Zmień na ciemny motyw
Zaloguj przez Facebook
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2014-08-21T19:55:28+02:00
Czw 21 Sie 2014, 19:55
Dokumenty
2014-08-21T19:54:44+02:00
Czw 21 Sie 2014, 19:54
Pobierz wywiad
2014-08-21T19:54:20+02:00
Czw 21 Sie 2014, 19:54
Wywiad
Wywiad
Jana Seweryna z
Tomaszem Ofmanem
Przewodniczącym Delegatury NSZZ „Solidarność” 
w Starachowicach w 1981 roku

 
Gdzie pracowałeś w roku 1980?
W Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym (MPK) w Starachowicach. Byłem pracownikiem umysłowym i pracowałem w biurze.
Gdzie po raz pierwszy zetknąłeś się z niezależnym ruchem związkowym?
W naszym zakładzie, gdy we wrześniu 1980 roku zaczęła się tworzyć „Solidarność”. Zapisałem się i od razu zacząłem aktywnie działać. Oczywiście, wcześniej słuchając Radia Wolna Europa, na bieżąco śledziłem to, co się działo w sierpniu w Gdańsku,.
Czy brałeś udział w spotkaniach w PAX-ie, które organizował Edward Imiela?
Nie, nie brałem udziału w tych spotkaniach. Z Edkiem Imielą zetknąłem się dopiero, gdy działałem na szczeblu miejskim.
Czy w MPK pełniłeś jakieś funkcje związkowe?
Tak, byłem członkiem Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Uczestniczyłem w różnych działaniach związkowych, m.in. współorganizowałem radiowęzeł zakładowy, przez który odczytywałem komunikaty, informacje o charakterze historycznym np. o Katyniu oraz wiadomości z całego kraju. Informacje otrzymywaliśmy drogą teleksową, z Komisji Zakładowych z całego kraju. Najważniejsze, że to wszystko było poza cenzurą.
Kto był przewodniczącym tej Komisji?
Przewodniczącym był Andrzej Pryciak. Oprócz niego bardzo aktywnie działali m.in. Ryszard Jezierski, Jerzy Wierzbiński oraz Janina Purska i Piotr Mirecki, oboje już niestety nie żyją. Nie wymieniłem tu wielu innych osób, które również bardzo angażowały się w działalność związkową. Pierwszym przewodniczącym był kierowca autobusu Bednarczyk, ale sprawował tę funkcję bardzo krótko.  
Czy wasza Komisja Zakładowa napotykała na jakieś przeszkody w działalności ze strony dyrekcji zakładu?
Były problemy w fazie organizacyjnej związku, na początku o ile dobrze pamiętam, były problemy z lokalem dla Komisji Zakładowej, były strajki m.in. w sprawie odwołania ówczesnego dyrektora MPK. Były strajki solidarnościowe z innymi zakładami, do których dyrekcja nie była zbyt przychylnie nastawiona, niemniej jednak w późniejszym okresie, działalność związkowa była prowadzona bez większych przeszkód. 
Pierwsze emblematy „Solidarności” w Starachowicach pojawiły się na autobusach miejskich.
Tak, to nasi kierowcy wyjechali na miasto autobusami z tabliczkami z napisem „Solidarność”. Jak mówiłem, początkowo nie wszyscy chcieli się pogodzić z tym, że istnieje „Solidarność”, i dlatego były problemy.
Wiem, że do niektórych kierowców przychodzili milicjanci i kazali te tabliczki zdejmować.
Były takie przypadki.
W jaki sposób zostałeś szefem Delegatury?
Byłem delegatem „Solidarności” na zjazd regionalny w Kielcach, na którym wybierano statutowe władze związku. Oprócz mnie z MPK delegatem był także Wacław Pacek. Zjazd odbywał się w czerwcu 1981 roku i byli na nim delegaci ze wszystkich większych zakładów pracy ze Starachowic. Pięć osób z naszego miasta weszło do nowego Zarządu Regionu Świętokrzyskiego. Z FSC Edward Dajewski, Edward Imiela i Krzysztof Nowak, ja z MPK i kolega z ZGM Zębiec, którego nazwiska nie pamiętam. Te pięć osób zobligowane zostało, aby wybrać spośród siebie osobę, która będzie reprezentowała „Solidarność” w Starachowicach i która miała się zająć tworzeniem Delegatury.
Jak to tworzeniem? Przecież Delegatura już istniała.
Ta struktura, która istniała, nie nazywała się Delegaturą. Dopiero na tym zjeździe podjęto decyzję, aby Region był reprezentowany w terenie przez tak zwane Delegatury. Gdy w 1980 roku tworzyła się „Solidarność” powstała międzyzakładowa organizacja, która początkowo nazywała się MKZ a później Komisja Koordynacyjna. Pierwszym szefem, tej międzyzakładowej struktury, był Ignacy Kordelewski, później był Stanisław Świostek a następnie Andrzej Markowski. Jak mówiłem wcześniej z pośród tych pięciu osób, które zostały wybrane  do Zarządu Regionu Świętokrzyskiego, ktoś musiał zostać szefem Delegatury. Decyzji o tym, kto to będzie, nie podejmowaliśmy sami, ale wspólnie z przedstawicielami zakładów pracy z miasta. Na zebraniu, które zostało w tym celu zwołane wysunięto moją kandydaturę, chociaż byłem najmłodszym z całej piątki i byłem z MPK, a przecież FSC była największym zakładem w mieście, więc teoretycznie z tego zakładu powinien być wybrany szef Delegatury. Jednak decyzją wszystkich zebranych ja zostałem przewodniczącym Delegatury. Funkcję tę pełniłem od lipca 1981 roku do 13 grudnia, czyli do dnia wprowadzenia stanu wojennego. Oprócz mnie do Delegatury oddelegowany został z FSC Krzysztof Nowak. Obaj pracowaliśmy jako wybrani delegaci Zarządu Regionu. W Delegaturze pracowały z nami jeszcze trzy osoby, a mianowicie Nina Potocka Mirecka, Jerzy Wierzbiński (z MPK) oraz rencista zatrudniony na ½ etatu Jan Adamm.
Czym się zajmowałeś jako szef Delegatury?
To był taki czas, że oprócz działań czysto związkowych, pełniliśmy również funkcję społeczną. Zgłaszało się do nas dużo ludzi z przeróżnymi sprawami. Najczęściej zajmowali się tymi sprawami Krzysztof Nowak i Jerzy Wierzbiński, ale ja także uczestniczyłem w różnych interwencjach na terenie miasta. Staraliśmy się ludziom pomagać, oczywiście w ramach naszych skromnych możliwości. Bardzo ważną sprawą, którą zajmowaliśmy się była informacja. Było to tym bardziej ważne, że w owym czasie istniała w Polsce cenzura. Aby ominąć cenzurę zorganizowaliśmy w siedzibie Delegatury radiowęzeł. Na dachu budynku Zakładowego Domu Kultury zamontowaliśmy głośniki. Tak wyposażeni mogliśmy docierać z ważnymi informacjami do ludzi, którzy szli z pracy. Nadawanie komunikatów rozpoczynaliśmy około 14.30 a kończyliśmy około 15.00. Czytałem komunikaty, które sporządzaliśmy w oparciu o zbierane przez nas materiały. Jedną z osób, które pomagały nam, dostarczając wiele materiałów prasowych, był Henryk Miernikiewicz, który działał bardzo aktywnie, niejako na własną rękę, ponieważ władze związkowe z FSC nie doceniały jego zaangażowania. Utrzymywał kontakty z działaczami z różnych regionów i to od nich przynosił nam różne biuletyny, między innymi wydawanego poza cenzurą „ROBOTNIKA”. Henryk Miernikiewicz miał kontakty międzynarodowe, na zaproszenie francuskiej centrali związkowej FO, był z wizytą we Francji. Towarzyszył mu w tej podróży Andrzej Pryciak. Po powrocie Henryk wiele nam opowiadał o tamtych związkach zawodowych, o ich zainteresowaniu Polską i „Solidarnością”. Dzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami z tego wyjazdu. Do naszych komunikatów, bardzo  dużo informacji, otrzymywaliśmy od Henryka Gostomskiego, który obsługiwał centralkę telefoniczną i telex w MPK. A tą drogą przychodziły biuletyny informacyjne z komisji zakładowych, z całego kraju. Oprócz obsługi radiowęzła prowadziliśmy działalność wydawniczą. Na powielaczu drukowaliśmy ulotki informacyjne, biuletyny i broszury, które były rozprowadzane wśród załóg starachowickich zakładów pracy i wśród mieszkańców miasta.
Pamiętam, że wydawane było takie pismo, które nosiło tytuł „Wolne Słowo”.
Tak było wydawane takie pismo. Tu trzeba wspomnieć, że oprócz naszego zaangażowania, w działalność wydawniczą mocno angażowali się Jacek Sadowski, który w stanie wojennym wyjechał na emigrację i nieżyjący już Michał Pytlarz. To między innymi oni współtworzyli „Wolne Słowo”. Od nich również otrzymywaliśmy dużo informacji o tym, co się dzieje w FSC. Oprócz działalności wydawniczej i informacyjnej jako Delegatura przeprowadziliśmy bardzo spektakularną akcję plakatowania miasta i malowania haseł. Brało w tym udział bardzo wielu ludzi z różnych starachowickich zakładów. Hasła te malowane były wszędzie, gdzie się tylko dało, a więc na płotach, na budynkach, na murach. Były to napisy w rodzaju „Telewizja kłamie”, „Dziennik Telewizyjny kłamie”, „Precz z cenzurą” itp. My nie robiliśmy żadnej dokumentacji fotograficznej z tej akcji, a okazało się, że były robione zdjęcia i znalazły się w rękach Służby Bezpieczeństwa. Zdjęcia takie pokazywano mi w czasie, gdy byłem internowany.
Wiem, że w Delegaturze utworzona została biblioteka książek wydawanych poza cenzurą. Kto prowadził tę bibliotekę i skąd otrzymywaliście książki?
Książki otrzymywaliśmy od różnych ludzi. Dużą część tych książek osobiście przywoziłem z Zarządu Regionu Świętokrzyskiego z Kielc, część była przywieziona z Regionu Mazowieckiego, z Warszawy oraz z Regionu Środkowo-Wschodniego, z Lublina. Pewną ilość książek otrzymaliśmy od wspomnianego już wyżej Henryka Miernikiewicza. Wypożyczaniem książek zajmowała się Nina Potocka. Była to bardzo istotna część naszej działalności co „doceniła” Służba Bezpieczeństwa, ponieważ w decyzji o moim internowaniu mam napisane, że pozostawienie mnie na wolności zagraża bezpieczeństwu państwa przez to, że prowadzę wrogą propagandę rozpowszechniając literaturę bez debitu, czyli bez cenzury.
Przy Delegaturze działali także rolnicy ze Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych „Solidarność”.
Tak, zajmowało się tym małżeństwo Wiatrów z Osin. Zofia i Sylwester Wiatr. Oni uzyskali u nas w Delegaturze możliwość załatwiania spraw rolniczych. Przychodzili do nich rolnicy ze swoimi sprawami i problemami, a oni starali się im pomóc w miarę swoich możliwości.
Jak układała się współpraca z poszczególnymi komisjami zakładowymi?
Generalnie współpraca układała się nieźle. Nie przypominam sobie aby były jakieś większe spory, jeśli były to nieistotne, bo szczegółów nie pamiętam.
Co możesz powiedzieć o tak zwanym „strajku o Religę”?
Był to słynny strajk. W sprawę tę włączyło się właściwie całe miasto. Była to sprawa prestiżowa Kolumny Transportu Sanitarnego i Szpitala. Włączyła się w to Delegatura, MPK, FSC i inne zakłady. Z dzisiejszej perspektywy trudno mi jest ocenić jednoznacznie całą sprawę. Powiem szczerze, że miałem wówczas zbyt mało informacji na ten temat. Ale poparliśmy akcję Komisji Zakładowej, która bardzo ostro wystąpiła w sprawie zwolnienia dyrektora Religi. Myślę, że skoro tak zdecydowanie stawiali sprawę, to mieli ku temu uzasadnione podstawy. Pamiętam, że uczestniczyłem w spotkaniu z lekarzem wojewódzkim w Kielcach. Oprócz mnie ze Starachowic była pani Janina Purska i doktor Towarek. Sprawa stawiana była bardzo zdecydowanie i chodziło o odwołanie dyrektora Religi, do którego wiele zastrzeżeń oprócz pracowników Kolumny Transportu Sanitarnego mieli również lekarze ze szpitala miejskiego. Cel, jaki był stawiany został osiągnięty. Dyrektor Religa został odwołany.
Ale na krótko.
Rzeczywiście na krótko.
Z tego, co mówisz wynika, że w chwili obecnej nie bardzo jesteś przekonany o słuszności tego strajku.
Powiem szczerze, że dzisiaj nie jestem na 100% przekonany. Trudno jest mi jednoznacznie ocenić to, co się wtedy działo w tej sprawie.
Co możesz powiedzieć o współpracy z Zarządem Regionu?
Wspólnie z kolegami z naszej Delegatury jeździłem do Kielc, gdzie uczestniczyliśmy w zebraniach Zarządu Regionu, dyskutowaliśmy o problemach kraju, w Regionie Świętokrzyskim i w zakładach w naszym mieście. Wymienialiśmy się informacjami z przedstawicielami Delegatur z innych miast. Podejmowaliśmy decyzje w sprawach statutowych Związku. Oprócz cyklicznych spotkań, mieliśmy częsty kontakt telefoniczny, dotyczący różnych spraw, np. organizacyjnych, pracowniczych czy społecznych. Tak więc można powiedzieć, że współpraca z Zarządem Regionu układała się dobrze.
Jak się dla Ciebie zaczął stan wojenny?
Wtedy, kiedy ogłoszono stan wojenny, nie było mnie w domu. Wobec tego próba aresztowania mnie w dniu 13 grudnia się nie powiodła. Przez trzy dni ukrywałem się u rodziny, ale jak tylko wróciłem do domu, to zaraz zjawiła się milicja i zostałem internowany. Wygląda więc na to, że dom moich rodziców, u których wtedy mieszkałem był pod stałą obserwacją Służby Bezpieczeństwa. Tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego, tak się jakoś dziwnie złożyło, że w większości Regionów odbywały się szkolenia związkowe. Nasz Region miał takie szkolenie w Bocheńcu. Wszyscy uczestnicy szkolenia zostali internowani. Podejrzewam, że była to zorganizowana przez SB akcja, której celem było zebranie w jednym miejscu wielu działaczy „Solidarności”.
W tym samym czasie obradowała w Gdańsku Komisja Krajowa, która prawie w całości została zaaresztowana.
Tak. To wskazuje na zorganizowaną akcję Służby Bezpieczeństwa.
Podpuścili działaczy „Solidarności”, aby zorganizowali te szkolenia?
Prawdopodobnie tak. Może nawet nie musieli podpuszczać, bo przecież wiadomo, że w „Solidarności” było bardzo wielu agentów, którzy mogli związkiem sterować. Myślę, że byli na wszystkich szczeblach władz związkowych, a wiec w Komisjach Zakładowych, w Zarządach Regionów i w Komisji Krajowej.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do Twojego ukrywania się. Wielu działaczy ukrywało się bardzo długo. Ty tylko trzy dni. Dlaczego tak krótko?
To nie było ukrywanie się w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie planowałem, że będę się ukrywał przez dłuższy czas. Stan wojenny zaskoczył mnie, tak jak wszystkich i prawdę mówiąc nie bardzo wiedziałem jak się mam zachować. Nie wiedziałem czy wrócić do domu i dać się aresztować, czy iść do pracy i również zostać aresztowanym. I w jednym i w drugim przypadku aresztowanie było pewne. Musiałem przemyśleć sytuację w jakiej się znalazłem. To zastanawianie się trwało trzy dni. W końcu postanowiłem, że idę do domu i zobaczę, co się będzie działo. Stało się to, co było do przewidzenia, to znaczy przyszła milicja i zostałem aresztowany.
Jakie warunki panowały w wiezieniu?
Byłem przetrzymywany w Kielcach, na Piaskach. Było to normalne więzienie, a warunki były takie, jakie przysługiwały więźniom kryminalnym. Cele były zamykane, ubranie złożone w kostkę należało wystawić przed celę. Jedzenie było okropne. Warunki higieniczne okropne, zamiast toalety, sedes w narożniku celi, woda tylko zimna, kąpiel raz w tygodniu. Po pewnym czasie zaczęły się przesłuchania, podczas których Służba Bezpieczeństwa namawiała do współpracy. Straszono, ale i obiecywano różne przywileje, jak chociażby powrót do pracy na lepsze stanowisko. Pamiętam, że wezwano mnie w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia i funkcjonariusz pytał mnie, czy nie lepiej byłoby wrócić do domu na święta, czy nie chciałbym być z rodziną, a nie tu w areszcie. Był tylko jeden warunek, podpisanie zobowiązania do współpracy z SB. Od razu powiem, że nie skorzystałem z jego oferty i nie dałem się namówić na współpracę. Muszę uczciwie powiedzieć, że przemocy fizycznej w stosunku do mnie nie używali. Nękania się zdarzały, ale miały charakter psychiczny (przesłuchania). Byliśmy traktowani, że się tak wyrażę szorstko i ostro. W tamtym czasie byłem w bardzo złym stanie zdrowia i przypuszczam, że to właśnie przez moją chorobę zostałem dosyć szybko zwolniony z internowania, a mianowicie 20 stycznia 1982r.
Jeżeli jak mówisz byłeś w wiezieniu na Piaskach to spotkałeś tam pewnie kolegów z którymi działałeś w „Solidarności”.
Tak spotkałem tam Krzyśka Nowaka, Heńka Miernikiewicza, Edka Dajewskiego, Olka Pańca, Jacka Sadowskiego, Michała Pytlarza, Marka Eberharda i Michała Chałońskiego, z którymi siedziałem w jednej celi, Jurka Stępnia, Juliusza Brauna, Bogdana Rysia ze Skarżyska i wielu innych ludzi z całego województwa.
Wróćmy jeszcze do przesłuchań.
Nie były to takie typowe przesłuchania, bo oni właściwie wszystko wiedzieli i to o takich rzeczach, o których wiedzieć nie powinni, bo znali je tylko zaufani działacze związkowi. Myślę, że aby nas rozpracować stosowali różne metody takie jak podsłuchy, inwigilacja, agentura w naszych szeregach i tym podobne. Generalnie przesłuchania sprowadzały się do tego, aby nakłonić do współpracy.
Czy podpisałeś „lojalkę”?
Przy wyjściu z aresztu podpisałem dokument, oświadczenie, że nie podejmę działalności związkowej i opozycyjnej. Nie była to w żadnym wypadku zgoda na jakąkolwiek współpracę.
Co robiłeś po zwolnieniu z internowania?
Próbowałem wrócić do pracy w MPK. I wróciłem, ale dosłownie na chwilę, bo zaraz zostałem zwolniony.
Jaki był powód zwolnienia?
Napisano, że utraciłem zdolność wykonywania powierzonej mi pracy, czy coś w tym rodzaju. Przez kilka miesięcy nie mogłem znaleźć żadnej pracy. W końcu zdecydowałem się na podjęcie działalności prywatnej. Zostałem taksówkarzem i zacząłem jeździć taksówką.
Czy wróciłeś do działalności związkowej?
Do działalności związkowej nie wróciłem. Interesowałem się tym wszystkim co miało związek z „Solidarnością”, ponieważ ideały sierpnia  były dla mnie bardzo ważne. Pomimo, że nie podjąłem żadnej działalności opozycyjnej, to przez wiele lat byłem inwigilowany i szykanowany. Zdarzały się włamania do mojego samochodu, podczas których nic nie ginęło. Kto by się włamywał, aby nic nie ukraść? Wiadomo kto. Pewnego razu włamano się do bagażnika i zabrano kanister, który zaniesiono do bloku i postawiono pod drzwiami mojego mieszkania. Tu nie wchodziła w grę kradzież, ale była to forma dręczenia psychicznego. Oprócz włamań i dewastacji samochodu zdarzało się, że zatrzymała mnie milicja i mówiono, że popełniłem jakieś wykroczenie drogowe. Ale nie chodziło o wykroczenie, które miało by miejsce w chwili zatrzymania, lecz kilka dni lub nawet tygodni wcześniej. Bardzo często zdarzały się przypadki przebijania opon. Takich przypadków miałem naprawdę dużo. Z dzisiejszej perspektywy zdaję sobie sprawę, że były osoby, które znalazły się blisko mnie po to, aby mnie inwigilować.
Czy podejrzewasz, kto to mógł być.
Tak podejrzewam, gdyż były różne sytuacje, które wyraźnie wskazują, kto to mógł być. W zeszłym roku (2005) wystąpiłem do Instytutu Pamięci Narodowej o uzyskanie statusu pokrzywdzonego i o możliwość wglądu do akt. Dostałem odpowiedź, że obecnie trwa kwerenda to znaczy poszukiwanie w archiwach IPN i jeśli moje akta się znajdą, to zostanę o tym powiadomiony. Dosyć długo wahałem się, czy zaglądać do tych dokumentów, o ile oczywiście są, bo jak wiadomo akta były niszczone, te ze Starachowic również. Decydujące było opublikowane tak zwanej „listy Wilsdeina” i związane z tym zamieszanie. Wtedy uznałem, że może jednak warto zajrzeć do tych akt.
Dużą ilość akt spalono nad Lubianką.
Tak słyszałem o tym. Być może i moje wtedy też zniszczono.
Jak oceniasz to, co się działo w latach 1980-1981?
Był to wielki spontaniczny zryw wielu ludzi. Ludzie poczuli wtedy, że można żyć w wolnym państwie i oddychać tą wolnością. Wszyscy chcieli jawności, zlikwidowania cenzury i swobody. Pomimo tego, że wszystko zaczęło się od postulatów płacowych, to wszyscy wiedzieli, że nie chodzi tylko o pieniądze, ale o coś więcej. Myślę, że nikt nie marzył wtedy, że ta wolność może być posunięta do uniezależnienia się od Związku Radzieckiego. Chodziło o uzyskanie jakiejś autonomii i większej swobody. Nikt chyba nie zakładał wtedy, że szybko upadnie to imperium zła – ZSRR. Wszyscy, z którymi wtedy się spotykałem i dyskutowałem nie brali tego pod uwagę. Chodziło o dostęp do informacji, o możliwość swobodnej wypowiedzi o likwidację cenzury, możliwość podróżowania.
Twoja ocena stanu wojennego.
Uważam, że to była zła decyzja generała Jaruzelskiego i nie pochwalam tej decyzji, jak niektórzy. Uważam, że Jaruzelski źle postąpił wprowadzając stan wojenny. Bez względu na wszystkie okoliczności powinien był się starać o uniezależnienie się od ZSRR, o jakiś rodzaj swobody w ramach tego co było. Nie było wówczas szans na zmianę ustroju. Niestety, nie próbował nawet wejść w nurt tak zwanej odwilży, postanowił siłą rozprawić się z „Solidarnością” i wszelką działalnością opozycyjną, zamykając ludzi do więzień.
Czym dla Ciebie był Okrągły Stół?
Z tych możliwości, które w tamtym czasie były, to chyba najlepsze rozwiązanie. Przekazanie władzy w sposób pokojowy jest dużo lepsze, niż gdyby miało dość do siłowego rozstrzygnięcia. Mogłaby się polać krew, mogliby zginąć ludzie, bo nikt dobrowolnie władzy nie oddaje, jeżeli nie uzyskuje czegoś w zamian. Są zarzuty, że komuniści uzyskali zbyt dużo, że strona solidarnościowa zbyt dużo zostawiła im władzy, ale patrząc na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, dobrze się stało, że się obeszło bez rewolucji i rozlewu krwi.
Co możesz powiedzieć o dzisiejszej „Solidarności”?
Na pewno nie jest taka jak w 1980 roku. „Solidarność” się zmieniła. Zmienili się także ludzie, zmieniła się mentalność ludzi i zmieniły się cele i priorytety. Wtedy oprócz walki o poprawę bytu, chodziło o poszerzenie wolności, o walkę z cenzurą, a dzisiaj jest to głównie obrona ludzi pracy, przed wyzyskiem przez nieuczciwych pracodawców. Jest zdecydowana różnica między „Solidarnością” z 1980 roku a dzisiejszą.
Czy o taką Polskę, jaką mamy dzisiaj walczyła „Solidarność”?
Wydaje mi się, że nie o taką. Jeżeli chodzi o zakres swobody, wolności, o suwerenność to mamy to, o co nam chodziło wtedy. Dziś jesteśmy w NATO jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, możemy być z tego dumni. Niestety jest wiele problemów, takich jak bezrobocie, prawa ludzi do godnego życia, prawa do godnej zapłaty za pracę. W tej kwestii nie zostało zrealizowane to, o co chodziło w latach 1980-1981. Myślę, że jeszcze długo nie zostanie to zrealizowane. Należy się starać, aby widzieć człowieka, bo człowiek jest najważniejszy.
Co byś chciał powiedzieć na zakończenie naszej rozmowy?
Cieszę się, że do naszej rozmowy doszło i uważam, że okres lat 1980-1981 należy udokumentować. Trzeba zostawić dla potomnych, dla historii, wiedzę o tamtym okresie. Ważne by oprócz publikacji książkowych, spróbować dotrzeć do młodych ludzi przez Internet. Należałoby uruchomić stronę w Internecie, poświeconą tamtym wydarzeniom i ludziom, którzy wtedy działali. Powinny się na tej stronie znaleźć informacje o „Solidarności” w Regionie Świętokrzyskim, w Starachowicach, o FSC, która była główną siłą w mieście, o MPK i o innych zakładach. Zamierzałem porozmawiać na ten temat z przewodniczący Zarządu Regionu Świętokrzyskiego  Waldemarem Bartoszem. Myślę, że należy to zrobić, aby pamięć o tamtym czasie przetrwała.
Dziękuję za rozmowę.
 Styczeń 2006r.