starachowicach.
Ja też tam byłem, ale wtedy się z panem nie znałem.
Oprócz Gwiazdy była wtedy Anna Walentynowicz i Andrzej Kołodziej. To było już po roku 1989.
Ja się nie mogę pogodzić z tym, że tacy ludzie jak Gwiazda czy Walentynowicz zostali zepchnięci na margines. Gdyby oni przejęli inicjatywę w związku, to wtedy byłby to inny związek.
I tym stwierdzeniem sam sobie Pan odpowiedział na swoje wątpliwości. Byłby inny związek. A niektórym chodziło o to, aby inny nie był. A poza tym w związku było wielu komunistycznych agentów, którzy w pewien sposób sterowali związkiem i eliminowali różnych niewygodnych ludzi.
Całkowicie się z panem zgadzam. Ja też byłem zwalczany przez różnych ludzi.
Jeżeli już rozmawiamy o różnych sprawach to niech mi Pan jeszcze powie, czy Pańskim zdaniem Wałęsa dobrze się Polsce przysłużył, czy źle?
Z pewnych względów dobrze, bo on wyrwał Polskę z tego sowieckiego układu. To jest dla Wałęsy plus, natomiast to, co on zrobił w Magdalence i przy Okrągłym Stole, to mi się bardzo nie podoba.
W 1990 roku został Pan radnym w Radzie Miasta Starachowice. Czy startował Pan do wyborów z listy Komitetu Obywatelskiego?
Nie, ja oczywiście chciałem wstąpić do Komitetu Obywatelskiego, ale dla mnie tam nie było miejsca.
Dlaczego?
Trudno mi powiedzieć dlaczego. Powiem tylko, że byłem na pewnym zebraniu tego Komitetu, na którym to spotkaniu Waldemar Grzyb, który startował wtedy do Sejmu zabiegał o poparcie Komitetu dla swojej kandydatury.
Grzyb stary komunista zabiegał o poparcie solidarnościowego Komitetu Obywatelskiego?
Tak. Poparcia oczywiście nie uzyskał, ale po tej części spotkania, przewodniczący Komitetu Edward Dudek, powiedział, że ci, którzy nie są członkami Komitetu muszą opuścić zebranie. To tyczyło się mojej osoby. Cóż miałem robić, wyszedłem, ale od tamtego incydentu nie kontaktowałem się już więcej z tym Komitetem. Ale wróćmy do mojego kandydowania na radnego. Przyszedł do mnie jeden z mieszkańców Michałowa i zaproponował mi, abym kandydował. Powiedział, że powstał Społeczny Komitet Wyborczy i ja miałbym kandydować z tego Komitetu. Gdy poszedłem na zebranie i zobaczyłem, co tam są za ludzie, to trochę mnie to zaszokowało. Było tam sporo, jak ja ich określam, starych komuchów. Prym wiódł tam Marian Mróz. Ja się nie udzielałem się w tym Komitecie, ani nie zabierałem głosu, bo zdawałem sobie sprawę, że nie ma tam do kogo mówić, tylko zebrałem podpisy mieszkańców Michałowa pod moją kandydaturą i złożyłem wniosek o kandydowaniu. Mnie chodziło o to, aby dostać się do Rady Miasta, aby tam lansować swoje poglądy. Podczas wyborów dostałem taką ilość głosów, że zostałem radnym. Po jakimś czasie zauważyłem ze strony pana Mroza, jakąś niechęć do mojej osoby. Gdy już się ukonstytuowała Rada Miasta, to Marian Mróz chciał z tych radnych, którzy weszli do Rady ze Społecznego Komitetu Wyborczego i z osób, które startowały indywidualnie stworzyć grupę pod swoim kierownictwem, która byłaby przeciwwagą dla Komitetu Obywatelskiego, który miał w Radzie przewagę. Mieliśmy się spotkać, aby omówić tę sprawę. Miejscem spotkania miał być Dom Partii! Gdy się o tym dowiedziałem, powiedziałem do Mroza:Marian ja do tego budynku nigdy nie pójdę” i odwróciłem się na pięcie i wraz z drugim radnym nazwiskiem Banasik, wróciłem do Urzędu Miasta. Od tego czasu podczas obrad Rady siadałem razem z członkami Komitetu Obywatelskiego. Pamiętam jak było głosowanie na prezydenta miasta i wiceprezydentów. Mróz chciał być wiceprezydentem i usilnie mnie przekonywał, abym na niego głosował. Prezydentem został Grzegorz Walendzik, na którego oczywiście głosowałem, natomiast na wiceprezydentów startowali Luciński, Imiela i Mróz. Na Mroza nie zagłosowałem, o co on się na mnie strasznie obraził i nie chciał ze mną utrzymywać żadnych kontaktów. Zemścił się na mnie, gdy zabiegałem o  rozbudowę szkoły w Michałowie. Petycję, którą napisałem w tej sprawie do Rady Miasta, podpisało mi kilkunastu radnych, ale Mróz, do którego również poszedłem w tej sprawie, podpisu odmówił.
Z tego, co Pan mówi to Komitet, z którego Pan kandydował na radnego, był bardzo skomunizowany. Co w takim razie Pan, antykomunista robił w tym Komitecie?
Ja z nim nie miałem nic wspólnego, mnie chodziło tylko o to, aby zostać radnym i działać dla dobra społeczeństwa.
To nie lepiej było startować z Komitetu Obywatelskiego?
Ale mnie do Komitetu Obywatelskiego nie chcieli przyjąć. Mieli w stosunku do mojej osoby jakieś uprzedzenia i to ciągnęło się jeszcze z okresu przed stanem wojennym. Ja byłem sercem i duszą po stronie Komitetu Obywatelskiego, ale z niewiadomych powodów byłem tam niemile widziany. Później mieli do mnie zastrzeżenia, co niektórzy, że zacząłem montować w Starachowicach Unię Pracy. Byłem pierwszym szefem tej partii w Starachowicach. Ale, po co to robiłem? Otóż Ryszard Bugaj przewodniczący struktur krajowych, mówił, że głównym celem powstania Unii Pracy jest zabranie głosów komunistom. W Starachowicach było tak, że startowali wtedy do Sejmu Walendzik i Kwiecień, który jest  obecnie prezydentem oraz Stanisław Świostek z Unii Pracy. I cóż się okazało? Walendzik dostał ponad 7 tysięcy głosów, Kwiecień około 6 tysięcy, a Świostek 2800 głosów. Gdyby te głosy poszły na Kwietnia to oczywiście posłem byłby Kwiecień, a nie Walendzik. I po to właśnie tworzona była Unia Pracy, aby osłabić komunistów. Z Unii Pracy wystąpiłem zaraz po wyborach.  
Myślę, że na tym zakończymy naszą rozmowę, chyba, że ma Pan jeszcze coś do dodania.
Na zakończenie chciałbym przeczytać wiersz, który dla mojej rodziny napisałem w więzieniu.
Dziękuję za rozmowę.
Sierpień 2004r.
 
 
 
Dla żony i ukochanych dzieci
 
Siedzę w wieczornej ciszy
Spoglądam w stalowe kraty
Zastanawiam się i nie mogę pojąć,
Dlaczego pozbawiono Was męża, opiekuna i taty.
Czy dlatego, że ma wolną, sprawiedliwą duszę,
którą obdarzył go Wszechmogący Bóg.
Czy dlatego, że chciał pomagać bliźnim
wszystkimi siłami jak mógł.
To nieważne, że siedzę w więzieniu
moja dusza jest zawsze wśród Was
Bóg obdarzył ją hartem i męstwem
i to jest już naszym zwycięstwem.
Bądź wytrwała, kochana małżonko
znoś cierpliwie samotność i troski.
Może zalśni słoneczko zwycięstwa,
przyjdą dni prawdy i dni wolności.
Wy synkowie, córeczko, rodzino
pamiętajcie kto więzi ojca i za co.
Historia kiedyś sprawiedliwie to oceni,
że za wolność ducha niewolą nam płacą.
Ja stąd widzę co Wy tam robicie
Ty, żoneczko i Wy, drogie dzieci.
I choć w celi pochmurno, ponuro
mnie widniutko – pięć serduszek mi świeci.
O godzinie dziewiątej wieczorem
zmówcie pacierz w intencji tatusia
aby szybko powrócił do Was
niech też z Wami uklęknie mamusia.
Płacz Karolka też będzie modlitwą.
Bóg Wszechmocny wysłucha na pewno.
Ja przeżyję i wrócę do Was
i spotkacie się znowu ze mną.
Wiedzcie również, że gdyby los okrutny
rzucił mnie na drugi kraniec świata
zawsze będzie kochał i pamiętał o Was
Twój mąż żoneczko i Wasz kochający tata.