Zmień na ciemny motyw
Zaloguj przez Facebook
Zaloguj się
Zobacz także: Rozkład jazdy MZK »
2014-08-16T17:11:22+02:00
Sob 16 Sie 2014, 17:11
Zdjęcia
2014-08-16T17:10:10+02:00
Sob 16 Sie 2014, 17:10
Pobierz wywiad
2014-08-16T17:09:09+02:00
Sob 16 Sie 2014, 17:09
Wspomnienia
Moje wspomnienia
Michał Krzyżowski

Przewodniczący Komisji Wydziałowej 
NSZZ "Solidarność" w FSC w latach 1980-1981

 
Moja przygoda z Solidarnością zaczęła się pewnego sierpniowego poranka 1980 roku w Gdyni, kiedy to, jako 25 letni chłopak znalazłem się niespodziewanie na początku sierpniowych wydarzeń spontanicznie rodzących się na Wybrzeżu. Wtedy to właśnie rozpoczął się krótki okres prawdziwej niczym niezmąconej wolności, solidarności i szacunku między ludźmi. Ludzie przestali się bać wyszli z podziemia, ujawniali swoje skrywane dotąd możliwości twórcze i organizacyjne. Na pniu rodzili się nowi liderzy związkowi. Nikt jednak nie przypuszczał, że to wszystko może kiedyś się skończyć brutalnym wprowadzeniem stanu wojennego. Dzisiaj z perspektywy upływającego czasu mam już olbrzymi dystans do tamtych wydarzeń i uważam, że czas ten został zmarnowany a niektórzy ludzie ze związku zawiedli. Winien jest temu stan wojenny, który wyeliminował na zawsze najlepsze kadry związku a zostawił obecnych liderów, z których większość nigdy do "Solidarności" trafić nie powinna. Mnie jest dzisiaj wstyd za Wałęsę oraz naszych lokalnych działaczy za "odwróconych" związkowców bratających się z komunistami przy okrągłym stole i nie tylko. 

Wybrzeże początek wydarzeń Sierpniowych 1980r. 
Był wczesny słoneczny poranek 13 sierpnia 1980r, kiedy wraz z ojcem wysiedliśmy na dworcu głównym w Gdyni. Nawet do głowy nam wtedy nie przyszło, że będziemy świadkami rodzącego się buntu społeczeństwa do ówczesnej komunistycznej władzy. Tak jak zawsze po przyjeździe do Gdyni kupiliśmy bilety autobusowe i skierowaliśmy się na przystanek znajdujący się naprzeciwko hali targowej. Dochodziła już godzina dziewiąta i zdziwiło nas, że w ogóle nie kursuje żadna komunikacja miejska. Jedynie zielone wojskowe ciężarówki przeznaczone do przewozu osób czasami podjeżdżały na przystanek zabierając niewielkie grupki ludzi. Zaniepokojony tą sytuacją podszedłem do przypadkowego przechodnia stojącego na przystanku i zapytałem, co się dzieje, że nie kursują autobusy ani taksówki. Przechodzień odpowiedział mi, że w całym Trójmieście zaczął się strajk i lada moment może stanąć też kolej podmiejska Nie widząc innego wyjścia ruszyliśmy na piechotę w kierunku - już wtedy historycznego - mostu, na którym w 1970r od kul karabinów maszynowych wojska i milicji zginęło wielu stoczniowców udających się do pracy. Po drodze mijaliśmy zajezdnię autobusową, znajdującą się na przeciwko dworca głównego w Gdyni. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem po raz pierwszy na własne oczy prawdziwy robotniczy strajk. Unieruchomione w zajezdni autobusy oraz ludzi w biało-czerwonych opaskach stojących przy bramie wjazdowej zajezdni. Był to dla mnie niesamowity widok. Nigdy wcześniej nic takiego na żywo nie widziałem. O takich wydarzeniach zawsze dowiadywałem się z Radia Wolna Europa. Z dotarciem pieszo do miejsca zamieszkania mojej siostry był kłopot, bowiem mieszkała ona, w dzielnicy wojskowej na ulicy Dicmana. 

Od dworca było tam około 12 km. Dopisało nam jednak szczęście, bo udało nam się zatrzymać żółtego malucha, który nas tam dowiózł. Jadąc prawie pustymi ulicami mijaliśmy w pewnej odległości bramę Stoczni Komuny Paryskiej. Z okna samochodu widać było niewielkie grupy ludzi stojących przy bramie wejściowej oraz grupy stoczniowców w biało-czerwonych opaskach stojących po drugiej stronie ogrodzenia. Wydaje mi się, że przed bramą stały też jakieś furmanki a sama brama była obłożona workami z piaskiem czy czymś podobnym. Po dotarciu na Oksywie okazało się, że jest tam spokojnie. Nie wyczuwało się żadnego napięcia. Życie biegło normalnie. Kilka dni po chrzcinach siostrzenicy - była to chyba niedziela - postanowiliśmy niezwłocznie wracać do Starachowic ponieważ po Gdyni krążyły pogłoski o rychłym rozszerzeniu się strajku na PKP i że miasto może zostać odcięte wojskową blokadą. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Coraz więcej zakładów pracy przystępowało do strajku a lada moment miała stanąć kolej podmiejska. Udało nam się złapać taksówkę, które nielicznie, ale jeszcze kursowały i udaliśmy się na dworzec główny w Gdyni. Przejeżdżając ponownie koło bramy gdyńskiej stoczni zauważyłem, że ludzi jest o wiele więcej a wokół płotu wystawione są warty stoczniowców. Wyczuwało się w powietrzu jakiś niepokój, bo nad terenem stoczni latał nisko dwupłatowy samolot, który najpierw wyrzucił sondę a potem rozrzucał nad stocznią ulotki. Był dość duży wiatr i większość tych ulotek nie trafiała na teren stoczni, więc samolot kilkakrotnie zawracał i ponownie wyrzucał całą masą ulotek. Poprosiłem taksówkarza, aby się na chwilę zatrzymał. Wysiadłem z samochodu i wziąłem z ziemi kilka ulotek wielkości połowy kartki z zeszytu. Okazało się, że był to apel władz partyjnych o nieuleganie strajkowym prowokatorom a stoczniowcom obiecywano podwyżki w wysokości dwóch tysięcy zł na głowę. Część ulotek zatrzymałem dla siebie a część dałem taksówkarzowi. Udało się nam spokojnie dojechać na dworzec w Gdyni. Kiedy pociąg ruszył i mijaliśmy Gdańsk zauważyłem na płocie okalającym Stocznię Gdańską biało-czerwone flagi. Jednak z okna pociągu niewiele było widać, bo co trochę teren stoczni zasłaniały budynki. Mimo że wydarzenia w Trójmieście przybierały na sile to w państwowych mediach nadal była całkowita blokada informacji na ten temat. Podróż powrotna do Starachowic odbyła się bez przeszkód. Po przyjeździe zobaczyłem w naszym mieście całkiem inny małomiasteczkowy świat. Spokojny, leniwy i nudny. Nie zdający sobie nawet z sprawy tego, co się na Pomorzu rozpoczynało. 

Początek Solidarność na wydziale S-4 
Kiedy tylko dowidziałem się, że w drewnianym budynku PAX na ul Marszałkowskiej w Starachowicach Edward Imiela zaczął organizować pierwsze w mieście komórki związkowej "Solidarności" z zadowoleniem i entuzjazmem zacząłem w tych spotkaniach uczestniczyć. Po zakończeniu strajków i podpisaniu porozumień można było już w sposób legalny zakładać komisje wydziałowe w zakładach pracy. 

Pamiętam, że w FSC było to różnie na poszczególnych wydziałach. Jedna z pierwszych komisji powstała na wydziale S-7 a potem przyszła kolej na S-4. Zostałem przewodniczącym komitetu założycielskiego na naszym wydziale. Żeby związek zaczął działać należało o tym fakcie powiadomić kierownika wydziału. Kierownikiem wydziału S-4 był Andrzej Śliwa. Udałem się do niego w pojedynkę i poinformowałem, że na wydziale S-4 będzie organizowany związek zawodowy Solidarność. Nigdy w życiu nie spodziewałem się tak ostrej reakcji. W chwili, kiedy poinformowałem go o takiej decyzji w powietrzu zaczęły "fruwać" niecenzuralne słowa. Trwało to jakieś 10 minutach. Myślałem, że wyrzuci mnie z hukiem z gabinetu, bo nawet nie dawał mi dojść do słowa. Widocznie obawiał się, że z tego powodu może mieć poważne kłopoty w dyrekcji fabryki. Jednak po jakimś czasie kierownik uspokoił się i zapytał czy my w S-4 jesteśmy pierwsi w fabryce, którzy zamierzają tworzyć "Solidarność". Powiedziałem mu, że wcześniej taka inicjatywa powstała na wydziale S7. To kierownika Śliwę uspokoiło i spokojnie przeszliśmy do konkretów. Wtedy zadeklarował pomoc i zapytał, jakie mamy oczekiwania i od czego chcemy na wydziale zacząć. Poprosiłem go o lokal (była to świetlica) gdzie moglibyśmy się spotykać oraz o możliwość skorzystania z maszyny do pisania i paru innych drobnych rzeczy. Szybko założyliśmy komitet założycielski, którego jak już wspomniałem zostałem przewodniczącym. W skład komitetu założycielskiego weszli: ja, czyli Michał Krzyżowski, Władysław Jodko, Józef Gałęza i chyba Tadeusz Plewa (może był ktoś jeszcze, ale było to dawno i nie wszystko pamiętam). Później sprawy poszły szybko. Większość ludzi na wydziale bez wahania zapisało się do nowego związku. Do samego stanu wojennego na wydziale odbywała się normalna działalność związkowa. Współpraca komisji wydziałowej z kierownictwem układała się w miarę dobrze. Większość spraw związkowych dotyczących samego wydziału była załatwiana przez kierownika Śliwę od ręki. 


Początek stanu wojennego pierwsze dni w domu i pracy 
13 grudnia 1981r obudziłem się dość wcześnie i jak pamiętam miałem trochę zaległości w czytaniu prasy związkowej, bo tydzień wcześniej wróciłem z kuracji z Muszyny. Wziąłem się, więc za przeglądanie i czytanie artykułów w Tygodnikach Solidarność. Około ósmej rano włączyłem telewizor i okazała się, że brak jest programu. Radio też nie działało. Żadne wieści, więc do mnie nie dotarły i nie miałem pojęcia, że od paru godzin wprowadzony jest stan wojenny. Dopiero o godzinie dziewiątej, po wysłuchaniu Jaruzelskiego uświadomiłem sobie, co się tak naprawdę stało. Ponieważ telefony też nie działały nie wiedziałem, że w mieście były jakieś aresztowania. Dalszą część dnia spędziłem przed radiem słuchając Wolnej Europy. Tam też niewiele wiedzieli o sytuacji w Polsce, ale informowali, że lotniska są odcięte i że samoloty nie lądowały. Mówili o pozamykanych przejściach granicznych i niedziałających telefonach. Dopiero ze strzępków informacji z Radia Wolna Europa dowiedziałem się o pierwszych aresztowaniach działaczy Solidarności, ale nie było wiadomo, na jaką skalę zostały one przeprowadzone. W poniedziałek rano jak zwykle wyszedłem na przystanek i autobusem dostałem się do pracy. Pamiętam, że był wtedy siarczysty mróz. Po przybyciu na wydział w przejściu pomiędzy hartownią a wydziałem S-4 natknąłem się na kierownika wydziału Andrzeja Śliwę. On sam też nie bardzo wiedział, co tak naprawdę się stało, bo kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego przyjechał z Włoch. Porozmawialiśmy trochę o jego pobycie we Włoszech i jak pamiętam tak naprawdę każdy z nas nie bardzo wiedział, co ma dalej robić. Cała ta sytuacja zaskoczyła nas kompletnie i nikt nie był przygotowany na taką ewentualność. Poprzez kontakty pomiędzy związkowcami pracującymi na pierwszej zmianie ustaliliśmy listę aresztowanych. Okazało się, że zamknęli całe Prezydium Komisji Fabrycznej "Solidarności". Na drugi dzień decyzją dyrekcji zmieniono kierowników wydziałów. Kierownikiem wydziału S-4 został Andrzej Machowski dotychczasowy kierownik wydziału S-7. Pierwsze tygodnie stanu wojennego był to dość ciężki okres dla działaczy związkowych, ale pomału zaczęliśmy się organizować w podziemne struktury i wszystko zaczęło funkcjonować tyle, że w sposób nieformalny. Koledzy wspominali, że na początku stanu wojennego kierownicy chodzili w wojskowych mundurach lecz ja sobie tego nie przypominam, ale być może tak było. Pamiętam tylko, że pokazały się pierwsze dokumenty stanu wojennego dotyczące militaryzacji zakładu oraz, że podpisywaliśmy jakieś nowe angaże z tym związane. W niektórych publikacjach pojawił się temat agentury w zakładzie zarówno przed i po wprowadzeniu stanu wojennego. Ja osobiście pamiętam jedno takie zdarzenie, jeszcze na długo przed wprowadzeniem stanu wojennego, które utkwiło mi w pamięci. Był rok 1978 lub 1979. Pracowałem wtedy w kontroli jakości na wydziale P-4 między innymi z Józefem Karwackim i Zdzisławem. Pracował też z mami ormowiec Krygiel. Starsi koledzy ostrzegali mnie, aby przy nim nie rozmawiać na tematy niewygodne, bo mu nie ufali. Pewnego razu w umyślnie sprowokowanej przy Kryglu dyskusji poruszaliśmy tematy, ale takie które były zgodne z "linią partyjną". Zaraz po skończonej naszej dyskusji w przypływie szczerości Krygiel niespodziewanie wyjął z kieszeni fartucha miniaturowy magnetofon szpulowy wielkości papierośnicy i odtworzył nam wcześniejszą rozmowę. Magnetofon jak na tamte czasy robił duże wrażenie, co do małych rozmiarów i ostrości głosu. Wprawdzie rozmową tą ormowiec nigdzie pochwalić się nie mógł, ale uświadomił nam, że możliwości podsłuchiwania ludzi w fabryce istnieją i że na pewno są stosowane chociaż był to czas, kiedy władza komunistyczne nie była jeszcze zagrożona. 

Adam Mazur oraz kolportaż ulotek na wydziale S4 
Podczas swoich wspomnień Adam Mazur pominął jeden bardzo istotny fakt, który mógł poważnie zaważyć na jego wyroku. Na trzy dni przed jego aresztowaniem, było to chyba w piątek wieczorem, podjechałem taksówką do mieszkania Adama na ul Zakładowej i obaj wyczyściliśmy jego mieszkanie z prasy podziemnej, drukarki ręcznej i maszyny do pisania. Wszystko to zostało przewiezione w nieznane mi miejsce taksówką. Zrobił to mój kolega Władysław Jodko były członek komitetu założycielskiego na wydziale S-4. Władysław Jodko wyjechał potem do Australii i nie miałem z nim więcej kontaktu. Jak się później okazało przy poniedziałkowej rewizji towarzyszącej zatrzymaniu Adama Mazura milicja nic w mieszkaniu nie znalazła, dlatego samo aresztowanie i późniejszy akt oskarżenia był oparty na podstawie domniemanej winy. Jak mi później opowiedział brat Adama, wyrok skazujący był z góry ustawioną parodią wymiaru sprawiedliwości. Chociaż Adam Mazur do niczego się nie przyznał i nic mu nie udowodniono wyrok zapadł, bo taka była wtedy wola polityczna komunistycznych decydentów. Chodziło po prostu o pokazówkę dla przestraszenia innych. Z kolportażem ulotek na wydziale S4 było tak, że na początku otrzymywałem je albo z wydziału S-3 albo z S-7 od kogoś z byłej komisji wydziałowej, której przewodniczącym był Adam Krupa. W tym czasie byłem pracownikiem placówki hartowni S-4 i całość materiału przechowywałem w pomieszczeniu z butlami amoniaku. Było to dobre miejsce, bo nikt tam bez maski wejść nie mógł. Jednak po jakimś czasie zostałem ostrzeżony przez mistrza Mieczysława Jarosza, że jestem namierzany i dobrze by było abym się nie oddalał ze stanowiska pracy. Taką informację mistrz otrzymał od kierownika wydziału pana Machowskiego. Po rozmowie z Adamem Mazurem postanowiliśmy, że to on zajmie się organizowaniem kolportażu, ponieważ jako dyspozytor czy mistrz ma większe możliwości poruszania się po wydziale. O tym, że prasa podziemna krążyła po wydziale S-4 wiedzieli chyba wszyscy. Podejrzewam, że większość ludzi wiedziała też, kto się tym zajmuje. Sam Adam Mazur powiedział mi kiedyś, że przy pakowaniu gazetek nakrył go zastępca kierownika wydziału Tadeusz Matyjasik, ale zachował się tak jakby nic nie widział. Pewnego razu któryś z naszych dowcipnisiów wsadził do teczki z kanapkami cały plik ulotek i gazetek podziemnej "Solidarności" sekretarzowi oddziałowej organizacji PZPR Aleksandrowi Guzakowi a ten nieświadom niczego poszedł z tymi ulotkami do domu. Przyszedł chłopina do mnie na drugi dzień wystraszony i mówi, że co by było, gdyby go tak na bramie złapali. Przeprosiłem człowieka i zapewniłem, że się to nigdy nie powtórzy. Przyjął to do wiadomości, ale teczki z kanapkami już na wierzchu nie zostawiał. Podejrzewam, że samo aresztowanie naszych kolegów były planowane z wcześniej przyjętego przez ubecję klucza. Nie wierzę, żeby planując akcję aresztowania kogokolwiek jego mieszkanie nie byłoby wcześniej obserwowane. Przecież wtedy z Władysławem Jodką nie wiedzieliśmy, że Adam Mazur będzie aresztowany a cała akcja z oczyszczeniem mieszkanie odbyła się bez problemów. Sama rewizja w poniedziałek była dla milicji już tylko musztardą po obiedzie. Gdyby obserwowali wtedy mieszkanie mieli by nas wszystkich jak na dłoni przyłapanych na "gorącym uczynku". Dlatego uważam, że gdyby tak naprawdę chcieli pozamykać wszystkich, tych, którzy brali udział w procederze kolportażu podziemnej prasy nie skończyłoby się tylko na tych kilku osobach. Wtedy partia i ubecja dysponowała lojalnymi dla władzy szeregowymi członkami PZPR oraz dziesiątkami ormowców zatrudnianych na wydziałach. Wszyscy ci ludzie w mniejszym czy większym stopniu doskonale wiedzieli, co się na produkcji działo i co robili działacze zawieszonej "Solidarności". Podejrzewam, że i kierownicy wydziałów też wiedzieli, ale przymrużali na to wszystko oko. 

Józef Gałęza oraz rozbicie Komisji Wydziałowej 
Józef Gałęza był najstarszym członkiem komisji wydziałowej wydziału S-4. Pracował w komisji tak samo jak każdy z jej członków, dlatego jego wcześniejsza przynależność do PZPR wcale mi nie przeszkadzała. Niestety historia tak się potoczyła, że pan Józef Gałęza z całej komisji w stanie wojennym najbardziej ucierpiał. Zaraz po wpadce i aresztowaniu Adama Mazura i jego kolegów liczyliśmy się z tym, że i nas nie zostawią w spokoju. Dopóki sekretarzem wydziałowej organizacji partyjnie był Józef Gorszkow, mój kolego z lat szkolnych, nic nam specjalnie nie groziło. Byliśmy na bieżąco informowani, jakie są zamiary władzy wobec nas członków byłej komisji wydziałowej "Solidarności". Józef Gorszkow stanowczo opierał się naciskom z komitetu zakładowego PZPR, aby z nami zrobić porządek. Jednak w pewnym momencie towarzyszom z komitetu zakładowego PZPR skończyła się cierpliwość i Józefa Gorszkowa zdjęli ze stanowiska sekretarza a przywrócili na nie starego komunistę Ryszarda Lubienieckiego. Wtedy wszystko poszło gładko. Cała komisja została rozbita poprzez poprzenoszenie jej członków na inne wydziały fabryki. Było to 1 październik 1982r. Na wydziale S-4 został tylko Edward Słyk. Ja wylądowałem na wydziale nadwoziowni P-5. Józef Gałęza trafił chyba na wydział P2. Jednak nie napracował się tam długo, bo zwolnili go karnie z § 52 za spożywanie alkoholu w czasie pracy. Moim zdaniem była to zaplanowana prowokacja. Kiedy Józef Gałęza powiedział mi o tym wszystkim poprosiłem Michała Szczechurę, wtedy prawnika Urzędu Miasta, aby prywatnie pomógł Gałęzie w odwołaniu się od decyzji dyrekcji fabryki. Michał Szczechura zajął się sprawą na tyle skutecznie, że dokonał rzeczy prawie niemożliwej. Po prawie roku i kilku sprawach w Kieleckim Sądzie Pracy Józef Gałęza wygrał sprawę z FSC. Sąd Pracy nakazał przywrócenie go do pracy w FSC na stanowisko takie, jakie ostatnie zajmował oraz nakazał wypłacenie odszkodowania za okres pozostawania bez pracy. Józef Gałęza wrócił do pracy jednak nie na długo. Jego sprawa trafiła do Sądu Najwyższego w Warszawie a ten stanął po stronie FSC i Józef Gałęza został ponownie zwolniony z fabryki. Był to dramat dla tego człowiek jednak nic więcej już nie dało się w tym temacie zrobić. Dlatego uważam, że opinie o tym człowieku nie są do końca sprawiedliwie. Jak każdy z nas chciał zmian i nawet jego przynależność do partii nie zmieniła jego charakteru. Robił to, co mógł i co najważniejsze z własnej nieprzymuszonej woli. Mogą o tym świadczyć jego przeżycia ze stanu wojennego, gdy stracił najwięcej a przyczynili się do tego jego niedawni partyjni koledzy z PZPR. Gdy trafiłem na wydział nadwoziowni P-5 na początku spotkałem się z nieufnością nadzoru, który miał polecenie bacznie mi się przyglądać. Jednak i tam poznałem uczciwych ludzi między innymi pana Pazdrę kierownika zmianowego. Mnie nie przeszkadzało to, że był w PZPR a jemu, że jestem z solidarnościowej zsyłki. Zawsze, gdy go o coś poprosiłem szedł mi na rękę i starał mi się pomóc. Po upływie terminu wypowiedzenia 31.01.1983r. rozstałem się z fabryką. Początkowo miałem duże trudności ze zdobyciem pracy. Chodziłem od firmy do firmy pytając o pracę i chociaż udawało mi się ją znaleźć, zawsze, gdy na drugi dzień poszedłem załatwiać formalności odprawiano mnie z kwitkiem. Prawdopodobnie byłem wtedy na cenzurowanym i ktoś mi utrudniał znalezienie pracy w Starachowicach. Jednak, gdy w lutym 1983r zatelefonowałem do kadr w ciepłowni ZEC - wtedy zakładu podlegał pod WPEC Kielce - tam bez problemów zgodzili się mnie przyjąć i tym sposobem pracuję tam do dzisiaj. Firma od 1992r jest już Spółką Miejską ZEC. Jak widać z moich wyjaśnień informacja o moim przejściu do Wodociągów Miejskich nie była do końca ścisła. 

Kulisy jednego z wydziałowych strajków 
Chociaż w stanie wojennym strajków było wiele to utkwiło mi w pamięci tylko jedno zdarzenie ze strajkiem związane. Przygotowywaliśmy się do godzinnego ogólnokrajowego strajku biernego. Ponieważ pracowałem na hartowni to nie za bardzo można było zademonstrować swoją postawę. Był to ruch ciągły i wygaszenie i ponowny rozruch pieców hartowniczych musiałby potrwać jakieś kilkanaście godzin. Dlatego uzgodniliśmy z elektrykami Witkowskim i Wesołowskim obsługującymi rozdzielnię elektryczną hartowni S-4, że po cichu na okres strajku odłączą w rozdzielni prąd od pieców hartowniczych. Pozwoliłoby to nam przez godzinę mieć przestój, który w rzeczywistości był by strajkiem. Jednak widocznie coś przeciekło do dyrekcji czy kierownictwa wydziału, bo na pięć minut przed strajkiem na hartowni zjawili się kierownik wydziału Machowski i dyrektor techniczny FSC Jaworski. Ponieważ wszystko było już przygotowane prąd został wyłączony, ale ci dwaj w niczym się nie zorientowali. Stali i obserwowali nasze zachowania. Taka sytuacja trochę mnie zirytowała dlatego postanowiłem obydwu panom zrobić przykrego psikusa. Podszedłem do suwnicy i podniosłem klapę retorty, w której znajdował się amoniak. Żrący gaz szybko wydostał się z retory i zalał cała hartownię. Kto żyw zaczął uciekać. Ja stojąc w przewiewnej bramie miałem przyjemność oglądać dyrektorsko-kierowniczy sprint z hartowni godny wyników olimpijskich. Po tym zdarzeniu trochę ludzi ucierpiało. Ja za ten incydent zostałem ukarany naganą czy upomnieniem, ale warto było, bo niechcianych obserwatorów z hartowni przegoniłem. 

Podziękowanie 
Na zakończenie moich wspomnień chciałem serdecznie podziękować Panu Janowi Sewerynowi za ogromną pracę, jaką wykonał dla utrwalenia historii zakładowej "Solidarności" i losów ludzi z nią związanych. Mam osobistą satysfakcję, że to, co się kiedyś nieśmiało zaczęło na naszym wspólnym wydziale S-4 Pan Jan kontynuował w sposób profesjonalny z dużym zaangażowaniem i rozmachem.
Michał Krzyżowski